W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Konrada, Renaty, Witolda , 12 listopada 2019

Z miłości do kobiety, z ulubienia do piór

2019-05-16

Drobny, wręcz chudy mężczyzna z powiewającymi włosami i szalikiem zniknął nagle z pejzażu miasta. 20 maja skończyłby 70 lat

medium_news_header_24841.jpg

20 maja, 70 lat temu w Jędrzejewie niedaleko Piły urodził się Kazimierz Furman. Nikt w rodzinie nie przypuszczał, że to drobne dziecko wyrośnie kiedyś na ciekawego poetę, nie mniej ciekawego człowieka, który stanie się kimś ważnym i rozpoznawalnym w Gorzowie, do którego krótko po jego urodzinach rodzina zjechała. Sam Kazimierz Furman zawsze mówił, że on tam długo żyć nie będzie, bo tacy jak on szybko odchodzą. I choć mówił to jakby żartem, sam nie przypuszczał, że będzie prorokiem własnego losu.

Odszedł w ciszy

To był pogodny październikowy dzień 2009 roku. Poeta miał 60 lat i kilka miesięcy. Nauczyciele szykowali się do swojego święta. Dzieci szły do szkoły z kwiatami. Tylko w jednym mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich nie było radości. W fotelu, owinięty w koc drzemał, wydawało się spokojnie, szczupły mężczyzna. Czuwali obok niego przyjaciele. Kilka minut po 9.00 o poetę upomniały się boginie Parki. Ekscentryczny poeta, cynik, piewca życia, poeta Kazimierz Furman pożegnał się ze światem. Umarł we własnym domu. Bo jeśli było coś na świecie, czego Kazimierz Furman się bał, to na pewno był to biały lekarski fartuch.

Poetą stał się późno

Kazimierz Furman urodził się 20 maja 1949 r. w Jędrzejewie koło Piły, ale dość szybko trafił do Gorzowa, z którym to związany był przez całe życie. Tu skończył ogólniak. Tu trochę pracował. Tu w końcu się ożenił i to dwa razy. Także tu urodziły się jego dwie córki - Aldona i Dagmara.

No i w końcu tu zadebiutował jako poeta. Miał wówczas 25 lat, dużo jak na literacki start. Bo jak sam opowiadał, w dzieciństwie i młodości jakoś słowo wiązane zwyczajnie nie bardzo go interesowało. Zadebiutował w 1974 r. wierszem wydrukowanym w „Nadodrzu”, a pierwszy tomik „Powrót do osłupienia”wydał w 1976 r. Od tamtej pory swoje utwory wysyłał na liczne ogólnopolskie konkursy i niemal za każdym razem zdobywał tytuł laureata bądź wyróżnienie. Do 2005 r. wygrał ok. 160 konkursów!, a poezję pozornie traktował jak rzemiosło, na którym można zarobić. Mawiał wtedy, że musi obsłużyć lampkę górniczą albo Popiełuszkę, w zależności od tematyki konkursu.

Ale w rzeczywistości Furman poezję traktował bardzo serio. Niejednemu poloniście wytykał braki w wiedzy w tej dziedzinie. Niejednej wielbicielce tłumaczył, na czym polega sens jego twórczości. Choć niekoniecznie to lubił. Bywało, że się naburmuszał i nic nie było w stanie skłonić go do rozmowy o literaturze w ogóle a o poezji w szczególności. W tej dziedzinie nie uznawał kompromisów, zresztą jak i w innych też.

Poetyckiego rzemiosła uczył się początkowo od Zdzisława Morawskiego. I choć w miarę szybko się z tego patronatu wyzwolił, to jednak ciągnął się on za poetą bardzo długo, niemal do końca życia. Kazimierz Furman długi czas przyznawał się do patrona, ale pod koniec życia stałe wspominanie mentora zaczęło go irytować.

Epizod Medalikowo

Kiedy w Gorzowie zrobiło się Furmanowi za ciasno, postanowił przenieść się do większej dwa razy Częstochowy. Nie bardzo chciał tłumaczyć, skąd akurat to miasto, ale wyjechał. Wytrzymał tam tylko rok. Po powrocie z Medalikowa, jak od tego czasu pogardliwie nazywał Częstochowę, tłumaczył, że nie odnalazł dla siebie miejsca, bo nie było tam, środowiska literackiego. Poeta opowiadał, że przez cały rok poznał jedynie dwóch poetów - ojca i syna.

