W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2020

Najtrudniejsze wtedy było zdobywanie sprzętu

2020-04-06

Gorzowskie środowisko samorządowe, polityczne i sportowe żegna Romana Bukartyka. Człowieka bardzo dobrze znanego w naszej małej ojczyźnie i powszechnie bardzo szanowanego, przez wielu wręcz lubianego.

medium_news_header_27380.jpg

Z Romanem Bukartykiem mieliśmy okazję często rozmawiać, a że był świetnym ,,gawędziarzem’’, rozmowy z nim zawsze pozostawały trwały ślad i zapewne wiele z nich pozostanie już w kronikach historii powojennego Gorzowa. Dzisiaj chcemy przytoczyć jedną z takich rozmów przeprowadzoną u Niego w domu przez ponad czterema laty, która dotyczyła jednej z pasji Pana Romana, czyli żużla. Formalnie działał on w Stali około piętnastu lat, ale tak naprawdę pomagał swojemu ukochanemu klubowi przez pół wieku.

Oto zapis nigdy wcześniej nie publikowanej rozmowy z Romanem Bukartykiem z 20 grudnia 2015 roku.

- W jakich okolicznościach trafił pan do gorzowskiej Stali, w której przez wiele lat był kierownikiem drużyny, a z czasem również kierownikiem sekcji i członkiem zarządu?

- Trochę przypadkowo, choć kibicem żużla byłem od chwili jego powstania w naszym mieście. Moim kolegą był Zygmunt Szarabajko i kiedyś zachęcił mnie do przyjścia do klubu i zostania kierownikiem zespołu. To były czasy formalizowania prowadzenia klubów, zwłaszcza tych mających zespoły ligowe w centralnych rozgrywkach. Jednocześnie pojawił się wymóg, żeby drużyny były prowadzone przez kierowników. Poszedłem raz, drugi na trening, żeby przyjrzeć się organizacji pracy zespołu od wewnątrz i przyjąłem ofertę. A z czasem trafiłem do zarządu klubu.

- Czym w pańskich czasach zajmował się kierownik drużyny?

- Praktycznie wszystkim, całą organizacją prowadzenia sekcji, a szczególnie pilnowaniem… starszych zawodników, bo to byli żywi ludzie. To były czasy hucznych zabaw i trzeba było kontrolować tych naszych chłopków, żeby nadmiernie nie balowali przed meczami. Oczywiście do obowiązków kierownika należała cała biurokracja, jak też organizowanie wyjazdów, noclegów, zapewnienie wyżywienia i wypłaty dla zawodników.

- Ile wtedy płacono za punkty?

- Pamiętam, że w ekstraklasie zawodnicy dostawali po 80 złotych za punkt oraz bonus, a w innych imprezach chyba 40 złotych. Za dobry występ żużlowiec mógł zarobić około tysiąca złotych, co było spora kwotą. Pamiętajmy też, że zawodnicy byli normalnie zatrudnieni na etatach w Ursusie i niewiele pracowali, bo najczęściej siedzieli w warsztacie przy sprzęcie lub trenowali. Kadrowicze mieli dodatkowo płacone tzw. kadrowe. Oczywiście porównywanie tamtych zarobków do dzisiejszych nie ma sensu, bo teraz żużlowcy mają zdecydowanie lepsze warunki, choć też muszą inwestować sami w sprzęt. Dawniej koszty utrzymania i remontów motocykli były na głowie klubu.

- Co było najtrudniejsze i leżało w kompetencjach kierownika?

- Najtrudniejsze było zdobywanie sprzętu i części. Oczywiście wszyscy w klubie szukaliśmy możliwości dojścia do producentów, stosowaliśmy różne metody, z wręczaniem różnych pamiątek. Bieda jaka panowała w Polsce pod tym względem była jednak spora. Nic dziwnego, że jeszcze przed moim przyjściem do klubu w Ursusie zaczęto budować własne motocykle, nawet przez jakiś czas zawodnicy jeździli na nich, ale na dłuższą metę nie sprawdziło się. Dobrze, że w Rzeszowie produkowane słynne FIS-y, na których przez pewien czas utrzymywano polski żużel. Niemniej trudno było z tym sprzętem, nawet jak w czechosłowackim Davisovie ruszono z masową produkcją motocykli Jawa. Były bowiem różne limity.

