W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Trzy pytania do... »
Emila, Laury, Rogera , 14 listopada 2018

Maraton w Nowym Jorku przez pięć dzielnic i tyle samo mostów

2018-11-05

Trzy pytania do Pawła Jakubowskiego, uczestnika maratonu w Nowym Jorku

medium_news_header_23219.jpg

- Jest pan miłośnikiem biegania, ale co skłoniło pana, żeby polecieć aż do Nowego Jorku i tam wystąpić w jednym z najsłynniejszych maratonów w świecie, w którym frekwencja przekracza 50 tysięcy uczestników?

- Ta historia ma ciekawy przebieg, ponieważ nie miałem w planie startu w Nowym Jorku, a w Atlancie. Przed dwoma laty chciałem lecieć tam z kolegą, którego siostra mieszka w Atlancie a naszym celem było przebiegnięcie maratonu wytyczonego trasą olimpijską. Poczyniliśmy w tym kierunku pewne kroki, załatwiliśmy nawet wizy, ale tuż przed kupnem biletów lotniczych okazało się, że maraton został odwołany. Organizatorzy zaproponowali nam w zamian bieg na 10 mil, ale to nas nie interesowało. Usiadłem z kolegą, chwilę pomyśleliśmy i uznaliśmy, że skoro już mamy wizy, chęci, kondycję to może spróbujmy polecieć do Nowego Jorku. I to marzenie właśnie spełniliśmy. Powiem krótko, że jestem zachwycony tym co zobaczyłem w trakcie, ale i po biegu. Szokiem było szczególnie to, że wracając już po maratonie do hotelu na każdym kroku ludzie nam gratulowali, ustępowali miejsca w metrze, otwierali drzwi do sklepów, obsługiwali nas bez kolejki. Po prostu cały Nowy Jork celebrował imprezę.

- A jak wyglądał sam bieg, jego trasa i co pana najbardziej zaskoczyło podczas tego wydarzenia?

- Wiele rzeczy mnie zaskoczyło, począwszy od tego, że za bardzo nie wiedziałem, jak organizacyjnie będzie wyglądało samo przygotowanie do startu. Zaczynając od odbioru pakietu startowego poprzez depozyt, napoje, jedzenie. Zaskoczyło mnie to, że już trzy godziny przed startem musiałem zameldować się na starcie. Oczywiście mieliśmy dobre warunki do przeczekania tego czasu, można było zjeść śniadanie, pod dostatkiem były napoje. Szybko okazało się, że było to związane z wczesnym zamknięciem mostów, przez które przebiegała trasa biegu. Pomimo, że do startu szykowało się ponad 50 tysięcy biegaczy nigdzie nie było kolejek. Wszystko odbywało się błyskawicznie. Postawiono 1.700 toalet. Do pomocy mieliśmy 13 tysięcy wolontariuszy. Startowaliśmy z dwupiętrowego mostu nad rzeką Hudson. Na obu poziomach było po sześć pasów. W sumie trasa przebiegała przez pięć dzielnic i tyle samo mostów. Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem, to tłumy ludzi w poszczególnych dzielnicach, którzy nam kibicowali. Miałem wrażenie, że dzielnice pomiędzy sobą rywalizowały, która głośniej będzie wspierała biegaczy. W sumie na trasie stanęło dwa miliony nowojorczyków. Co kilkaset metrów przygrywały nam zespoły muzyczne. To wszystko dodawało autentycznie skrzydeł, dodatkowej energii. Jedynie w dzielnicy żydowskiej Queens na początku była cisza. Owszem, wielu Żydów przyglądało się nam, ale bez emocji. Innym zaskoczeniem było to, że co milę podawano nam napoje, w tym wodę niegazowaną, która w swojej nazwie miała słowo ,,Poland’’. Zrobiło mi się z tego tytułu miło. Sama trasa była ciężka, mocno pofałdowana. Trudno było na niej uzyskać dobry czas, zwłaszcza że ostatnie trzy kilometry, już w Central Parku, kiedy wszyscy byli totalnie zmęczeni trzeba było biec ,,góra-dół, góra-dół’’.

- Tak jak himalaiści mają własną ,,Koronę Hamalajów’’, tak biegacze mają wielki szlem maratonów, do którego zalicza się sześć największych biegów ulicznych w świecie. Są to maratony w Bostonie, Chicago, Nowym Jorku, Londynie, Berlinie i Tokio. Wcześniej był pan w Berlinie, teraz w Nowym Jorku. Czy pańskim marzeniem jest zdobycie wielkiego szlema?

- Do tej pory zaliczyłem naprawdę niewiele maratonów, bo ten niedzielny był dopiero dwunastym w mojej amatorskiej karierze, z czego trzecim poza Polską. Byłem jeszcze w Amsterdamie. Od razu powiem, że celu w postaci zaliczenia korony maratonów czy półmaratonów, bo taki też jest, nigdy przed sobą nie postawiłem i nie zrobię tego przynajmniej w najbliższych latach. Nie wykluczam natomiast, że jeżeli będzie mnie stać budżetowo, to chętnie wybrałbym się do Tokio. Dla mnie biegi to przede wszystkim frajda z tego co robię. Jeżeli można je dodatkowo połączyć z atrakcjami turystycznymi, to ta frajda jest podwójna.  Przyznaję, że w Nowym Jorku uzyskałem swój najgorszy czas w biegach maratońskich, blisko 40 minut gorszy od rekordu życiowego. Dla mnie ważniejsze było jednak przebiec te ponad 42 kilometry i przy okazji podziwiać uroki miasta. Często stawałem, żeby porobić zdjęcia. To jest wydarzenie, które należy rozpatrywać w kategoriach zabawy, satysfakcji, przyjemności.

RB