W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Alfreda, Izydora, Zoriny , 14 grudnia 2019

Artysta, co nie pragnął materialnych gadżetów

2019-09-29

Andrzej Gordon był jednym z najwybitniejszych artystów malarzy, którzy mieszkali i tworzyli w Gorzowie. Coraz mniej gorzowian jednak o nim wie lub pamięta, bo i nie ma on w naszym mieście swojego pomnika, skweru czy ulicy.

medium_news_header_25885.jpg A. Gordon imponował kulturą osobistą i obyciem intelektualnym

Jedynym materialnym śladem w Gorzowie po artyście jest brązowa tablica w Alei Gwiazd na Starym Rynku. 30 września mija kolejna rocznica jego śmierci. Dlatego przypominamy tutaj reportaż o nim autorstwa profesora Bogdana J. Kunickiego, opublikowany w książce „W przestrzeni tęczy”, wydanej w 1996 r. przez Agencję „Dejamir”.

Smak życia

- Nie przejmuj się - powiedział pocieszająco - oni tacy już są: niewyżyci, gderliwi, cały talent wkładają w złośliwość. Ale w gruncie rzeczy to porządni ludzie i można z nimi wytrzymać. Po paru miesiącach przywykniesz, a z czasem staniesz się takim samym zrzędą.

Wróciłem speszony do niedopitej herbaty, i wtedy podszedł Andrzej ze słowami otuchy. On jeden dostrzegł moje zakłopotanie, zdobył się na gest, nie wiedząc chyba nawet, jak bardzo tego wsparcia wówczas potrzebowałem. Zagadał tak, jakbyśmy znali się od dawna, zaprosił do pracowni. Rychło znaleźliśmy wspólny język. Andrzej wprowadzał mnie zatem w gorzowskie środowisko i kto wie, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby tamtego dnia zaspał na poranną kawę.

Z Andrzejem łączyła mnie więź szczególna. Szybko ją nawiązaliśmy, w parę miesięcy po osiedleniu się w Gorzowie, kiedy - w zupełnie obcym mieście - bardzo potrzebowałem „pokrewnej duszy", Andrzej zaś komunikatywnością i bezpośredniością na kompana nadawał się wyjątkowo. Studiowaliśmy w tym samym czasie w Warszawie, mieliśmy, jak się później okazało, wspólnych znajomych i zapewne nie raz mijaliśmy się na ulicy. Okna mojego wydziału wychodziły na ASP, a studenci filozofii mieli zdrowy zwyczaj podglądania sąsiadów, gdy ci szkicowali nagie modelki. Jakże wtedy zazdrościliśmy artystom owych zajęć, dużo przecież atrakcyjniejszych niż mozolne przedzieranie się przez zawiłości Ksenofonta i Arystotelesa. Szczególnym wzięciem cieszyła się postawna blondynka o wdzięcznym imieniu (a może przezwisku) Eufemia: robiąc przerwę w ślęczeniu nad książkami mieliśmy nawet „czas na Eufemię". Kiedyś z przyzwyczajenia powiedziałem tak przy Andrzeju, co go szczerze rozbawiło, bo w żargonie studentów ASP rzeczona Eufemia kojarzyła się dość frywolnie. Na pamiątkę tamtych czasów podarował mi wtedy jeden z pierwszych swoich dojrzałych obrazów - pracę dyplomowa utrzymana jeszcze w stylu nowej figuracji, który później stopniowo zarzucał.

- Nic się nie martw. Ja też tam idę, to cię wybronię. Tylko mów, że chcesz podpisać zobowiązanie na szkolenie politycznych.

O dobrych układach Andrzeja z wojskiem wiedzieli wszyscy. Powoływano go po parę razy w roku na dwa, trzy dni. Zawsze przed sztandarowymi uroczystościami państwowymi: l Maja, 22 Lipca, dniem LWP, po prostu, był potrzebny do robienia oprawy plastycznej świąt: dekorował wojskowe kluby na akademie, malował plansze, wypisywał hasła jak to Polska rośnie w siłę, a ludkom żyje się dostatnio. Dzięki temu poznał wielu oficerów i traktowano go na tyle przyjaźnie, że noce spędzał w domu przy Zosinym boku, nosił długą czuprynę, której przed każdym wcieleniem nie musiał obcinać, a jedynie zmyślnie ukrywać pod czapką. Ewentualnie wchodził do koszar od strony poligonu, aby nie gorszyć gołogłowych rekrutów. Możliwości miał więc spore, ale ta sprawa wydawała się beznadziejna, natomiast deklaracja nagłego pragnienia wyjazdu na kurs odbierała resztki złudzeń. Andrzej zresztą najdrobniejszej rzeczy sobie załatwić nie potrafił, a cóż dopiero komuś, w dodatku tak skomplikowaną. Na domiar złego z instytucja zupełnie wobec żartów głuchą.

