W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Kariny, Serafiny, Urbana , 2 lipca 2020

Na rynku nie tylko świeże warzywa i owoce

2020-06-25

Czy jest ktoś, kto nie zna słynnego ,,Ryneczku przy Jerzego’’? W Gorzowie znają go wszyscy, tego możemy być raczej pewni.

medium_news_header_27918.jpg

Może nie wszyscy systematycznie go odwiedzają, ale już kilka pokoleń wie, że w poniedziałki, środy, piątki, a od niedawna także w soboty można przyjść na teren Gorzowskiego Rynku Hurtowego i wybierać oraz przebierać w samych zdrowych pysznościach. Zwłaszcza teraz, kiedy stragany uginają się od świeżych owoców i warzyw.

Kiedy na początku marca niespodziewanie do naszego życia wdarła się nieproszona epidemia koronawirusa szybko pojawiła się obawa zarażenia. Żeby ją do maksimum ograniczyć praktycznie wszyscy musieliśmy pozostać na kilka tygodni w domach, a wyjścia ograniczały się do zrobienia zakupów w najbliższych sklepach czy pójścia do pracy. Decyzje te, na pewno konieczne, bardzo szybko zaczęły odciskać piętno na gospodarce, która gwałtownie zwolniła. Pojawiło się także zagrożenie dla takich miejsc jak rynek przy Jerzego, bo zdecydowana większość klientów nie ruszała się daleko ze swoich miejsc zamieszkania.

- Wiedzieliśmy, że musimy coś szybko zrobić, żeby scementować naszych handlowców, a jednocześnie zachęcić klientów do ponownego przyjścia na rynek – opowiada szefowa GRH Agata Dusińska.

I jak tylko zostały poluźnione pierwsze restrykcje, GRH uruchomiło akcję o wspieraniu lokalnego biznesu. Jej początek miał miejsce 4 maja i bardzo szybko informacja o tym rozniosła się po mieście. Wielu klientów zostało pozytywnie zaskoczonych, że rynek działa i oferuje bardzo dużo towaru. Oczywiście, sam handel musiał i musi być prowadzony w reżimie sanitarnym, ale od samego początku wszyscy byli zdyscyplinowani, szczególnie handlowcy, których zapytaliśmy się, jak dzisiaj sobie radzą po bardzo trudnym okresie niepewności?

- Rzeczywiście, niepewność była duża, bo nagle wprowadzono mnóstwo zakazów i nakazów – mówi Ireneusz Filipowicz, który od dziesięciu lat sprzedaje na rynku owoce, a wcześniej podobny handel prowadził w województwie dolnośląskim. - Dobrze, że nawet w najtrudniejszym momencie nie zamknięto rynku, bo tak zrobiono z wieloma w kraju i do dzisiaj nie mogą one się pozbierać. Te miejsce, które cały czas działały mają dzisiaj łatwiej powrócić do normalności. Handlowy, którzy starali się utrzymać sprzedaż po poluźnieniu restrykcji od razu dostali dodatkowego napędu – tłumaczy.

Od wielu lat na rynku można spotkać Małgorzatę i Zbigniewa Chrzanowskich. W ich ofercie są głównie jajka od własnych kur i warzywa prosto z pola.

- Niech pan zobaczy, jakie to wszystko jest świeże, naturalne – z dumą wychwala pan Zbigniew, ale po chwili przyznaje, że miał obawy. Bał się, że pandemia wszystko powywraca do góry nogami i rynkowy handel zaniknie na jakiś czas.

– Warzywa są podstawą naszego życia i trzeba je stale kupować, dlatego wiedziałem, ze wcześniej czy później wszystko powróci do normy – kontynuuje. - Bałem się jednego, żeby nie doszło do zamknięcia placu, bo wtedy nikt nie byłby w stanie przewidzieć, jak długo to wszystko może potrwać. Konkurencja jest natomiast duża i wypadnięcie z rynku mogłoby oznaczać pojawienie się innych producentów – mówi.

