W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 

 

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Przeżył życie z aparatem fotograficznym

2020-07-29

Zenon Kmiecik zmarł po długiej chorobie. Drobny, szczupły pan przez lata dokumentował życie miasta i Jazz Clubu Pod Filarami. Miał 83 lata.

medium_news_header_28199.jpg Fot. Dzięki uprzejmości Kazimierza Ligockiego, któremu dziękuję za udostępnienie.

Zenon Kmiecik, zwany przez przyjaciół po prostu Zenkiem odszedł we wtorek 28 lipca po długiej chorobie. Ostatnie pożegnanie odbędzie się 4 sierpnia, we wtorek o 11.00 w kaplicy za Products. Wiele lat spędził w towarzystwie ludzi ze Stolika nr 1 oraz w jazzowej piwnicy.

Życie na lotnisku

Zenon Kmiecik urodził się na poznańskim Chwaliszewie, robotniczej, ale i nie tylko dzielnicy Różna wiara tam mieszkała. Cinkciarze, złodzieje, ale i porządni robotnicy. Zabudowana kwartałami kamienic z wewnętrznymi podwórkami, gdzie wszyscy się znali, każdy żył życiem sąsiadów. Dzieciaki po całych dniach urzędowały na dworze.

Jak zaczęła się II wojna światowa, to Niemcy wyrzucili rodzinę Kmiecików z domu. Rodzina zamieszkała na poznańskich Winiarach - kolejnej malowniczej dzielnicy Poznania. Po wojnie rodzina przeniosła się na poznańskie Jeżyce na ul. Szamarzewskiego. Dziś to jedna z najbardziej pożądanych miejscówek do mieszkania, z drogimi mieszkaniami w wyremontowany, secesyjnych kamienicach.

To właśnie tu zaczęła się przygoda Zenka z lataniem. Załapał bakcyl, przeszedł badania i dostał się do Aeroklubu Poznańskiego.

Latanie sprawiło, że pokochał jazz, bo drogi z lotniska wiodły na poznański Stary Rynek, a tam zawsze ktoś coś grał. W tym samym czasie załapał bakcyla fotografowania. Pierwszy aparat kupił mu ojciec. Zenek miał wtedy 14 lat. - Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem to był łabędź w poznańskim parku Wilsona. Było nawet drukowane w jakiejś gazecie. Do dziś mam gdzieś w domu negatyw – opowiadał przed laty.

Reportaż z kozą w tle

I wtedy dopadł go obowiązkowy pobór do wojska. Dzięki lataniu trafił do Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych w Zamościu. Tam była też szkoła fotograficzna. Mnóstwo chętnych, mało miejsc. - Komisja dała nam po aparacie i rolce filmu do ręki, żołnierza do pilnowania, bo przecież poborowy przed przysięgą nie miał prawa koszar opuścić i dawaj w miasto. Szukać jakiegoś tematu - wspominał. Tak się szczęśliwie złożyło, że niedaleko od koszar był bazar. Taki, co to już ich dawno nie ma. Ludzie handlowali, czym się dało, zwierzętami, kurami, jakimiś gratami. I tam Zenek zobaczył coś niebywałego. Chłop między nogami trzymał kozę, tylko jej łeb wystawał. A w rękach liczył za nią pieniądze. Zrobił zdjęcia, ułożył w opowieść i dostał się do wymarzonej szkoły.

Po szkole trafił do Dowództwa Wojsk Lotniczych w Warszawie. Latał na czym się tylko dało i fotografował. Po dwóch latach jednak postanowił, że pora skończyć tę zabawę. Marzyła mu się inna przygoda. Już bez munduru, ale dalej z aparatem fotograficznym w ręku.

Śruby i śrubki

Wrócił do Poznania. Szukał pracy, a znalazł żonę Urszulę. I kiedy młodzi mieli już dość mieszkania u teściów za szafą, Zenek przez przypadek trafił na ogłoszenie o pracy w gorzowskim Stilonie. Szukano wówczas tokarzy i dawano im mieszkania. Decyzja zapadła szybko. Na świecie był już jego najstarszy syn Romuald, a w Gorzowie urodzili się jeszcze Robert i Arkadiusz. To, że przyszły tokarz miał żadne pojęcie o zawodzie, było rzeczą wtórną. Dzięki poznańskim znajomościom dostał jednak odpowiedni papier.  - opowiada Zenek.

Tak więc świeżo upieczony tokarz Zenon Kmiecik zostaje przyjęty do Stilonu, wówczas największej i stale rozwijającej się firmy w regionie. - Pamiętam, kiedy przyszedłem już na zakład i pokazali mi wydział mechaniczny, to zrobiło mi się słabo. Jakieś urządzenia, wszystko się kręci. Cholera, co to ma być - wspomina. Ale, jak sam dodaje, od czego pomyślunek. Wiedział, że nie przyjechał tu do pracy, tyko dla mieszkania.

Bóg jednak czuwał nad kolorowymi ludźmi. W Stilonie trafił na człowieka, który za pół pensji uczył go zawodu i na początek wystarczyło. Mieszkania zakładowego jednak nie dostał. Bo się celowo spóźnił z dokumentami. Po niedługim czasie dostał natomiast mieszkanie komunalne przy Chrobrego. I to nie byle gdzie, bo w bloku, gdzie była Moda Polska. Najlepszy wówczas adres w mieście.

Niemal natychmiast też trafił do Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego, któremu przewodził Zbigniew Łącki. I kiedy Zenek uwolnił się od ogłupiającej pracy jako tokarz w Stilonie, trafił do zakładu Łąckiego

Wiosną 1962 r. poznaje zasiedziałych już w Gorzowie artystów: Jana Korcza - malarza, Hieronima Świerczyńskiego i Mieczysław Rzeszewskiego. Przypadli sobie wówczas mocno do gustu, bo połączyła ich przyjaźń. Potem kółko się poszerzało o kolejnych. Tak tworzył się Stolik nr 1.

Jazz i jazz oraz śluby

Już w Gorzowie zaczął Zenek dla siebie szukać miejsca, gdzie grają jazz. I tak trafił do Filarów. - Robiłem zdjęcia podczas koncertów. Potem składałem je w albumiki. I za następną wizytą wręczałem artyście. Na drugim identycznym, prosiłem o autograf. I tak się nazbierało ich całkiem sporo - opowiadał Zenek.

Dobre kontakty łączyły go z fotografami, jak choćby z Waldemarem Kućką czy Zdzisławem Śliwianem oraz każdym kolejnym, który do zawodu wchodził.

W 1975 roku zaczął pracować w zakładzie Koralewski i w jego firmie Zenek pracował aż do emerytury. W tym samym czasie też robił zdjęcia w Urzędzie Stanu Cywilnego. Przez całych długich dziesięć lat i jeden tydzień.

Po przejściu na emeryturę nadal robił zdjęcia w piwnicy jazzowej, poznał całą polską scenę jazzową. Jego zdjęcia ukazywał się w prestiżowym Jazz Forum.

Szczupły, niewysoki, zawsze z aparatem i papierosem, nagle zaczął podupadać na zdrowiu. Od kilku lat praktycznie nie wychodził z domu.

Był ostatnim, który na pełnych prawach zasiadał przy Stoliku nr 1.

Renata Ochwat