- Mnie się nie udało wymigać, ale ciebie załatwiłem - szepnął w przelocie. Właśnie tak powiedział: ciebie, a nie tobie. Zrozumiałem to rozpaczliwie jednoznacznie. Melduję się majorowi, nogi waciane, dusza na ramieniu, lecz zgodnie z Andrzejowymi wskazówkami proszę o skierowanie na kurs.

- Wiecie, obywatelu, nie ma się co spieszyć. Przemyślcie jeszcze, załatwcie z tą partią. Podejmiemy decyzję za rok.

- Dali mi spokój! Jak ty to załatwiłeś?

- Aaa tam, bzdura - odpowiedział. Bzdura była jego ulubionym słówkiem - nic trudnego. Spytałem majora, co zamierza zrobić z tym facetem pod drzwiami. Powiedział o planowanym szkoleniu, więc ja dalej, czy wie z kim ma do czynienia. Przecież ten człowiek – mówię - jest ideologicznie niepewny, studiował w marcu 68 roku na warszawskim wydziale filozoficznym, za Żydami się opowiadał, w obronie Michnika, Kuronia i Modzelewskiego strajkował. Wielkie to ryzyko, gdyby miał żołnierzy polityki uczyć. Widziałem twarz majora i byłem pewien, że powołanie masz z głowy.

Dalszej rozmowy zrekonstruować nie potrafię. Absolutnie jestem natomiast przekonany, że tamtego dnia wielokroć biegałem do pobliskiej „Filipinki".

Rozerotyzowane prace Andrzeja Gordona wzbudzały często  kontrowersje.

Andrzej był jeszcze studentem, kiedy osiadł w Gorzowie. Czemu ten świetnie przecież zapowiadający się artysta wybrał właśnie prowincjonalny ośrodek, tak niewiele mający w gruncie rzeczy do zaoferowania, gdy idzie o warunki rozwoju osobowości twórczej - tego jasno nie wie nikt. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że nie on jeden uległ urokom zaścianka. W tym samym, 1969 roku zamieszkało w Gorzowie paru świeżo nobilitowanych plastyków: Antoni Górnik (potem zielonogórzanin z wyboru), Jerzy Koczewski (wyjechał później na Dolny Śląsk), bodaj Henryka Żbik-Nierubiec, wkrótce Wiesław Strebejko z Ewą, których do Gorzowa sprowadził właśnie Gordon. Szczególna rola przypadała jednak wtedy Bolesławowi Kowalskiemu, z którym Andrzej przez długi czas stanowił nierozerwalny tandem. Dopingowali się wzajemnie i z korzyścią dla obydwu: razem uczestniczyli w konkursach, urządzali większość swoich ówczesnych wystaw. Wspólnie też wykonywań komercyjne „murale" - wielkie, dobrze płatne reklamy ścienne (jedna z nich w postaci plastra miodu, zachowała się jeszcze, wyszczerbiona upływem lat, na Domu Spokojnej Starości przy zbiegu ulic Teatralnej i Sikorskiego) – a także ambitniejsze aranżacje wnętrz (mozaika w kawiarni „Sezam", nieistniejąca już hala na poczcie głównej), czy kompozycje (np. elewacja gmachu „Zrębu”). Obrotniejszy Bolek zabiegał o zlecenia i organizował roboty, Andrzej wstydliwie, chyłkiem niemal, wchodził na rusztowania, ciągle z zażenowaniem tłumacząc się przed kolegami, że robi to wyłącznie „dla chleba”. Dzielili też jedną pracownię mieszczącą się w okropnej czynszówce przy ul. Pionierów, która szybko przekształciła się w miejsce popołudniowych spotkań nie tylko artystycznej młodzieży, ale i całego grona plastycznego oraz satelickiego: niemal codziennie bywał tam Hirek Świerczyński, Mietek Rzeszowski, Michał Puklicz, Waldek Kućko, Jasiu Korcz, wpadał Jurek Szalbierz, Florek Nowicki, Kazik Nowik. Do tej pracowni - a w jej rogu zalegały setki, później tysiące butelek po winie, gdy Andrzej z Bolkiem gromadzili taki właśnie oryginalny surowiec do jednej z kompozycji ściennych - zaglądałem często. Panował tu nastrój, jakiego brakowało bardziej nobliwemu „empikowi", gdzie zbierali się podówczas wszyscy twórcy: klimat przyjacielskich sporów, przekomarzań przeplatanych żartem, trunkową rozrywką, chichotem dziewcząt, Ale też atmosfera burzliwych kłótni o kształt lokalnej kultury, nierzadko błyskotliwych dysput o sztuce. Kto wie, czy dla integracji młodej, raczkującej w gorzowskość inteligencji owa pracownia we wczesnych latach siedemdziesiątych nie miała znaczenia równie doniosłego, jak dla całego środowiska sławetny „Stolik Numer Jeden”?