Nigdy już później do Częstochowy nie jeździł, nie bardzo nawet lubił wracać wspomnieniami do tamtych chwil.

Wiersze przy biurku

Po powrocie zamieszkał w Santocku, ale też mu nie bardzo pasowało. Bo odbierany był jako niegroźny dziwak, a poza tym nie było tam kiosku z prasą. A od tej, podobnie jak od piór wiecznych uzależniony był od dziecka. Opowiadał, że kiedyś jako całkiem smarkaty dzieciak zachylił ojcu 5 zł. – W najbliższym kiosku kupiłem sobie „Murziłkę” – takie ruskie pisemko dla dzieci i wieczne pióro. I tak mi zostało, konieczność czytania gazet i pisania piórami – opowiadał czasami. Ale pisał także długopisem na kawiarnianych serwetkach. Cenił jednak te teksty, które pisał piórem i na maszynie do pisania. Jak mu która czcionka nie odbiła, ręcznie wstawał znaki. Potem przesiadł się i to bez kłopotów na komputer, ale pióra nigdy nie porzucił.

W Santockowych czasach zaczął pracować na etacie. Dostał bowiem posadę w dziale informacji i wydawnictw Wojewódzkiego Domu Kultury. I tu właśnie, przy biurku, pisywał swoje wiersze. Śmiał się, że jest zatrudniony w charakterze maszynisty. Na etacie spędził jedynie siedem lat, przez resztę życia utrzymywał się już tylko z pisania. Wszyscy znajomi i tak byli pełni podziwu, że wytrzymał aż siedem lat w jednym miejscu.

Powrót do Gorzowa i Miągwy

Kiedy już ostatecznie wrócił do Gorzowa, zamieszkał przy ul. Kosynierów Gdyńskich. Razem z nim zamieszkał piękny czarny cocker spaniel o wdzięcznym imieniu Kłopot. Dziwna to była para. Pan – szczupły, niemal chudy, drobny mężczyzna z długimi włosami i przepiękny czarny pies, wzorzec razy i tak zresztą utrzymany. Sąsiedzi i nie tylko tak zapamiętali pana i psa. Kłopot ostatecznie trafił do innych właścicieli, a z poetą zamieszkały kolejne, już nie tak rasowe psy. Jego ostatnia suczka miała oficjalnie na imię Romni, ale Furman przechrzcił ją na Miągwę. Zwierzę reagowało na obydwa miana.

Kazimierz Furman tłumaczył, że według niego dom jest zwyczajnie pusty, kiedy nie ma czworonoga.

Ostatnia gorzowska bohema

Kazimierz Furman prowadził styl życia bliski bohemie - nie dbał o majątek doczesny ani o sławę. Był człowiekiem wolnym i nieograniczonym przez konwenanse. Przesiadywał w Lamusie, Letniej, Jazz Clubie Pod Filarami. Dużo palił.

Przyjaźnił się ze wszystkimi artystami, bywał w artystycznych pracowniach gorzowskich malarzy. Zasiadał przy słynnym Stoliku numer Jeden. Lubił, jak już zostało powiedziane, wieczne pióra, których miał całkiem sporą kolekcję, kochał książki – biblioteki mógł poecie pozazdrościć każdy, kto lubi czytać.

Intrygowały go kobiety, z którymi się przyjaźnił, które kochał, które go kochały, a których on nie kochał. Bo to kobieta właśnie była głównym tematem jego wierszy.

Lubił sport. Dla ważnych zawodów lekkoatletycznych potrafił zarwać noce. Ale też i wyniki tych najważniejszych recytował, jak inni tabliczkę mnożenia. Grywał w szachy.

Tuż, przed śmiercią, zaledwie kilka dni, odebrał Nagrodę Kulturalną Prezydenta „Motyla”. Ucieszył się z niej.

Po śmierci został pochowany w Alei Zasłużonych na cmentarzu komunalnym w Gorzowie Wielkopolskim.

