W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Anety, Lehca, Leona , 20 lutego 2020

Wspominamy księdza Witolda Andrzejewskiego

2020-01-30

30 stycznia 2020 r. mija piąta rocznica śmierci księdza prałata Witolda Andrzejewskiego. Przy tej okazji przypominamy reportaż o nim, który ukazał się na naszych łamach tuż po jego śmierci.

medium_news_header_26831.jpg

Pół roku wadził się z Bogiem, że nie chce być księdzem

Charakterystyczna sylwetka, charakterystyczny głos, duże poczucie humoru i olbrzymia empatia dla człowiek, tak określają księdza prałata Witolda Andrzejewskiego wszyscy, którzy się z nim stykali. Przyszły prałat i charyzmatyczny ksiądz Witold Andrzejewski urodził się w Kownie, bo tam zawierucha wojenna zagnała panią Jadwigę, matkę Witolda. Urodził się 5 kwietnia 1940 roku. W tym samym miesiącu sowieci zamordowali jego ojca w Katyniu. Ksiądz Andrzejewski jednak wielokrotnie podkreślał, że choć ojca nigdy nie znał, to jednak istnieje silna duchowa więź właśnie pomiędzy nimi.

Potem pani Jadwiga tułała się z małym Witkiem po kraju. Drogi zawiodły ich do Wrocławia, skąd jednak w krótkim czasie UB ich wyrzuciło. – A jednak mieliśmy szczęście, bo przecież mogli nas zwyczajnie rozstrzelać – wspominał ksiądz Andrzejewski.

Ostatecznie drogi zawiodły ich do Łodzi i tam rodzina zakotwiczyła na dłużej. To tu przyszły prałat skończył Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika i tu dostał się do szkoły teatralnej, dziś popularnej „Filmówki”.

Ale jak wiele razy opowiadał, nie chciał być aktorem, a w każdym razie o tym nie myślał, ale jakoś tak się złożyło, że w ogólniaku brał udział w każdej akademii i każdym wydarzeniu artystycznym i dzięki temu miał w miarę przyzwoite stopnie z matematyki, bo jak sam o sobie mówi, akurat z tego przedmiotu był okropnym osłem.

Razem z nim na roku był Jan Nowicki, poza tym przyjaźnił się z Maciejem Rayzacherem, Zygmuntem Malanowiczem, stykał się z Romanem Polańskim, który był wówczas na ostatnim roku reżyserii i już otaczał go nimb gwiazdy. Wśród bliskich znajomych przyszłego charyzmatycznego prałata był także nieżyjący już Zbigniew Zapasiewicz.

Drogi do Gorzowa

Okoliczności sprawiły, że nie dane było Witoldowi Andrzejewskiemu dokończyć studiów. Razem z nim z łódzkiej szkoły wyleciał także Jan Nowicki. On skończył szkołę w Krakowie i tam został, a Witold Andrzejewski trafił do gorzowskiego Teatru Osterwy, który po przerwie odradzał się na nowo, jaka stała scena miejska. – Szukałem takiego teatru, w którym mógłbym grać i który byłby stałą sceną. A Gorzów mi właśnie dawał taką możliwość. I właśnie tu zrobiłem uprawnienia zawodowe – wspominał nie raz. Na gorzowskiej scenie zagrał wszystko, był i halabardnikiem, i chłopcem od gnoju, co jak podkreśla, było nawet interesującym doświadczeniem.

Ale i teatr zaczął mu się nużyć, na szczęście do Gorzowa zawitali Irena i Tadeusz Byrscy, wielcy wizjonerzy, którzy misję wielkiego teatru realizowali na tzw. „prowincji”. I to właśnie oni sprawili, że Witold Andrzejewski w teatrze jeszcze został na lat kilka. I jak mówi dr Krystyna Kamińska, to były dobre lata, choć trudno znaleźć recenzje teatralne z tamtych czasów, w których wiele słów poświęcono by właśnie Witoldowi Andrzejewskiemu. Bo jak tłumaczyła kilka lat temu, Byrscy tworzyli teatr zespołowy, nie stawiali na pojedyncze gwiazdy.

Drogi do Boga

Aż przyszedł pamiętny 1965 rok. To wtedy Witold Andrzejewski, szalenie wówczas popularny gorzowski aktor, który nawet miał coś, co się współcześnie nazywa fan-clubem, usłyszał głos Boga. – Ja się przez pół roku wadziłem z Bogiem, że nie chcę być księdzem – mówił wielokrotnie przyszły prałat. I jak tłumaczy, widać Bóg dobrze wiedział co robi, bo ostatecznie podjął decyzję o wyborze drogi duchownego. A pierwszą osobą, która się o tym dowiedziała, była Irena Byrska. Zrozumiała decyzję swego ulubionego aktora.

