W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Gerwazego, Protazego, Sylwii , 19 czerwca 2019

Pieskie życie w mieście

2012-10-01

Już dawno zabierałam się do tego tematu, ale życie ciągle coś nowego przynosi. Żal mi psów, które mieszkają w centrum wielkich miast, nawet takich średnich, jak Gorzów. Codziennie rano w drodze do pracy mijam starszego pana, który na niezbyt długiej smyczy prowadzi na spacer husky’ego. Pies ma obłęd w oczach i udręczenie, bo akurat jego rasa tak ma, że aby być szczęśliwym, potrzebuje polatać. Codziennie, tak około 40 km. A tu cóż, krótka smycz, dostojny krok, bliziuteńka przebieżka. Nie dalej jak w zeszłym roku widziałam innego husky’ego, który mieszka w centrum, dokładnie w bloku nad Empikiem, i który się zerwał ze smyczy. To była czysta psia radość, wolność, można lecieć dokąd się chce. No i jego pan, który nie dowołał się ulubieńca, bo ten wcale nie reagował na jego rozpaczliwe a potem histeryczne wołania.
Albo z innej beczki. Często widuję na spacerkach – też dostojny krok i krótka smycz – właścicieli z owczarkami niemieckimi. Akurat te psy może 40 km dziennie nie potrzebują, ale na pewno więcej niż jedno kółko w Parku Róż.
Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy w ścisłych centrach miast, na piętrach w kamienicach i blokach trzymają zwierzęta, które potrzebują ruchu, przestrzeni, biegania, szczekania, zabawy. Dla mnie to zwykłe okrucieństwo. Dlatego choć całe życie w moim domu były psy, sama teraz nie mam zwierzaka. Bo nieludzkim byłoby trzymanie go na drugim piętrze i wyprowadzanie trzy razy dziennie na niezbyt długi spacerek po śródmiejskich ulicach. Nieludzkim byłoby skazywanie go na ciągłą samotność, bo ja ciągle gdzieś się plączę.
No i jeszcze jedna sprawa, sprzątanie po ulubieńcach. Co prawda widuje się już właścicieli czworonogów z torebkami, ale ciągle tego jest za mało. Efekt – zabrudzone ulice, nie wspomnę o parkach i trawnikach. Tak się składa, że na dniach byłam w Wolsztynie i Nowym Tomyślu. Tak, tak, Wielkopolska i tam nie ma mowy o zabrudzonych chodnikach czy trawnikach. Zresztą na tych stoją solidne tablice z zakazami wyprowadzania czworonogów. I każdy się do tego stosuje. No cóż, stare miasta, w których ludzie mieszkają od pokoleń, i zwyczajnie boją się sąsiedzkiego ostracyzmu. Ciekawe, czy za mojego życia dojdzie do tego w mieście nad Wartą?
Raczej nie sądzę.
No i słówko o kulturze, bo przecież tylko na tym się znam. Gratuluję pewnej pani urzędnik, że podczas otwarcia wystawy malarstwa w Spichlerzu nie błyszczała, jak to ma w zwyczaju, i nie usiłowała nam wytłumaczyć, z jaką artystką mamy do czynienia. A już jutro polsko-duński jazz, a za dziesięć dni wystąpi Piotr Wojtasik, jeden z najlepszych polskich trębaczy jazzowych, a 13 października „Projekt Furman”. Jak zapowiadałam, siądę w ciemnym kątku i sobie spokojnie posłucham. Pod warunkiem oczywiście, że się ciemny kątek znajdzie.
No i jeszcze jedno – bo mi cały czas ucieka. W tym roku Gorzów Jazz Celebrations w Teatrze Osterwy!!!!!!!!!! Wszystkie koncerty, nareszcie, znów będzie jak powinno, czyli tłoczno, radośnie, klubowo w większym wymiarze. I chwała Bogu. A ci, co byli na koncercie Jarka Śmietany w Filharmonii słyszeli albo jazzmanów, albo smyczki. Razem to nie zatrybiło – wiem od kilkunastu osób, bo sama być nie mogłam. I to kolejny już raz ci, co mają dobre ucho narzekali. Może więc wbrew obiegowej prawdzie ta akustyka nie jest aż tak rewelacyjna, jak wszyscy wielcy gadają na okrągło?