W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Trzy pytania do... »
Kingi, Maryna, Tycjana , 3 marca 2021

Wygrali przy Śląskiej, jadąc w plastronach Stali

2021-01-23

Trzy pytania do Henryka Olszaka, byłego żużlowca Falubazu Zielona Góra

medium_news_header_29530.jpg Fot. archiwum/Falubaz.com Henryk Olszak

- Jak wspomina pan mecze derbowe między Falubazem Zielona Góra, w którym startował pan w latach 1976-83, a Stalą Gorzów?

- Derby tak naprawdę to był czas dla kibiców, to oni najbardziej je przeżywali, to oni wytwarzali często niepowtarzalny klimat. Tak jest zresztą do dzisiaj i zapewne będzie w przyszłości. Zawodnicy, przynajmniej tak było za moich czasów, podchodzili do tych spotkań jak do wszystkich pozostałych. Oczywiście, gdzieś tam ta dodatkowa koncentracja była potrzebna, bo i większy był prestiż. Pamiętam, że przed którymś starciem nasz prezes podszedł do mnie i powiedział, żebyśmy zrobili wszystko, aby wygrać ze Stalą. Nie trzeba było nam tego oczywiście mówić, bo zawsze podchodziliśmy do meczów z wiarą zwycięstwa i nie miało dla nas znaczenia, czy rywalem była Stal czy każda inny drużyna.

- Pamięta pan jakiś wyjątkowy mecz ze Stalą?

- Dla mnie wszystkie zawody miały ten sam ciężar gatunkowy i do wszystkich podchodziłem bardzo spokojnie. Nawet do swojego finału indywidualnych mistrzostw świata na Wembley w 1981 roku podszedłem na pełnym luzie i nie miało wtedy znaczenia, że byłem tylko zawodnikiem rezerwowym. Ale rzeczywiście pamiętam fajne nasze spotkanie w Gorzowie w 1982 roku. Wtedy wygraliśmy na stadionie przy Śląskiej, jadąc do tego w plastronach Stali Gorzów, bo swoich zapomnieliśmy. Mało tego, tamta wygrana dała nam praktycznie drugi z rzędu tytuł mistrzów Polski. Generalnie jednak miło powracam do całej swojej, krótkiej i dosyć burzliwej kariery, ale to były dla mniej najpiękniejsze lata życia.

- Jakie miał pan osobiste kontakty z gorzowskimi żużlowcami?

- Pomiędzy nami, zawodnikami panowała pełna zgoda. Byliśmy kolegami, często bardzo dobrymi, a niektórych chłopaków z Gorzowa traktuję jako przyjaciół, choć część z nich już odeszła. Wspólnie jeździliśmy na różne imprezy międzynarodowe, pomagaliśmy sobie, jak była taka potrzeba i nikt nie dawał nikomu coś złego odczuć. Bardzo dobry kontakt miałem przykładowo z Edwardem Jancarzem. On był ode mnie sporo starszy, bardziej doświadczony, a przede wszystkim utytułowany. Nigdy nie dał mi jednak odczuć, że jest kimś ważniejszym, lepszym. Nigdy nie wytworzył między nami dystansu i za to go bardzo szanowałem. Dobry kontakt miałem z Bogusiem Nowakiem czy z Rysiem Fabiszewskim. Często jak jechałem gdzieś razem z Edkiem, Bogusiem czy z Zenkiem Plechem, który był już w Gdańsku na jakieś międzynarodowe zawody, zawsze ale to naprawdę zawsze była wesoło i coś ciekawego się działo. W moich wspomnieniach gorzowianie zapisali się tylko pozytywnie.

RB