W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

Siła słowa

2012-10-19

Tak, tak, dziś będzie o polszczyźnie, czyli jednym z ulubionych koników Renaty Ochwat. Ci, co mnie znają, wiedzą, że jestem maksymalną tradycjonalistką, jeśli chodzi o rodzime narzecze. Potrafię w niegrzeczny nawet sposób zwrócić komuś uwagę, że mówi źle, śmieję się z błędów językowych popełnianych przez różnych takich oficjeli. Kocham wręcz urzędniczy żargon z różnymi kwiatkami w stylu „do roboty”, „proliferacja”, „konsensus”, „środki finansowe”, „dzień dzisiejszy”, „Wysoka Rada Miejska”, wymieniać można zresztą bez końca. I nie bez kozery o tym piszę, bo byłam wczoraj w Lamusie na rewelacyjnym wieczorze Krzysia Korsaka, autora fantastycznej książki „Jestem kibolem”. Książka otwiera oczy na zamknięty świat, do którego mają dostęp nieliczni, na świat tak fascynujący – oczywiście, jeśli ktoś lubi ekstrema – że aż ciężko w niego uwierzyć (ja lubię ganiać po wysokich górach dla przykładu). Na świat, do którego dostać się trudno, jeszcze trudniej wyjść. Na świat, który kształtuje obiegową, w dodatku mocno nieprawdziwą o nim opinię. Ale piszę tu o tym, bo mnie ta książka uwiodła kilkoma rzeczami. Po pierwsze – język. Bohaterowie wykreowani przez Krzyśka to pełnokrwiste, intrygujące postaci mówiące własnym językiem, zresztą różnym w zależności od sytuacji – inaczej w tym oficjalnym życiu, inaczej w tym ukrytym, w świecie hooligans (jasny szlag, jakoś tak mam, że akurat ten wyraz utrwalił mnie się w wersji angielskiej i tak to piszę, z błędem ortograficznym w polskiej wersji, więc trzymam się oryginalnego źródłosłowu). Po drugie to dobry portret środowiska, które jest skonfliktowane - mam na myśli kiboli różnych klubów, ale kiedy trzeba wzajemnie się wspierających. Czyli coś, co znam ze stadionów żużlowych, bo i u nas tak jest (Boże broń, nie jestem kibolem, ultrasem tudzież hooligan Stali, tylko jej wierną kibicką, ale parę rzeczy przez lata latania na żużel widziałam i przeżyłam). Poza tym cała masa innych rzecz sprawia, że to jest znakomita, świetnie napisana, przyciągająca proza. Szacownego autora zapytałam, czy rodzice czytali. No i usłyszała, że tak, ale bez zachwytów.
Bo ta książka trochę obnaża samego autora, i choć autor w ostatnich słowa do czytelników zapewnia, że to sytuacje wymyślone, jednak moim zdaniem nie da się wielu sytuacji wymyślić, i tak wiarygodnie, przekonująco opisać. Krzyś na pewno wiele rzeczy przetworzył, pomógł mu w tym reporterski pazur, ale ileś rzeczy trzeba po prostu przeżyć lub zobaczyć, żeby to transponować, w tym przypadku z olbrzymim sukcesem – mam na myśli nakład, już 14 tys. egzemplarzy – na papier. Wiem o tym, bo sama kilka razy pojechałam do Bydgoszczy, zanim zasiadłam do albumu o Andrzeju Gordonie.
Sumując, książka jest prawdziwa, napisana z nerwem, talentem, co decyduje, że znakomicie się ją czyta.
Siła słowa tkwi także w wierszach Kazimierza Furmana. Przekonali się o tym młodzi, którzy wzięli ją na warsztat i nagrali płytę „Furman”. Przekonali się także i ci, którzy przyszli na promocję tej płyty do Jazz Clubu (dzięki klubowi za ciemny kątek, gdzie w spokoju mogłam sobie posłuchać). No i teraz informacja dla wszystkich - będzie kolejny koncert!!!!!!!!!!!
Naturalnie nie już, ale w grudniu, i każdy, kto nie słyszał, będzie miał okazję to uczynić. Tym razem po europejsku, z biletami i rezerwacjami, kolejny raz z możliwością zakupy płyty (kolejny raz stanę sobie koło Dajeczki i razem będziemy się wydzierać:” Płyty sprzedaję, płyty!", jak robiłyśmy to ostatnim razem). Bo jak się okazuje, jest taka potrzeba, żeby ten koncert zagrać raz jeszcze. Znów będę siedziała w jakimś ciemnym kątku i z przyjemnością młodych będę słuchała. Bo warto.
I na koniec o debacie o kulturze, na którą tym razem zaprasza pan prezydent (w oryginale jest wielkimi literami, ale ja się stosuję do polskiej normy językowej). Debata, czyli kilka wykładów, a potem aż 15 minut na dyskusję. Ostatnie spotkanie w bibliotece wojewódzkiej przekonało mnie ostatecznie, że urzędnicy siedzą w szklanych klatkach, do których nic nie dociera, zwłaszcza argumenty środowiska, dlatego zaoszczędzę sobie nerwów i czasu i na tę „debatę” nie pójdę. Szkoda czasu i atłasu, jak mawiał światły, choć nieco nieudaczny król Stanisław August Poniatowski. Tego elektronicznego atłasu też - to już współczesny wtręt.
Mam tylko nadzieję, że władza, wysoki magistrat dotrzyma słowa wypowiedzianego przez wiceprezydent Alinę Nowak, że nic się nie stanie bez zgody tych, co uczestniczą w kulturze i ją kreują. Bo na razie demontować ją chcą ci, którzy w niej nie uczestniczą, nie czują, nie rozumieją i nie mają potrzeby jej poznać.
No cóż, taka gmina.
Ps.
Uderzam się w pierś i przyznają, że choć kręćka mam na punkcie polszczyzny, zdarzają mnie się literówki i za to wszystkich przepraszam. No cóż, błędów nie popełnia tylko ten, który nic nie robi.