- Jak wspomina pan pierwszych zawodników, którzy budowali siłę gorzowskiego żużla w czasach, kiedy zaczynał pan z nimi współpracować?

- Zacznę od Andrzeja Pogorzelskiego, który otworzył kartę z wielkimi sukcesami. Był on zawodnikiem nad wyraz inteligentnym i ułożonym. Do tego prawdziwym amantem, za którym szalały dziewczyny. Miałem z nim trochę przez to kłopotów, bo musiałem go autentycznie pilnować. Bywało tak, że jechaliśmy gdzieś na mecz i ani się obejrzałem, a wokół Andrzeja był już wianuszek dziewcząt, które przychodziły na mecze często, żeby tylko z nim poflirtować. Najstarszy z naszego grona Tadeusz Stercel był dobrym człowiekiem, uczynny, koleżeński, lubił wszystkim pomagać. Bronisław Rogal był wysoki, przystojny, talentem dużej klasy, ale w kolektywie nie najlepiej się czuł. Był bardziej indywidualistą. On też został pierwszym gorzowianinem powołamy na mistrzostwa świata. Edmund Migoś z kolei to był ultra talent sportowy. Za co się nie wziął, był w tym świetny. Do tego, podobnie jak Stercel, koleżeński i ciągle wesoły. Wszyscy go lubili. Jerzy Padewski po wojnie przyjechał z całą rodziną z Pińska i jak przystało na Poleszuków wszyscy byli niezwykle serdeczni. Podobnie było z Wojtkiem Juraszem. Kiedy spojrzymy na charakterystykę tych chłopaków nie można być dzisiaj zaskoczony, że byliśmy jednym z niewielu wtedy klubów w Polsce, gdzie mieliśmy scementowaną drużynę, zawodnicy żyli w przyjaźni, choć niemal każdy pochodził z innych rejonów kraju.

- Czy pomiędzy zawodnikami istniała ostra rywalizacja sportowa?

- U nas raczej nie, choć wiadomo, że lepsi więcej też zarabiali i dzięki temu żyli na trochę wyższej stopie, ale zazdrości nie było. Może dlatego, że kto zarobił więcej często zapraszał innych kolegów na przysłowiowe piwo. Najczęściej czynił to Migoś, którego nazywaliśmy ,,fundatorem’’. Jak starszyzna szła na piwo, Mundek chętnie stawiał.

- Potem pojawiła się nowa fala świetnych żużlowców. Skąd w tak krótkim czasie wzięło się tylu późniejszych mistrzów?

- To nie był przypadek. Pod koniec lat 60. uruchomiliśmy w klubie szkółkę i gdy tylko pojawiła się grupa bardzo zdolnych zawodników uznaliśmy, że starsi powinni zaopiekować się młodszymi. I tak, Padewski wziął pod swoje skrzydła Zenka Plecha, Pogorzelski - Bogusia Nowaka, Migoś – Ryska Fabiszewskiego, bo to był jego sąsiad.

- I jakie zadanie mieli ci starsi?

- Pomagać w treningach, pilnować, uczyć, sporo mieli pracy. I powiem panu, że ci starsi najczęściej robili to naprawdę z wielkim oddaniem. Nie było wśród nich zazdrości. Jak Plech zaczął wygrywać, to Jurek Padewski był bardzo szczęśliwy i skakał do góry. Pamiętam, że jak do klubu przyszedł Boguś Nowak, to w pierwszej chwili nie było widać u niego wielkiego talentu, a dodatkowo nie miał w sobie tej wielkiej energii. Przy Pogorzelskim w krótkim czasie zrobił ogromne postępy i szybko stał się wiodącym zawodnikiem, do tego szybko ,,wydoroślał’’, a z czasem poszedł na studia, co w tamtym okresie wśród żużlowców nie było czymś naturalnym.

- A co z Edwardem Jancarzem, bo o nim jeszcze nic nie powiedzieliśmy?

