W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Eustachego, Faustyny, Renaty , 20 września 2019

Krystyna Prońko – Honorowa Obywatelka Miasta Gorzowa

2019-07-01

Z okazji 762. rocznicy powstania Gorzowa, która wypada 2 lipca, na uroczystej sesji rady miasta tytuł Honorowego Obywatela Miasta Gorzowa otrzyma Krystyna Prońko.

medium_news_header_25203.jpg

Przy tej okazji przypominamy rozmowę ze znakomitą piosenkarka, która ukazała się na naszych łamach w 2016 roku.

Odpowiedzialna sama za siebie i artystycznie, i jako osoba

Z Krystyną Prońko, piosenkarką rodem z Gorzowa, rozmawia Renata Ochwat.

- Pani Krystyno, rzadko pani koncertuje w Gorzowie.

- Mnie się wydaje, że wystarczająco często.

- Jak pani się wraca do Gorzowa?

- Bardzo przyjemnie. Drogę znam.

- To oczywiste. Ale jak pani wraca do rodzinnego miasta, to jakieś drżenie serca pani czuje? Bo rodzina, bo znajomi?

- Oczywiście, że tak. Ale bez przesady. Lubię tu przyjeżdżać, bo tu jest ładnie. Ładna okolica, którą pamiętam z dzieciństwa. Mam tu rodzinę, znajomych, choć niewielu i Przemka Raminiaka, mojego pianistę.

- Jak pani teraz ocenia Gorzów. Widzi pani zmiany na plus, na minus?

- Po pierwsze nie mam ochoty na jakiekolwiek oceny i nie zamierzam niczego tu oceniać, ale sądząc po tym, co widziałam, kiedy byłam z cyklem koncertów w ArtCafe, to mnie zaskoczyły wykopki. To takie pozytywne zaskoczenie jest, bo to znaczy, że się coś będzie zmieniało i mam nadzieję, że na korzyść. Gdybym nie znała miasta, to bym się pogubiła w tych objazdach. Ale się nie gubię w związku z tymi wykopkami i trafiam w różne miejsca bez jakichkolwiek przeszkód. Nie byłam jeszcze na tym kawałeczku tego dawnego Starego Miasta. Tam się coś buduje, taki półkolisty budynek. Widziałam to tylko z daleka. No i nie wiem, czy to odtwarza starą substancję miasta , czy powstaje coś nowego. Ale i tak fajnie, że się zabrano za te rzeczy. Bo niektóre trzeba było już dawno naprawić. Szkoda jedynie, że nie odtworzono tej dawnej, historycznej substancji miasta, jeszcze sprzed II wojny światowej. Teraz to już chyba za późno, może by trochę lepiej miasto wyglądało.

- Jak pani przyjeżdża do Gorzowa, to jest czas, aby się spotkać z rodziną?

- Oczywiście. Zawsze jest czas na takie spotkania.

- Od pewnego czasu koncertuje pani z Przemysławem Raminiakiem, w jaki sposób pani go spotkała?

- Przecież on też jest z Gorzowa. Co tutaj tłumaczyć (śmiech). To nie był jakiś wielki problem. Najwyraźniej tak musiało być. Przemek dużo później kończył tę samą uczelnię, którą ja skończyłam, czyli katowicką Akademię Muzyczną, i to już była bezwarunkowa rekomendacja, która spowodowała, że zainteresował mnie swoją grą i swoją osobowością muzyczną. Reszta przyszła sama. Byłam na jakimś koncercie, gdzie on grał. Ale to wszystko było dość dawno temu, bo nasza współpraca trwa już ładnych parę lat. Nie liczyłam tego, ale na pewno sięga czasów jeszcze sprzed 2010 roku.

- A nie od 2007 roku, bo wówczas wystąpiła pani z okazji 750-lecia miasta….

- Bardzo możliwe, że to było akurat wtedy, ale ten występ był pretekstem do nagrania płyty z tej okazji. Ja mówię o naszej ściślejszej współpracy. Przemek wiedział, że ja jestem z Gorzowa, ja wiedziałam, że on jest z Gorzowa. Tak to się zaczęło i dobrze się układa.