Tę decyzję o zmianie życia jedynego syna ze spokojem przyjęła także mama przyszłego proboszcza. Bo jak tłumaczył ksiądz Witold, mama była tolerancyjna.

Z seminarium do kaplicy

Przyszły prałat ukończył Wyższe Seminarium Duchowne diecezji gorzowskiej. I studia upłynęły mu bez większych problemów. Bo jak wspominał wielokrotnie jedne przedmioty go interesowały mniej, inne więcej, czyli jak to na studiach zwykle bywa. Jedynym utrapieniem przyszłego proboszcza była konieczność mieszkania w wieloosobowym pokoju, bo to była nowość. Do tej pory mieszkała sam, a na studiach przyszło mu spać w ośmioosobowej sali. – Inni mieli gorzej, bo mogli trafić do 12-osobowego pokoju – żartował.

Po zakończeniu studiów został skierowany na wikariat do parafii przy Mieszka I, do której zresztą po latach trafił jako proboszcz. Potem był wikariat w parafii katedralnej, najważniejszym kościele diecezji. Następnie króciutki epizod przy ul. Strażackiej i w końcu 25 sierpnia 1989 roku zostaje proboszczem parafii przy ul. Mieszka I, czyli tej, od której zaczynał duszpasterską posługę w Gorzowie Wielkopolskim. I tam został aż do śmierci, czyli do 30 stycznia ubiegłego roku.

Charyzma i sława

Kiedy zostawał proboszczem, już otoczony był sławą (choć ksiądz Witold Andrzejewski nie lubił tego określenia) bezkompromisowego, uczciwego i odważnego kapłana. – On jest moim guru, jeszcze od czasów liceum. Zaczęło się to wszystko podczas naszych warszawskich pielgrzymek. Pamiętam, że przyjeżdżaliśmy na kilka dni przed wyjściem na Jasną Górę, uczyliśmy się śpiewać patriotycznych i powstańczych piosenek i potem 1 sierpnia śpiewaliśmy je przy grobach powstańców warszawskich. To było takie niepojęte. Gorzowski ksiądz, tu w Warszawie robi takie rzeczy i to w takim czasie – opowiada ksiądz Zbigniewa Samociak, długoletni proboszcz gorzowskiej katedry, dziś proboszcz w Krośnie Odrzańskim. Wspomina też, jak wiele razy szedł na pielgrzymkę już gorzowską na Jasną Górę. Bo gorzowskie drogi do Jasnogórskiej Pani naturalnie zaczął ksiądz Andrzejewski.

Sławę proboszcza wybudowało także Duszpasterstwo Akademickie, jakie ks. Andrzejewski założył jeszcze w katedrze. To wtedy dorobił się ksywki Szef, którym do dziś zwracają się do niego jego duchowi wychowankowie. Wśród nich nie brakuje znanych gorzowian, bo i Piotr Styczeń, wieloletni wiceminister budownictwa, bo i Kazimierz Marcinkiewicz, były premier RP, zresztą i jego dwaj bracia też, czyli Arkadiusz i Mirosław, Zenon Michałowski, znany biznesmen. Zresztą wymieniać można bez końca.

To właśnie gorzowska katedra w noc stanu wojennego była oazą wolności. To pół miasta gromadziło się na słynnych kazaniach księdza Andrzejewskiego. I jak mówi prof. dr hab. Dariusz A. Rymar, badacz dziejów najnowszych Gorzowa, słowa kapłana były skrupulatnie nagrywane, przepisywane i analizowane. Do najsłynniejszych kazań z tamtych lat należało to po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, w którym ksiądz Andrzejewski snuł przypuszczenie, że kto wie, bo może następną ofiarą systemu być i on sam.

A że było coś na rzeczy, świadczy fakt, że nie raz i nie dwa zaszwankował mu samochód, który był dobrze utrzymywany. Wychowankowie wspominają, że czuwali dyskretnie nad proboszczem, bo gdyby o tym wiedział, to by się tylko zdenerwował.

Katecheta i duszpasterz

Już po przełomie demokratycznym, kiedy religia weszła do szkół, ksiądz proboszcz zaczął jej uczyć w nieistniejącej dziś Szkole Podstawowej nr 8 przy ul. Dąbrowskiego. Nie musiał, bo wszak miał wikarych, którzy z powodzeniem mogliby to robić. Chciał, bo jak wówczas tłumaczył, bardzo lubi młodzież i kontakt z nimi. – To były niewiarygodne lekcje. Nie było nudnego piłowania i moralizowania. Ksiądz proboszcz potrafił nami rozmawiać i to w taki sposób, że go słuchaliśmy – wspomina dziś była uczennica i dodaje, że to był jej ulubiony katecheta. Takich jak ona, jest znacznie więcej.