Jakoś tak jest, że zawsze na jego grobie pali się znicz…

Cześć Kazimierzu, czyli stanął jego pomnik

- I znów się zrobiło tak, jakby był z nami. Choć ja bym bardzo chciała, tak bardzo, żeby był tu z nami. Przecież nie musiał umierać tak szybko – mówiła młodsza siostra zmarłego poety Elżbieta, którą Kazimierz Furman nazywał zawsze Dziunią Elką, na odsłonięcie jego pomnika, który stanął dwa lata temu przy Jazz Clubie Pod Filarami. W odsłonięciu rzeźby autorstwa znakomitego rzeźbiarza Andrzeja Moskaluka wzięła udział także druga siostra – Danuta. Obie przyniosły białe róże, najbardziej ulubione kwiaty poety.

Furman w metalu to z lekka przygrabiony szczupły mężczyzna z rozwianym włosami wychodzący skądś i idący dokądś.

Podczas uroczystości odsłaniania pomnika, która nie była nadętą uroczystością z przemówieniami i całym nudnym sztafażem przypisanym tego typu uroczystościom, zagrał Adam Bałdych, a przyjaciele i znajomi opowiadali ciekawe i śmieszne anegdotki z życia poety.

Bogusław Dziekański, szef Filarów, zaznaczył wówczas, że właśnie Jazz Club, a właściwie narożnik ulic Jagiełły i Dąbrowskiego jest najlepszym z możliwych miejsc do upamiętnienia Kazimierza Furmana. – On tu wiele lat przesiadywał. Słuchał muzyki, coś pisał, wykłócał się z nami o swoje racje. Był. Siedział zawsze przy stoliku u wejścia do baru. Dziś naprzeciw tego miejsca wisi jego zdjęcie. Cały czas na nas patrzy – mówił Bogusław Dziekański. I dodał, że jak znał Kazimierza, to na pewno czułby się zażenowany, czy zakłopotany, widząc takie spotkanie. – Ale może jednak nie. Bo jak go znałem, to on zawsze się tak wewnętrznie cieszył, że ktoś go docenia. Ustawianie się bokiem do nagród to była taka trochę poza – mówił Dziekański. I wspomniał, że był na pewno ostatnim człowiekiem, który się napił wódki z poetą.

Ostatnia wódka z poetą

Kazimierz Furman długo czekał na nagrodę Motyla, czyli nagrodę prezydenta miasta za osiągnięcia kulturalne. Dostał ją w 2009 roku, na zaledwie dwa tygodnie przed śmiercią. – Zasada była taka, że nie mówimy, kto dostał, żeby zaskoczenie było pełne. Ale tu sprawa się skomplikowała. Kazimierz słabł coraz bardziej. Nie było dobrze. Ustaliliśmy z Ewą Hornik (wówczas dyrektor Miejskiego Centrum Kultury), że powiemy mu o nagrodzie. Pojechaliśmy do niego. No i ja mu mówię, że dostanie tę nagrodę. Na co Furman do Ewy, bo tak zawsze do niej mówił – Mańka, kup połówkę. Na co ja, że to chyba za dużo, że kto to wypije. No to Furman – Mańka, kup ćwiartkę. Ostatecznie ja kieliszek wypiłem, a Kazimierz już nie dał rady. Leki nie pozwoliły. Mogę więc powiedzieć, że napiłem się z nim jako ostatni – wspominał Dziekański. A inni przyjaciele poety tylko dodali, że kiedy Kazimierz trafił na galę wręczenia nagrody, był już na wózku, pomagał mu się poruszać Wojciech Karnat z Filarów, a komisja z nagrodą pofatygowała się do poety.

Rzeźba Kazimierza Furmana to ostatecznie fundacja i kolejny dar dla miasta Towarzystwa Miłośników Gorzowa, której twarzami są mecenas Jerzy Synowiec, biznesmen Arkadiusz Grzechociński i Leszek Rybka. To dzięki ich staraniom udało się ostatecznie zebrać wymaganą kwotę, aby gotową już i odlaną figurę wykupić od odlewnika w Rokietnicy. Rzeźba przeczekała tam kilka lat, ponieważ nikt za bardzo nie miał pomysłu, jak zebrać brakującą kwotę

Renata Ochwat

Fot. Archiwum