- Przecież pianistów jazzowych w tym kraju jest sporo. Mogła się pani zdecydować na kogoś innego.

- Oczywiście, że mogłam. Zresztą Przemek nie jest jedynym pianistą, z jakim współpracuję. Mam w zapasie jeszcze co najmniej dwóch, a jakby tak dobrze poszukać, to znalazłoby się i trzech. Współpraca uzależniona jest od tego, kto ma jaki termin wolny i czy może zagrać. Każdy z nas, Przemek też, pracujemy na własny rachunek, współpracujemy z kimś innym, mniej lub bardziej ściśle. Współpraca się układa w zależności od zbieżności terminów. Wystarczy wejść w Internecie na moją stronę, aby zobaczyć, z kim gram. Zawsze wymieniam nazwiska muzyków. Oprócz Przemka współpracuję z Wojtkiem Gogolewskim. Ale bywali również inni. Dla przykładu Marek Stefankiewicz, Paweł Serafiński, no i z nimi od czasu do czasu jeszcze grywam koncerty.

- Skoro przy gorzowskim muzyku jesteśmy, to warto zauważyć, że z małego Gorzowa wyszło kilku niezłych muzyków. Czy zechciałaby pani ocenić…

- Nie, proszę mnie nie pytać o ocenę. Wiem, że wyszło paru muzyków. Mam szwagra perkusistę, który przecież tutaj działa, gra i uczy muzyki (chodzi o Ireneusza Budnego – red.). Ja się cieszę, że w Gorzowie są zdolni ludzie, że osiągają sukcesy gdzieś dalej, niż tylko w Gorzowie. Wszystkich nie znam. Ze wszystkimi nie współpracowałam, bo nie ma takiej możliwości. Cieszę się jednak, że jest to pewne źródło, z którego mogę korzystać.

- Oni wyszli z Jazz Clubu Pod Filarami. Pani także miała jakieś związki z Jazz Clubem…

- A jak pani myśli? Skoro mam tyle lat, ile mam, a w tym klubie mój brat miedzy innymi przestawiał filary, bo jeden stał w takim miejscu, że praktycznie zasłaniał scenę. Oczywiście, że miałam. Siłą rzeczy muszę mieć, bo przecież wcześniej nic innego tu nie było.

- Stale jest pani przy jazzie…

- Nie, wręcz przeciwnie. Nie jestem stale przy jazzie. Jestem rzadko przy jazzie. Śpiewam, to co śpiewam…. A to nie są piosenki jazzowe…, one bywają w moim repertuarze.

- Pozwolę się z panią nie zgodzić.

- Proszę bardzo, niech się pani nie zgadza. Ale ja nadal będę obstawać przy swoim zdaniu.

- Jak się słucha tej płyty, gdzie pani śpiewa „Pierwszy siwy włos” i inne tego typu piosenki, to tam jest taki jazzowy puls.

- To jest w ogóle płyta folkowa, jeśli już o tym mówimy. A że śpiewając odruchowo swinguję, mam widać taką naturę (śmiech). Co ja zrobię, że tak już jest. Mogę śpiewać nie swingując, ale wówczas będzie mniej interesująco.

- Proszę powiedzieć, jak się teraz funkcjonuje na scenie muzycznej, kiedy moda jest na wokalistki śpiewające pop niemalże na jedno kopyto. A pani jest przecież bardzo wyrazistą osobowością artystyczną.

- Nie bardzo umiem na to odpowiedzieć. Nie wiem, o jakich wokalistkach pani mówi. Za mało szczegółowe pytanie.

- Chodzi mi o takie gwiazdy, które się pokazują, odnoszą jakąś chwilową sławę. A potem się o nich zapomina. A pani jednak stale jest na scenie i na rynku.

- Bo może te gwiazdy śpiewają o czymś innym, niż to, o czym ja śpiewam. I to jest główny powód. Moje teksty są zapamiętywane, a inne - niekoniecznie. Może to jest właśnie główny powód, a może też powodem jest to, że ja jestem niezależna, samodzielna, samorządna. A te gwiazdy, o których pani mówi, należą do jakichś wytwórni, mają podpisane kontrakty nagraniowe i muszą się podporządkować temu, co te firmy chcą. Ja natomiast nie muszę się podporządkowywać żadnej firmie.