- Bzdury gadasz. No, no, no, no - w sporadycznych, raczej nietypowych dla niego stanach irytacji zaczynał się jąkać, wyrzucając z siebie monosylaby z prędkością automatu - no, przecież on w ogóle malować nie umie!

Lgnął do ludzi powodowany silnym instynktem towarzyskim: dobrze się czuł wśród nich, a oni w jego towarzystwie. Przez pracownię przewijały się codziennie dziesiątki osób, a on wszystkich witał z radością. Miał rzadką właściwość, która cudzej obecności nie czyniła uciążliwą: potrafił interesująco rozmawiać nie przerywając pracy. Prosił tylko gości, aby w przypływie boskiego natchnienia, jakie człowieka zazwyczaj nawiedza po wódce nie chwytali za pędzle, nie próbował ujawniać własnych samorodnych talentów lecz mimo przestróg, ściany pracowni przy ul. Pionierów pokrywały liczne bohomazy przyjaciół, usiłujących dowieść, że tak, jak Andrzej, malować potrafi każdy. Wielu lubuskich dziennikarzy, pisarzy, aktorów tam właśnie miało swój plastyczny debiut. Ja również.

Wielokroć przychodziło mi współpracować z Andrzejem: razem dobieraliśmy grafiki do teki Papuszy, długo a bezskutecznie namawiał mnie kiedyś do przygotowania wspólnego, prawdziwie polskiego i ambitnego komiksu, odrzucającego amerykańskie schematy, który mu się od dawna marzył. Był bardzo odpowiedzialnym partnerem, co stanowi - nie tylko wśród plastyków - cechę raczej rzadka. Miał niesamowite pokłady inwencji, lecz często brakowało mu chyba cywilnej odwagi. Prosił mnie kiedyś, bodaj na początku 1980 roku, o napisanie wstępu do katalogu wystawy „Ukrzyżowania', jaka przygotowywał w gorzowskim klubie Paxu „Kierunki". Zazwyczaj w takich tekstach wychodzę poza sztywne okolicznościowe ramy, lubię ogólniejszą, zwłaszcza historyczną refleksję. Tak było również wtedy: sięgnąłem do tradycji Bliskiego Wschodu, do kultury judejskiej, rzymskiej i, rzecz jasna, chrześcijańskiej. Wyszedł całkiem zgrabny szkic o ludzkim dramacie umierania na krzyżu. Tyle, że trącił trochę apostazą. Andrzej wydawał się przestraszony, powiedział więc tylko: „wiesz, tam gdzie wystawiam raczej tego nie przyjmą". Nie wracaliśmy do tematu, trudno mi powiedzieć, czy ośmielił się tekst pokazać wydawcy, czy też sam go ocenzurował, w każdym razie wstęp napisał ktoś inny. Kiedy potniej czytałem jego wypowiedzi, spotykałem często wątki tamtej interpretacji" widać ją akceptował, lecz nie chciał ryzykować. Był, bowiem Andrzej - i nie ma potrzeby pokrywać tego milczeniem - człowiekiem szczerym i odważnym w życiu prywatnym, ale nie pozbawionym pewnej hipokryzji, gdy szło o własne artystyczne interesy. Sprawiał na zewnątrz wrażenie, iż nie zależy mu na wyróżnieniach, pozornie obojętnie przyjmował pozytywne opinie o swojej twórczości, rzekomo ignorował atrakcyjne propozycje wystaw. Ale była to jedynie poza, bo w gruncie rzeczy zrobiłby - i robił - wiele, aby zaistnieć szerzej, aby o nim pisano, aby zyskać sławę. Nie ma w podobnym dążeniu niczego nagannego, zwłaszcza dla twórcy i dlatego owej słabości nie umiałem zrozumieć: fałszywa skromność zmuszała go, by się krygował, a tym samym tracił autentyczność, którą tak wszyscy u niego cenili. Jako niepospolity artysta miał pełne prawo i powody domagać się czegoś więcej, niż to, co mu dawało środowisko i zupełnie niepotrzebnie kamuflował się pozorami obojętności. Postępowaniem takim przypominał Jasia Korcza, prawie mu dorównując.