- Edek Jancarz i Rysiek Dziatkowiak byli z tego średniego pokolenia, z tego samego rocznika zresztą. I choć ,,Eddy’’ zaczął późno trenować bardzo szybko stał się czołowym zawodnikiem, a w trzecim sezonie startów miał już medal indywidualnych mistrzostw świata w Goeteborgu. Młodsi bardzo go lubili, podpatrywali, bo im było bliżej do Edka niż do tych starszych opiekunów. Wydaje mi się, że skok, jaki wykonał Edek w swoim rozwoju sportowym, na tyle zmobilizował pozostałych chłopaków, że zaczęli oni jeszcze mocniej trenować, żeby dorównać do niego. Z drugiej strony, przynajmniej w pierwszych latach dla Edka, numerem 1 był… on sam. On nie szukał przyjaźni, lecz skupiał się na własnej pracy. Był pracoholikiem, ciągle doskonalił się, ale kiedy koledzy prosili go o pomoc zawsze był gotowy. Zawsze mówiłem, że sportowiec chcący odnosić wielkie sukcesy musi być małym egoistą i to do Edka pasowało. Jancarzowi bardzo zależało na szybkim byciem liderem Stali, dlatego zaciekle walczył z Pogorzelskim. A Andrzej nie przywiązywał do tego aż takiej wagi.

- Jak wyglądały wyjazdy na mecze?

- Jeszcze przed moim przyjściem chłopacy głównie korzystali z pociągów. Ja tylko raz z nimi tak pojechałem. Każdy brał motocykl, szliśmy na dworzec, jechaliśmy do Krzyża, tam przesiadka i dalej na przykład do Rzeszowa, Tarnowa, Krakowa. To były długie wyjazdy, trwające kilka dni. Potem zmieniło się o tyle, że klub nabył jeden samochód, który woził motocykle a zawodnicy dalej jeździli pociągami. Dopiero po zakupie starego autobusu można było zmienić środek lokomocji. Minęły kolejne lata i zawodnicy mieli już swoje auta, niektórym pomagałem załatwić, dorabialiśmy przyczepki i tak się zaczęło jeździć. Obowiązkowo kolumną. Jeździliśmy jeden za drugim, żeby w razie jakiegoś zdarzenia móc sobie pomóc.

- Był pan kierownikiem drużyny w okresie swojej pracy w Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze. Jak pan łączył te obowiązki?

- Łatwo nie było, ale mecze odbywały się w weekendy to jakoś sobie radziłem. Nie chciano mnie puścić ze Stali, a i sam dobrze się czułem w tej podwójnej roli, to czemu miałem rezygnować.

- Czy były to już czasy dużych napięć pomiędzy Stalą i Zgrzeblarkami?

- Nie, klasyczna ,,święta wojna’’ zaczęła się od 1972 roku, od pierwszej wygranej zielonogórzan z nami. Wcześniej różnica poziomu sportowego i organizacyjnego pomiędzy obydwoma kluba była ogromna. Stal była zespołem walczącym o mistrzostwo Polski, Zgrzeblarki miały problemy z awansem, a potem z utrzymaniem się w ekstraklasie. I jeżeli dochodziło do nerwowych napięć to bardziej wynikały one z frustracji zielonogórzan, przy czym nie dotyczyło to zawodników czy działaczy. Raczej kibiców, którzy nie mogli pogodzić się, że lejemy ich na każdym kroku, aczkolwiek na trybunach generalnie panował spokój. Dla zielonogórzan marzeniem było z nami wygrać. My mieliśmy z kolei inne wtedy marzenie, wygrać z ROW-em Rybnik.

- A czy rzeczywiście istniała wtedy dobra współpraca obu klubów?

- Tak. Trzeba wiedzieć, że zielonogórzanie mieli sporo kłopotów ze zbudowaniem silnego zespołu, bo im brakowało zdolnych wychowanków. To była taka zbieranina niechcianych zawodników w innych klubach. Mieli też sporo problemów organizacyjnych. Dużo im wtedy pomagaliśmy. Nawet w załatwianiu paliwa, które było trudne do zdobycia. Wszyscy mieli limity, ale do dzisiaj nie dowiedziałem się, jak moi zawodnicy znaleźli dojście, że zawsze mieli więcej niż powinniśmy mieć. U nas zawsze było tego paliwa w bród. Jurek Padewski i Edmund Migoś, potem handlowali i zielonogórzanie byli w grupie ich klientów.

- Dziękuję za rozmowę

Robert Borowy