- No właśnie. Założyła sobie pani własną firmę, sama decyduje o własnej karierze.

- Inaczej by mnie udusili.

 - Co to znaczy – inaczej by mnie udusili?

- Tylko to, że ja się nie potrafię przystosować do wymagań jakiegoś dyrektora firmy fonograficznej, który najczęściej nie ma pojęcia o muzyce. Po prostu nie potrafię. Mam wyrazistą osobowość, jak pani powiedziała (śmiech).

- Łatwe to chyba nie jest. Takie samodzielne funkcjonowanie na dość drapieżnym obecnie rynku.

- Nie, nie jest łatwe. Jestem odpowiedzialna sama za siebie. Płacę sama za swoje błędy i nikt za mnie tego nie zrobi. Podobnie jak nie wykona roboty, którą mam przed sobą, czyli pewnych planów, które układam i które realizuję. Jak mówiłam, jestem odpowiedzialna sama za siebie i artystycznie, i jako osoba.

- Czym się pani kieruje w wyborach artystycznych?

- Zgodnością tego, co jest napisane w tekście i w muzyce ze mną. Innymi słowy, muszę całkowicie zaakceptować coś, co mam zaśpiewać.

  -Pani piosenki są zawsze o czymś ważnym. Jak pani dobiera tekściarzy?

- Jak na Polskę, to nie jest jakieś wielkie środowisko ludzi piszących teksty czy muzykę. Nie oglądam wszystkiego, nie słucham wszystkiego. Zapamiętuję rzeczy, które mnie w pewnym momencie zafascynowały. I później, gdy jest potrzeba napisania czegoś, głównie tekstu, bo z muzyką mam znacznie mniejszy problem, bo sama potrafię napisać, szukam osoby, rozmawiam z nią, i tak to się dzieje. Nie jest to jednak prosty dobór, ale pewne dogadanie się z kimś. Przecież nie każdy napisany tekst musi spełniać oczekiwania autora i moje. Bywa tak, że się nie akceptuje pierwszego tekstu. To jest cały czas poszukiwanie. Nie jest tak, że od początku wszystko pasuje. Wszystko jest do dopracowania.

- Chciałabym wrócić na moment do Gorzowa. Usłyszałam taką opowieść, że kiedy była pani uczennicą szkoły muzycznej, to jak dostawała pani nutki do pisania, to raz, dwa i trzy i było gotowe. Z dużą łatwością to pani przychodziło, a mojej i pani znajomej, która mi tę historię opowiadała, szło to znacznie, znacznie gorzej.

- Ale ja nie pisałam muzyki. Ja się uczyłam grać na fortepianie, czyli mogłam odczytywać nutki, czyli to, co było zadane. Ale fakt, miałam dużą łatwość grania, przyswajania zadanego materiału. Strasznie nie lubiłam ćwiczyć. Naprawdę mnie to szybko szło. Zresztą teraz, ucząc się nowego repertuaru, jest tak samo. Szybko mi to idzie. Tylko jak się już nauczę, muszę mieć czas, żeby się to odleżało wokalnie i mentalnie. Muszę się oswoić z tym nauczonym repertuarem. Dopiero wówczas coś z tego wychodzi. Zresztą wcześniej z tym moim graniem było podobnie. Pamiętam taką sytuację z egzaminu w szkole muzycznej tu w Gorzowie, kiedy zdawałam w ostatniej klasie, siódmej, próbny egzamin. Niby umiałam. Ale co drugi takt był błąd. Dyrektor szkoły, który był moim nauczycielem, mocno się wówczas zdenerwował. Zamknął mnie na dwie godziny w auli szkoły. Ja godzinę poćwiczyłam, godzinę wyglądałam przez okno. I następnego dnia zdałam ten egzamin (śmiech). No właśnie mam taką cechę. Łatwo mi przychodzi i na długo zostaje. Pamiętam teksty ze swoich pierwszych występów. Jakby teraz trzeba było zaśpiewać, to przeczytam teksty i mogę śpiewać.

