W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Gerwazego, Protazego, Sylwii , 19 czerwca 2019

Legenda w Gorzowie

2012-09-27

Wydaje się to mało prawdopodobne, ale w piątek w Spichlerzu pojawi się Krystyna Brzechwa. To malarka, która pokazywała swoje prace podczas legendarnej wystawy w warszawskim Arsenale w 1955 r. Jej prace wchodzą w skład kolekcji gorzowskiego Muzeum Lubuskiego, w cykl Kolekcja Arsenału. A dlaczego o tym piszę? Bo dla mnie jest niebywałe, że pani, która ma ponad 80 lat zadaje sobie trud, aby dojechać do Gorzowa. Każdy, kto jest skazany na podróżowanie gdzieś dalej niż tylko do Santoka, wie, ile trudu, zachodu, nerwów a czasami pieniędzy to kosztuje.
Ale ad rem. Za każdym razem, kiedy mam okazję uczestniczyć w spotkaniu z artystami, mam wrażenie, że spotyka mnie zaszczyt niebywały. I czasami ogarnia mnie wzruszenie. Pamiętam, jak raz jedyny w życiu uczestniczyłam w spotkaniu ze ś.p. Jerzym Nowosielskim. Artysta był już w kiepskiej kondycji, ale charyzma została. Tak samo było w przypadku spotkań z kilkoma innymi wielkim twórcami. Pamiętam, jak oglądała morderczą tremę u Katarzyny Kozyry. Może się to wydać nieprawdopodobne, ale ta wielka prowokatorka, genialna artystka o niezwykłym potencjale twórczym przed spotkaniem z widzami trzęsła się jak osika i słowa nie była w stanie wydobyć.
Tym bardziej ciekawa jestem spotkania z panią Krystyną Brzechwą. Jej malarstwo mnie zachwyca, lubię jej bajkowe motywy, jej oderwanie od rzeczywistości, stanie absolutnie z boku wszelkich nurtów, mód i tym podobnych wydarzeń artystycznych. Artystka nigdy niczego, ani nikogo nie prowokowała, nawet kiedy brała udział w wystawie w Arsenale. No może wówczas trochę, bo jej bajkowo-legendowe motywy nijak się miały do panującego wówczas powszechnie socu i uwielbienia tego, co zza Buga do nas szło.
No a już 2 października w Filarach polsko-duński jazz, tym razem Radek Wośko z Carlem Wintherem i Martinem Buhlem Staunstrupem zagra program Featured Carl Winther, czyli kompozycje jednego z najlepszych duńskich pianistów. Smaczkiem będzie i to, że gwiazda wieczoru sama zasiądzie przy klubowym Steinwayu. A potem na afiszu jazzowy zawrót głowy, bo i program Tribute tu Michael Jackson (ja tam za Mistrzem nie przepadam, ale akurat ten program mnie się podoba), potem sam wielki Joshua Redman, dla mnie gwiazda absolutna, Torun Eriksen, czyli gwiazda skandynawskiej wokalistyki (ja tam za wokalem jazowym, nie jest ważne, damskim, czy męskim, nie bardzo, ale akurat to mnie się podoba bardzo). Po drodze jeszcze Piotr Wojtasik, no i coś wzruszającego, czyli promocja płyty „Projekt Furman”. Myślę sobie, że usiądę w jakimś ciemnym kątku, o ile się miejsce znajdzie i sobie w samotności i z łezką w oku posłucham. Chłopaki i dziewczyny, którzy krążek nagrali w gościnnych progach Miejskiego Ośrodka Sztuki (no bo Miejskie Centrum Kultury teraz to tylko gabinet pani dyrektor i amfiteatr, dla alternatywy i innych miejsca nie ma), dołożyli wszelkich starań, aby było jak najlepiej. Znam ekipę, wiem, że są fantastyczni i czekam z niecierpliwością.
No i jedna drobna złośliwostka, otóż w jednym z lokalnych mediów przeczytałam, że w Filharmonii zagra Jarek Śmietana z ekipą. No cóż, ów rzeczony Jarek to pan w mocno średnim wieku i myślę sobie, że bardziej wypadałoby o nim pisać Jarosław, bo tak jeszcze kilka lat temu się przedstawiał. Nie ma nic żałośniejszego, niż właśnie ludzie w średnim, a potem w mocno średnim wieku mówiący o sobie per Zosia, Marysia, Jurek, Jasiek – mam na myśli oficjalne relacje, bo w domowych każdy może mówić, jak mu się tam chce.
A o vespie, tej ślicznej czerwonej, więcej nie napiszę, bo przestała parkować na mojej ulicy.