Lgnął szczególnie do kobiet. A raczej odwrotnie - one doń lgnęły przyciągane magicznie osobistym urokiem, jakąś nieuchwytną magnetyczną mocą. Zastawiał na nie pułapki zdradliwe, rozpowiadając na lewo i prawo, że „on już nie może" w słusznym przekonaniu, iż tę pozorowaną słabość Andrzeja stugębna plotka szeroko rozniesie po okolicy. A któraż niewiasta oprze się wówczas pokusie sprawdzenia pogłosek, ustalenia prawdy? O jego podbojach krążyły legendy. Zarzucali mu zawistni koledzy, że trwoni energię nazbyt zabiegając o względy kobiet.

- A wy byście woleli, żebym zabiegał o chłopców?

O Andrzeju zawsze mówiło się w lokalnym światku dużo. Niestety, rzadko mówiło się o jego sztuce, znacznie więcej o imponderabiliach, To dosyć typowy dla wszystkich, a już szczególnie niedorozwiniętych i prowincjonalnie zakompleksiałych, środowisk artystycznych sposób codziennego rozmawiania: rzeczową dyskusję wypiera poszukiwanie sensacji, pławienie się w atmosferę skandalu. W zaściankowych głowach rozerotyzowane prace Andrzeja i jego prywatne, równie dionizyjskie życie dawały po temu pożywkę nie lada. Docinki, które miały być dowcipne, żarty z których śmiał się jedynie ich autor, Andrzej traktował z pogodną wyrozumiałością, nawet wielkodusznie. Był artysta zbyt dużego formatu, by się unosić, czynić problem z drugorzędnych drobiazgów. Stał ponadto, co jeszcze bardziej rozjuszało znajomych, skłonnych przypisywać mu najdziwniejsze fantazje. Przyznać jednak trzeba, że Andrzej jest wyjątkowo trudnym tematem dla każdego, kto chce o nim pisać prawdę, a jednocześnie uszanować sferę prywatności. Wątki intymne splatają się organicznie i przenikają jego twórczość, zawsze gdzieś trafia się na bariery budzące wątpliwości, czy szczerością dociekań nie wdzieramy się mimo woli w obszar zastrzeżony, w sferę dyskretnych uczuć, w świat pełen niewiast. Jako mężczyzna przypominał bowiem Andrzej raczej typową postać legendarnej bohemy, niż pomnikowych bohaterów z podręczników szkolnych. Kobiety z jego płócien zazwyczaj nie mają zaznaczonych realistycznie twarzy. Bo kochał je wszystkie, bez względu na to, kim były i jakie nosiły imiona. Zosia mogła być Joasią, Ania - Patrycją: fascynowały się nim i to udzielało się Andrzejowi. Kobiety w jego sztuce, a więc również w życiu, to zaiste problem godny eseju.

Stolik nr 1 prawie w komplecie. Siedzą od lewej: Zdzisław Morawski, Mieczysław Rzeszewski, Michał Puklicz i Andrzej Gordon. Stoją: Piotr Steblin Kamiński i Hieronim Świerczyński

Wiele było obiektywnych powodów, aby lubić Andrzeja. Imponował kulturą osobistą i obyciem intelektualnym, jakkolwiek z pewnym trudem - charakterystycznym dla zdecydowanej większości plastyków, na co dzień posługujących się zazwyczaj myśleniem obrazowo-abstrakcyjnym - potrafił pokazać to na zewnątrz. Ujmował subtelnością, wewnętrznym ciepłem, spontaniczną otwartością, serdecznością. Żył autentycznie, co uchodzi za największa pochwałę człowieka i miarę wartościowego życia. A że było to życie wartościowe, tego kwestionować nie sposób,

