W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Tuż, tuż za miedzą, ... w Deszcznie

2012-10-17

No i znów jest powód do zazdrości. Tym razem gminie Deszczno, która jako czwarta miejscowość po między innymi Santoku, Pszczewie i Przytocznej zleciła regionaliście Robertowi Piotrowskiemu przygotowanie albumu o sobie. No i znów wyszedł cymesik. Album jest wysmakowanym wydawnictwem prezentującym dzieje dawne i najnowsze gminy. Bo w książce znalazło się miejsce dla słynnego bożka deszczu odkopanego przez pastora Feliksa Hobusa, prekursora gorzowskiej archeologii, jak i dla powodzi w 2010 r. W tak zwanym międzyczasie autor zauważył mnóstwo ciekawostek w samym Deszcznie, jaki i miejscowościach obok.
Ja ze zdumieniem wielkim na wieczorze promocyjnym, który się odbył w Kotłowni Pomysłów kierowanym z sukcesem przez Ewę Hornik (byłą dyrektor Miejskiego Centrum Kultury, zwolnioną w skandaliczny sposób przez włodarza miasta na siedmiu wzgórzach), usłyszałam, że Deszczno i przyległe wioski było domeną Gorzowa. To landsberski magistrat mianował między innymi duchownych w tutejszych kościołach, decydował o oświacie, a w Gliniku miał ponad 2 tys. ha lasu. Takie to były ciekawe czasy. I żeby było jasne, nie ja pierwsza byłam zaskoczona tymi informacjami. Kilku regionalistów także odkryło tę Amerykę po raz pierwszy.
Dlaczego o tym piszę? Bo zwyczajnie zazdroszczę tym miejscowościom tych wydawnictw. My w Gorzowie, co prawda, mamy stertę albumów miejskich, wydanych głównie przez pewne bydgoskie wydawnictwo, ale one zwyczajnie nie umywają się do książek Roberta Piotrowskiego. Czemu? Bo są tylko obrazkami i to dzisiejszego Gorzowa, tak wykreowanymi, że miasto wydaje się czarowne, a w rzeczywistości takie nie jest. Pisałam o tym wielokrotnie, więc powtarzać się nie zamierzam. A Robert w swoich książkach zderza historię z rzeczywistością. Pokazuje, jak kiedyś było, a jak jest teraz. Poza tym swoje książki szpikuje ważnymi pigułkami z wiedzą, otwiera pewne ścieżki, po których warto się przejść, zachwycić i pogrzebać w źródłach. Po prostu inna wartość. Ale raczej nie ma nadziei, że taki gorzowsko-landsberski album powstanie. Dlaczego? Takie miasto.
Za niecały miesiąc znów się wyprawię do gościnnego Deszczna. Po to, aby posłuchać, co archeolodzy pod kierunkiem dr Kingi Zamelskiej-Monczak z poznańskiej PAN i Stanisława Sinkowskiego z naszego muzeum wykopali podczas letnich prac. A wykopali skarby.
No i na koniec słówko o urzędnikach.  Poszłam wczoraj pogapić się na odnowiony Arsenał. Brawa dla pani plastyk Igi Januszewskiej. Skoro udało jej się namówić na remont prywatnych właścicieli okazałego budynku w centrum, to może zrobi też coś w sprawie śmietnika przy ul. Chrobrego, tuż przy byłym kinie Słońce. Mam na myśli ten placyk, który od lat straszy. Leży on na tak zwanym, pożal się Boże, Szlaku Królewskim, którym Wysoka Rada Miejska uwielbia dostojnym krokiem maszerować w stronę placu Grunwaldzkiego, ku Dzwonowi Pokoju. A że czasami po kostki w śmieciach to inna sprawa.
No i ostatnia rzecz. Już jutro Krzysztof Korsak opowie o kibolstwie - czyli o swojej książce „Jestem kibolem”. Pierwszy raz. Chwała Krystynie Kamińskiej, że namówiła autora na spotkanie, bo książka warta jest tego. Wiem o tym od dawna.
No i naprawdę ostania rzecz. A w Jazz Clubie koncert za koncertem!!!!!!! I to jakie, same cymesy, całkiem wielkie zresztą. Ale o tym następnym razem.