W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

O ikonie i wstydzie

2012-10-11

Spotkałam ostatnio Janusza Michalskiego, kustosza w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta. Pogadaliśmy o książkach, a potem Janusz opowiedział mi niebywałą rzecz. Otóż jeszcze przez dwa tygodnie, do końca miesiąca, w muzeum przy ul. Warszawskiej można oglądać przecudną wystawę ikon, zresztą wymyśloną i przygotowaną przez Janusza do spółki z panem Romanem Picińskim. I coż w związku z tym - ano okazuje się, że ta wysmakowana, choć niewielka ekspozycja cieszy się niebywałym powodzeniem. W księdze odwiedzin są napisy po polsku, niemiecku, ukraińsku, rosyjsku i Bóg wie w jakim jeszcze języku.
Wcale się nie dziwię, sama tam byłam kilka razy. Od niepamiętnych czasów urzeka mnie świat tych wizerunków. Zawsze mam kłopoty z nazywaniem ikon. Dlaczego? Bo to nie są po prostu obrazy. Pisał już o tym św. Jan z Damaszku, jego rozważania komentował Jerzy Nowosielski, twórca magicznej cerkwi w Białym Borze (byłam tam i po raz pierwszy w życiu i jedyny, jak do tej pory, straciłam poczucie czasu). Klasyczne wręcz wizerunki stworzyli św. Andriej Rublow - tak, tak, od 1988 r. święty Cerkwi prawosławnej. Razem z nim nad kodyfikacją wizerunków pracował mój ulubiony twórca - Teofan Grek. Zresztą to dziwne, bo obrazy przedstawiające świętych katolickich z reguły są podpisane, mniej lub bardziej wiadomo, kto co namalował. W pisaniu ikon jest inaczej, znani są tylko nieliczni, właśnie jak Rublow czy Teofan Grek. Nie liczy się twórca, liczy się wizerunek. Na chwilę wrócę jeszcze do Andrieja Rublowa. Film o wielkim pisacielu – no bo jak go inaczej nazwać – nakręcił dawno temu wybitny reżyser rosyjski Andrzej Tarkowski, także piosenkę o nim pod tytułem „Rublow” napisał i miał w swoim repertuarze Jacek Kaczmarski.
Coś jest w tych wizerunkach takiego, że człowiek do nich wraca. Mam w domu ikonę św. Nikołaja – patrona Rusi. Stoi oparta o okno, a święty gapi się mnie, kiedy coś tam czytam czy piszę. Mam też Chrystusa Pantokratora, malutką replikę ikony przywiezioną z Jordanii przez dobrych ludzi, czyli moją siostrę i szwagra. Z Katowic przyjechała do mnie ikona ze św. Janem z Damaszku, a z Wrocławia obraz św. Antoniego Padewskiego, który wygląda jak ikona właśnie. No cóż, trwam w zachwycie i dobrze mi z tym.
No i właśnie, jak tu po takich uniesieniach przejść do wstydu? Chyba jednym rzutem, niczym skok na głęboką wodę. Wstyd mi coraz bardziej za nasze miasto, za wandali, którzy zdemolowali podczas nocy przystanki. Co komu przeszkadza rozkład jazdy czy kosz stojący obok? Co musi mieć w głowie człowiek, który demoluje publiczną przestrzeń, pacia po ścianach, niszczy przystanki, łamie delikatne parkowe drzewka, wybija szyby? No co? Bo ja tego nie wiem i do końca życia chyba nie zrozumiem.
Miasto, nie dość, że w ostatnim czasie mocno zaniedbane, to teraz systematycznie jest dewastowane przez wandali. A dlaczego o tym piszę? Bo jasny szlag mnie trafił, kiedy dziś szłam do pracy i zobaczyłam efekty działań jakichś debili. Sorry za sformułowanie, ale inaczej nie mogę. i kiedy sobie o tym myślę, o tych ludziach, to zupełnie odechciewa mnie się rozmawiać o tzw. kulturze w tym mieście. Bo chyba rzeczywiście potrzebuje jej garsteczka ludzi. Bardzo zresztą niewielka.