Wolny zawód, niefrasobliwy (pozornie) styl życia, kobiety, alkohol, towarzystwo prawie libertyńskie - człowiek, który epatował podobnym stylem bycia musiał w zmurszałym moralnie otoczeniu wzbudzać kontrowersje (niby - zaprzyjaźniony ksiądz odmówi później przyjaciołom odprawienia mszy w intencji Andrzeja). Gordon zaś to, co bardzo, bardzo pożądane a z bojaźni nieosiągalne dla większości, cenił otwarcie, niesprawiedliwie uchodząc za lekkoducha. Do życia faktycznie miał stosunek pogodny, chwilami wręcz beztroski. Trudno jednak o inny, gdy pragnie się bezwarunkowo poświęcić twórczości, ta zaś artyście, nawet wybitnemu, nie gwarantuje znośnej wegetacji. Jak na płyciutki rynek sztuki w Polsce sprzedawał dużo - więcej zresztą bezinteresownie rozdając pomiędzy znajomych - lecz wyżyć z tego nie sposób. Dla poratowania budżetu tylko sporadycznie, z wiekiem coraz rzadziej, uciekał się do prac czysto komercyjnych - wolał cierpieć niedostatek niż trwonić czas na robotę banalną. Egzystował tedy skromnie, nigdy na ubóstwo nie narzekał, ani się z nim obnosił. Szczęśliwie nie miał rozbudzonych - a może je świadomie stłumił - potrzeb posiadania, nie pragnął materialnych gadżetów, co dawało fałszywe wrażenie lekkomyślności. Dzięki temu jednak uniknął powszechnej wśród plastyków, chronicznej frustracji. Tego właśnie drogo opłacanego luksusu zawodowej uczciwości, niezależności, wolności osobistej - bardziej niż talentu - zazdrościło mu środowisko przede wszystkim, zazdrość ową mieszając z podziwem.

W rzeczywistości jednak poważnie i surowo traktował siebie, twórczość zaś uważał za posłannictwo. W trakcie jednej z tych nieczęstych rozmów, w których sięgamy refleksji najgłębszej - do istoty człowieka, sensu jego życia - zapytałem Andrzeja, czy nie ma chwil zwątpień, albo świadomości, że można było pójść drogą inna, ciekawszą, robić rzeczy dla drugich ważniejsze.

- Jakie to ma znaczenie, skoro ja chcę to właśnie robić, ja tak czuję świat i inaczej malować go nie umiem? Mógłbym, oczywiście, kogoś naśladować, powielać jakiś sur - lub hiperrealizm. Tylko po co? Okłamywałbym przede wszystkim siebie. Też byś pewnie potrafił napisać powieść science fiction. Może nawet dobrą. Tylko po co? Niech każdy robi to, do czego został powołany,

Czy tak mówi lekkoduch? Andrzej znał dobrze smak wartościowego życia: Jego słodycz i cierpkość. Był jego królem, władcą absolutnym. Niewielu z nas wypełni swe przeznaczenie w sposób równie godny.

Bogdan J. Kunicki

Fot. Archiwum

 

Andrzej Gordon urodził się 15 grudnia 1945 r. w Bydgoszczy. Naukę w miejscowym Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych rozpoczął w 1959 roku. Po maturze zaś (1964) podjął studia w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jego talent szybko dostrzegli profesorowie: uzyskuje wkrótce prestiżowe stypendium artystyczne Ministerstwa Kultury i Sztuki. Po raz pierwszy swe prace pokazuje publicznie w Pruszczu (1967). Rok później ma indywidualną wystawę grafiki w kawiarni warszawskiej ASP oraz pierwszą ekspozycję zbiorową zorganizowaną wespół z grupą uczelnianych kolegów w Szwecji i Finlandii (1968). Otrzymuje drugą nagrodę w ogólnopolskim konkursie na rysunek do literatury dziecięcej (1969) i pierwszą nagrodę za tekę grafik w konkursie MON (1970). Już jako mieszkaniec Gorzowa, w którym osiadł w 1969 r., kończy z wyróżnieniem studia (l970r.), uzyskując dyplom z malarstwa oraz specjalizację z grafiki.

A. Gordon zmarł 30 września 1992 r. w Gorzowie, a pochowany został w rodzinnym mieście.

B.J.K.