W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

Krowa w mieście

2012-10-13

 Tak się złożyło, że ostatnio szwendałam się po ścisłym centrum Gorzowa. Oznacza to, że przeszłam wzdłuż ul. Sikorskiego kilka razy. No i spotkałam... krowę, tak krowę. Ale nie była to sobie taka zwykła łaciata Krasula czy też inna Mańka. Bo ta krowa jest... czerwono-zielono-biała i stoi sobie przy jednym z gorzowskich lokali. Nie chcę reklamować, ale jak powiem, że lokal podaje włoskie jedzenie, obok mieści się sklep z najlepszym winami z Italii i okolic, to i tak wszyscy będą wiedzieć, o które miejsce chodzi. A piszę o tym, bo w końcu ktoś wpadł na fajny pomysł. Lokal jest tak usytuowany, że trudno go jakoś szczególnie wypromować. A tu sympatyczna krówka, przed sklepem z winami ławeczka z kolorowymi kwiatami i koszem owoców (cóż, sztuczne ci one są, ale i tak wyglądają ładnie) od razu odsyłają do Italii i jej klimatów. Może to moja trochę bujna wyobraźnia pomaga, że czuję się jak w Pulii albo w Toskanii. Zresztą chyba trochę gorzowian też, bo na własne osobiste oczy widziałam przynajmniej kilka osób, jak się z sympatyczną krówką fotografowało, albo nieśmiało przysiadało na barwnej ławeczce.
Mam tak od maja, że wszystko, co włoskie jest dla mnie piękne, smaczne, warte zainteresowania. I dlatego szalenie podoba mnie się taka reklama, oryginalna, niewymuszona, jedyna w sobie.
Tym bardziej jest ona wyrazista, bo krańcowo odbiega od liszajowatych ścian innych budynków, beznadziejnych tablic reklamowych, popękanego asfaltu na ul. Sikorskiego i nie tylko. I nie trzeba było plastyczki miejskiej czy też innych urzędników, aby osiągnąć fajny efekt.
Bo jak już człowiek oderwie wzrok od włoskiej Krasuli, to widzi beznadzieję. Kilka metrów dalej straszy opisany już chyba przez wszystkich skwerek, co to w zamyśle urzędników miał być ekologiczny, przez te meble, co tam miały stanąć, a na razie jest palącym dowodem na bezmyślność. Bo skoro nie udało się go zagospodarować, to tym bardziej żal zieleniaka pani Romy z jej najlepszymi w mieście warzywami. W myśleniu urzędników wyszło, że lepiej aby miejsce straszyło, niż zarabiało.
Ot, taka mentalność urzędnicza. Tak się składa, że w tym urzędzie pracuje sporo fajnych ludzi, których znam, szanuję i lubię po prostu. Ale to zwykli pracownicy, nie żadni decydenci i nie mówią jak decydenci. To znaczy nie opracowują strategii, dokumentów i innych kwitów. Nie chodzą do roboty, jak za ancient regime’u. Tak, tak, taką kwestię usłyszałam z ust jednej pani, że ... - Bierzmy się do roboty. Słyszała towarzysza Gierka, czy jak? Bo po nim już nikt tak nie mówił. Passe to jest.
Ale wracam do krowy i ławeczki. Otóż nie dalej jak w czwartek widziałam maluszka, który tak się włoską Krasulą zachwycił, że za żadne skarby nie dał się od niej odciągnąć. Skończyło się na tym, że malucha posadzono na krówce, obfotografowano i dano cukierka na pożegnanie. No i jeszcze rzecz najważniejsza, właściciel włoskiego bydlątka nie miał najmniejszych zastrzeżeń, że ktoś tak traktuje jego własność. Chyba właśnie o to chodzi, aby przystanąć, zrobić sobie foteczkę i pójść na wino - dorośli, a mali na sok. I oby tak dalej, z Krasulami znaczy się, nie z urzędnikami.