- Wraca pani do starych piosenek?

- No oczywiście. Bez tego się nie obejdzie. Nie śpiewam jedynie tych piosenek z początku lat 70., bo one nie zabrzmią bez większego aparatu muzycznego. A po wtóre, mam wątpliwości, czy ludzie je jeszcze pamiętają. To są piosenki z mojego pierwszego longplaya, tego, który miał, moim zdaniem, brzydką okładkę i nie miał tytułu. Miał tylko nazwisko – Krystyna Prońko. I na okładce ja z rozwianym włosem. Nie pamiętam wszystkich tytułów, oczywiście oprócz tych które były nagrane. Jeden z nich ma nawet teledysk, można go gdzieś w internecie znaleźć. Ten tytuł to „Po co ci to, po co ” albo „Po co to ci to chłopcze”. Pamiętam, że w tym teledysku są zdjęcia z rodeo samochodowego. Ktoś tak wymyślił ten teledysk. Ten clip kręcony był metodą filmową, czyli nie tak jak teraz, bo wówczas były używane kamery na taśmę filmową. Potem jeszcze jakieś dwa teledyski były tak samo kręcone, ale ja z teledyskami miałam bakier i do tej pory mam na bakier. Nie szła mi ta teledyskowa praca, mało mam teledysków.

- W latach 90. wróciła pani do Gorzowa i zrobiła festiwal Reggae nad Wartą. Nie myślała pani, żeby wrócić znów i coś zrobić w mieście?

- Propozycja musi wyjść od miasta.

- Ale wówczas ten pomysł wyszedł od pani.

- Nie. Wówczas była taka sytuacja, że w Gorzowie powstawał oddział „Warty” , firmy ubezpieczeniowej. Firma była sponsorem głównym. I tylko dlatego się to udało. W następnym roku ta firma już nie była zainteresowana, bo już była na  gorzowskim rynku, więc nie było możliwości kontynuacji. Idea umarła śmiercią naturalną. Miasto nie było zainteresowane, bo to kosztuje. Bez sponsora strategicznego takiego festiwalu się nie uda przeprowadzić. Impreza taka nie zbilansuje z biletów. No i tak to się rozsypało. Potem już nawet nie próbowałam wychodzić z propozycjami.

- A czy miasto wychodzi do pani z propozycjami, żeby pani uświetniła jakieś wydarzenie?

-Ale ja tu od dawna nie mieszkam.

- Wiem, ale jest pani stale kojarzona właśnie z tym miastem, stąd pytanie.

- Tak. Oczywiście. Ja naprawdę nie mogę za często występować nie tylko w Gorzowie, ale gdziekolwiek. Bo jeśli mam ochotę, a mam , jeszcze trochę popracować, to nie mogę być co chwilę w tym samym miejscu i grać praktycznie ten sam repertuar. Publiczność chce słuchać, i tu będzie cytat z „Rejsu”, tego, co znają (śmiech). A jak ja w swoim koncercie zacznę wprowadzać repertuar z całkiem nowymi piosenkami, to zainteresowanie będzie średnie, albo żadne. Repertuar zwyczajnie musi być osłuchany. Obecnie są takie warunki, że stacje radiowe grają to, co grają. Ja czasu antenowego nie wykupuję, bo mnie jako małą firmę na to nie stać. Dlatego muszę repertuar tak ustawiać, żeby połączyć stare z nowym. A skoro nowych w radiu nie grają, żeby publiczność mogła się osłuchać, muszę sobie radzić jakoś inaczej. I mam wrażenie, że póki co, sobie radzę.

- A teraz pytanie o pani inną aktywność. Pisuje jeszcze pani do gazet?

- Nie. Pisałam mało. Ale jak już napisałam, to się okazywało, że jest tak dosadne, że przestałam.

- Plany na przyszłość?

- Są.

- Ujawniamy?

- Ależ skąd. W każdym razie, bardzo serdecznie zapraszam na koncerty, które są w różnych miejscach i będą. Zapraszam bardzo – Krystyna Prońko ( www.pronko.pl)

- Dziękuję bardzo za rozmowę.

Fot. Archiwum Krystyny Prońko