W tym samym czasie ksiądz proboszcz zostaje duszpasterzem „Solidarności”, co akurat jest łatwe do zrozumienia, bo przez całą noc stanu wojennego wspierał związek , pomagał w trudnych sytuacjach. To u niego w parafii przechowywany był sztandar gorzowskiej Solidarności. Został też duszpasterzem środowisk kresowych, a nawet policji. – Policja sama o to poprosiła. To stało się po śmierci mego przyjaciela, księdza Jana Pikuły, proboszcza przy ul. Czereśniowej – mówił ksiądz Witold i żartował, że taka jest przewrotność losu. Bo najpierw funkcjonariusze go prześladowali, a teraz potrzebują jego opieki duchowej.

Ale charyzmatyczny proboszcz był w pewien sposób duszpasterzem gorzowskiego środowiska artystycznego. – Pamiętam, jak kilka lat temu gorzowski Teatr Osterwy pojechał do Wilna z „Konradem Wallenrodem” i tam na wileńskiej ulicy chuligani ciężko pobili Kubę Zaklukiewicza, który grał zresztą główną rolę w tym spektaklu, to wszyscy modliliśmy się za jego zdrowie właśnie u księdza Andrzejewskiego – wspomina Krystyna Kamińska.

Kiedy umierał Aleksander Alik Maciejewski, wspaniały aktor, to właśnie ksiądz Andrzejewski był przy nim, a potem poprowadził nabożeństwo żałobne w katedrze, na które przyszły tłumy znajomych i fanów aktorskiego talentu Alika. Także i proboszcz Andrzejewski w ostatnią drogę odprowadził poetę niepokornego Kazimierza Furmana, który lata całe wadził się z Bogiem, ale prałata słuchał.

Dziennikarski epizod

Przez kilka lat ksiądz prałat pracował w Radiu Gorzów jako dziennikarz, co prawda szczególny, ale jednak. Prowadził tam audycję „Anioł Pański”. Przy okazji modlitwy odmawianej w samo południe prowadził krótkie rozważania na tematy ważne i mniej ważne. A gorzowianie pamiętają, że były to malutkie homilie okraszone cytatami z literatury i nie tylko. – Czekało się na te audycje. Bo to były ważne chwile w codziennym zabieganiu – mówi jedna z parafianek księdza. A ludzie z radia wspominają, że jak proboszcz w chodził do redakcji, to nastrój się zmieniał na lepszy, bardziej radosny.

Honorowy obywatel

Za wszystkie zasługi dla miasta i jego mieszkańców ksiądz Witold Andrzejewski w 2007 roku, roku 750. urodzin miasta został Honorowym Obywatelem. W tym samym roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działalność w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela.

Jednak niebanalnego życia i dzieła proboszcza z Mieszka I nie chcieli docenić magistraccy urzędnicy, bo w 2014 roku odmówili dotacji miejskiej na biografię niezwykłego proboszcza. Magistrat uzasadnił wówczas, że nie jest rolą miasta wspieranie biografii obywateli. I ta decyzja spotkała się z lawina krytyki ze strony samych mieszkańców i mediów. Ksiądz Andrzejewski całą historię przyjął ze stoickim spokojem i sprawy nie komentował. – Nie ma o czym mówić – kwitował.

A wierni obiecali sobie, że jednak do wydania książki dojdzie. I będzie to trzecia książka poświęcona niebanalnemu duchownemu, pierwsze dwie, wywiady rzeki opublikował kilka lat temu Wiesław Antosz, przed laty redaktor naczelny Radia Gorzów.

Zdrowie w poprzek

Ksiądz prałat przez lata bywał w gorzowskim Teatrze Osterwy na premierach, przychodził do Jazz Clubu Pod Filarami na koncerty, ale kiedy zaczął chorować, musiał ograniczyć aktywność. – No widzisz, całe życie walczyłem z komuna, a tu mnie taka choroba dopadła, co to czerwień ma w nazwie – żartował kilka lat temu na temat czerwienicy, która go dopadła i z którą walczy. No i ta czerwienica w końcu pokonała lubianego proboszcza. Zmarł 30 stycznia w szpitalu w Gdańsku. Wtedy minutą ciszy uczcili go artyści dający specjalny koncert w Łaźni Miejskiej z okazji Dnia Pamięci i Pojednania, bo tak się zbiegło w czasie, że Honorowy Obywatel Miasta zmarł w rocznicę przejęcia miasta przez Rosjan z rąk niemieckich.

Uroczysty pogrzeb prałata odbył się na cmentarzu komunalnym w Gorzowie z zachowaniem ceremoniału oficjalnego. A wychowankowie i znajomi nie kryli łez w oczach. Zasłużony dla Gorzowa kapłan spoczął w grobie swojej matki

Renata Ochwat