Z perspektywy czasu uważa jednak, że bardzo dobrym pomysłem było utrzymanie działalności rynkowej i zainicjowanie akcji o wspieraniu lokalnego rynku.

- Początkowo ludzie bali się do nas przychodzić, woleli siedzieć w domach, a jeżeli już musieli pójść po zakupy, szli do najbliższego sklepu. Potem obostrzenia zostały złagodzone i nastąpił szybki powrót klientów na rynek. Bo siłą rynku jest to, że zawsze można kupić tutaj świeże i smaczne rzeczy. Proszę, to jest czosnek wczoraj wyrwany, a dzisiaj można go już jeść. Ma zapach, jest ostry, bardzo dobry w smaku. A ten sklepowy, wielki, bo pędzony, najpierw musi zostać przewieziony przez pół Europy, potem trafia do hurtowi i dalej dopiero do sklepu – tłumaczy.

Z kolei Jacek Pabiańczyk od maja zeszłego roku prowadzi na rynku sprzedaż ciast wprost z Cukierni Mufinka z Janczewa.

- Jesteśmy pracownią tortów artystycznych, a na rynku sprzedajemy głównie ciasta na kawałki, mufinki, ciasta owsiane – mówi nam. – Pomysł, żeby tutaj otworzyć swój punkt wziął się z tego, że od lat rodzinnie robimy zakupy i polubiliśmy to miejsce. Widząc, jak rynek żyje w dni targowe uznaliśmy, że warto spróbować wystawić się z własną ofertą. I dobrze uczyniliśmy – uważa.

Pan Jacek przyznaje, że okres narodowej kwarantanny był dla niego i firmy trudny. Klienci w tym czasie skupili się na kupowaniu głównie produktów pierwszej potrzeby. To był też czas, że na rynku było zdecydowanie mniej ludzi niż dzisiaj.

– Powiem szczerze, że obroty wtedy bardzo spadły – przyznaje. - Mało sprzedawaliśmy zwykłych ciast, nie było wielu zamówień na torty, bo pozamykano restauracje, nie odbywały się rodzinne uroczystości, ale wszystko wskazuje na to, że problemy są już za nami. Ostatnio wszystko na nowo ruszyło i jesteśmy dobrej myśli – uważa i cieszy się z prowadzonych akcji promocyjnych przez GRH.

– Szczególnie fajna była ta z rozdawaniem masła jabłkowego w słoiczkach. Ludzie byli wtedy zadowoleni i handlowcy również. Myślę, że następują pewne zmiany u konsumentów. Powoli zaczynają odchodzić do wizyt w galeriach, a częściej odwiedzają małych, lokalnych przedsiębiorców, którzy często oferują towar lepszej jakości – kończy.

Zadowolony z obecnej sytuacji na rynku jest także Mariusz Bąk, na co dzień będącynie tylko handlowcem, ale i producentem kwiatów. – Na rynek przyjeżdżam dwa razy w tygodniu, wcześniej czynili to najpierw dziadek, potem ojciec, bo to taka rodzinna tradycja – uśmiecha się.  Kiedy tak rozmawialiśmy z panem Mariuszem co chwilę podchodzili klienci i brali kwiaty. Wszystkie w doniczkach.

- Z tymi ciętymi producenci w okresie kwarantanny mieli ogromny problem, bo pouciekały im śluby, komunie i inne wydarzenia. Doniczkowe lepiej się sprzedawały, bo klienci mieli trochę czasu i zaczęli porządkować ogrody czy balkony. Dzisiaj ta sprzedaż jest już normalna, są dni, że w dwie osoby musimy pracować, żeby wszystkich obsłużyć – kończy.

Rynek obecnie rzeczywiście tętni życiem, ale w sumie nic zaskakującego, skoro można tutaj kupić niemal wszystko. Dominują świeże warzywa, owoce, jajka,  przyprawy, kiszonki, pieczywo, sery, rozsady, kwiaty, ale są też ciasta, tekstylia i wiele innych rzeczy.

RB