W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Emila, Karoliny, Kary , 5 sierpnia 2020

Perła, o której zapomnieli niemal wszyscy

2020-05-11

Mija 20 lat od wydarzeń, które wstrząsnęły podgorzowską wsią i historykami sztuki. Obraz, który to sprawił, wisi nadal w wiejskim kościółku, a miłośnicy sztuki o nim zupełnie nie wiedzą.

medium_news_header_27605.jpg Fot. Wolne zasoby wiki W tym kościele wisi malowidło, które 20 lat temu zatrzęsło historykami sztuki i lokalną społecznością

O ten obraz bój stoczyli konserwatorzy, historycy sztuki oraz sami mieszkańcy wsi. Kiedy się wydało, że zniszczone i „od zawsze” wiszące w kościele płótno może być dziełem samego Caravaggia, zrobiło się gorąco.

Przyjechał z Wołynia

Wielkie płótno przedstawiające ukrzyżowanego Chrystusa, któremu w ranę na boku palce wkłada niewierny Tomasz wisiało sobie spokojnie w niewielkim Wołkowie. Jak ustalili historycy, zagadkowe na razie płótno trafiło tam w 1914 roku za sprawą hrabiego Jana Dzieduszyckiego, który darował to już wówczas dość zniszczone płótno maleńkiej parafii. I pewno by sobie tak ten obraz wisiał, gdyby nie to, że w 1939 roku wybuchła wojna, a w 1945 roku, wraz  postępem frontu Polacy mieszkający na Wołyniu byli zmuszeni do wyjazdu na nieznane sobie ziemie.

I tak płótno wraz z mieszkańcami Wołkowa pod wodzą ówczesnego księdza proboszcza Henryka Szymusika znalazło się w kwietniu 1945 roku w Kołczynie, a dokładniej w jeden z malutkich wsi satelickich. Oczywiście, informacja o obrazie znalazła się w dokumentacji ówczesnego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Ale, co ważne dla tej historii, malunek datowano na XIX wiek, ale stwierdzono, że naśladuje ono styl wielkiego Caravaggia.

Sytuacja stała się dynamiczna, kiedy to ukazał się IX tom „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej” pod redakcją wybitnego historyka sztuki prof. Jana Ostrowskiego w 2000 roku.

Historycy ruszają do rozpoznania

Nowsza, bo nie najnowsza historia tego obrazu zaczęła się trochę wcześniej, bo w 1993 roku. Wówczas to studenci z Koła Naukowego Studentów Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego inwentaryzowali zabytki właśnie w Wołkowie. I kiedy zaczęli przygotowywać swoje materiały do druku, okazało się, że w archiwum diecezji lwowskiej, która jest przechowywane w Krakowie, ja wół stoi, iż owo płótno powstało nie w XIX wieku, a znacznie wcześniej, bo w XVII i na pewno wyszło z rąk znakomitego malarza, najpewniej z kręgu Caravaggia lub też jego naśladowców.

Informacja zelektryzowała naukowców. Prof. Jan Ostrowski wysłała do malutkiej wsi swego asystenta dr. Andrzeja Betleja i fotografa Stanisława Michtę z przykazaniem, że mają obraz dokładnie obejrzeć, obfotografować i wracać z wnioskami do Krakowa.

Pierwszy ogląd dał zaskakujące efekty. Okazało się bowiem, że obraz namalowany jest na grubym, ręcznie tkanym płótnie, jakiego na pewno nie używano w XIX wieku. I już wówczas padła sugestia, że obrazu na pewno nie namalował Caravaggio, a najpewniej przez niderlandzkiego malarza Matthiasa Stomera, czyli jednego z licznych wówczas malarzy pozostających w pewien sposób pod wpływem Caravaggia. No i rzecz równie istotna, naukowcy stwierdzili, że obraz musi być poddany konserwacji.

Obrazu nie oddamy, ręce precz

To wówczas mieszkańcy wioseczki dowiedzieli się, że ich Niewierny Tomasz nie jest jakimś tam sobie szeregowym Tomaszem, a wybitnym i na pewno bardzo cennym obrazem, który jak już pójdzie do konserwacji, czyli zostanie zdjęty ze ściany ich świątyńki, to już na pewno nie wróci, a na 200 procent wróci kopia, albo coś w podobie.

Ich podejrzliwość wzmogli kolejni dziennikarze, którzy zaczęli zjeżdżać do zapomnianej przez wszystkich wsi, wypytywać, fotografować. To wówczas rozpoczęła się obywatelska akcja pilnowania obrazu, bo „on tu wisiał zawsze i tu z nami zostanie”.

Akcja była potrzebna, bo w tamtych czasach, 20 lat temu, małe wiejskie kościółki za cały system zabezpieczeń zwykle miały żelazne zamki na wielki klucz rodem z XIX wieku. Równocześnie także ksiądz proboszcz zaczął zbierać pieniądze na lepszy system zabezpieczeń. Jednak sytuacja daleka była od spokojnej.

O niezwykłym obrazie usłyszała także ówczesna minister kultury Joanna Wnuk Nazarowa, która w 1999 roku bawiła z wizytą w Gorzowie.

Historia najnowsza ciekawego malunku

Sytuację z obrazem, który okazał się być cennym malowidłem jakoś trzeba było uspokoić. Trzeba było przekonać mieszkańców, że obraz musi iść do konserwacji. Trzeba było zapewnień, że na pewno wróci na swoje miejsce, na pewno oryginał i nikt nie ma zamiaru więzić go w jakimś muzeum, choćby narodowym, jak to się stało ze słynnym „Sądem Ostatecznym” Hansa Memlinga w Gdańsku, gdzie oryginał wisi w muzeum, a w bazylice mariackiej tylko jego kopia i to w dodatku trzeba zapłacić 5 zł, żeby ją zobaczyć.

Do roboty ruszyli więc lubuscy konserwatorzy sztuki. To oni jeździli do wsi, to oni rozmawiali z mieszkańcami, to oni przekonywali, tłumaczyli i na wszystko obiecywali, że malunek wróci na swojej miejsce, to jest do ich kościoła.

Ostatecznie udało się obrońców obrazu przekonać. Malowidło trafiło do konserwacji, przy okazji potwierdzono, że autorem jest Mathhias Stomer, niderlandzki malarz, który zrobił karierę we Włoszech, a jego obrazy można oglądać w kilku ważnych muzeach.

Minęło 20 lat od tamtych wydarzeń. Dziś malowidło wielkiej klasy nadal wisi sobie w malutkim wiejskim kościółku we wsi, do której nie prowadzą żadne turystyczne szlaki. O tym, że takowy skarb tu jest, wiedzą nieliczni.

Co zdaniem mieszkańców jest najlepszą z możliwych sytuacją.

Roch