W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

O muzyce i nie tylko

2012-10-22

Złośliwe chochliki sprawiły, że nie mogłam pójść na piątkowy koncert angielskiej alternatywy do Miejskiego Centrum Kultury. Ale znajomi uprzejmie mnie poinformowali, że widzów było coś około 20, do końca koncertu osób zostało może z pięć. Muzycy jednak nie pokazali rozczarowania, koncert po bożemu odegrali. Potem gościnny Jazz Club zaprosił ich na pierogi i piwo, więc wieczór zakończyli w miarę przyjemnie i europejsko. A dlaczego o tym piszę? Bo to kolejna taka dziwna impreza w MCK dowodzonym przez Panią Dyrektor (niech będzie tym razem po urzędniczemu i w stylu pewnych dyskutantów). Fajna muzyka, tyle tylko, że kompletnie źle zapromowana. W sumie szkoda, mnie podwójnie, bo sama nie byłam, no i jeszcze tego, że taka garścinka ludzi się tam wybrała. Ale co tam, odfajkowane, w kalendarzu się znajdzie, w sprawozdaniu też. Wszyscy będą zadowolenie, na czele z obiema Paniami Dyrektor.
Jak już napisałam wyżej gościnny Jazz Club. Nie bez kozery, bo kilka razy ratował różne wydarzenia. I właśnie to doceniają nie tylko muzycy, którzy godzą się tu koncertować choćby za przysłowiowy kapelusz lub klamkę (urzędnikom podpowiadam - za dochód z biletów), ale także i zwykli ludzie.
Otóż poważne miejskie radio przeprowadziło ankietę wśród swoich słuchaczy. Pytanie brzmiało: które miejsca związane z kultura gorzowianie cenią najbardziej. Wynik układa się tak (na 20 października):

Nie będę tego komentować, warto byłoby jednak, aby co niektórzy w tym mieście w końcu zrozumieli, gdzie są wartości, o które należy dbać. Jako że nie wierzę w urzędników, zostają tylko państwo radni. Jak wszyscy wielokrotnie podkreślali, tylko oni stanowią prawdziwą władzę w tym mieście, więc niech może rzeczywiście zaczną rządzić.
A teraz z innej dziedziny. W sobotę umarł Przemysław Gintrowski, drugi z wielkiej trójki bardów Solidarności. Tworzyli ją nieżyjący od lat Jacek Kaczmarski oraz Zbigniew Łapiński.
Dla mnie jednak najważniejszym był Przemysław Gintowski, śpiewający zachrypniętym, charakterystycznym głosem. Późno w nocy z soboty na niedzielę słuchałam zdartej kasety, na której Artysta opowiadał o walce Jakuba z Bogiem.
Tak to idzie:
A kiedy walczył Jakub z aniołem
I kiedy pojął że walczy z Bogiem
Skrzydło świetliste bódł spoconym czołem
Ciało nieziemskie kalał pyłem z drogi
I wołał Daj mi Panie bo nie puszczę
Błogosławieństwo na teraz i na potem
(...)
I w tym spotkaniu na bydlęcej drodze
Bóg uległ i Jakuba błogosławił
Wprzód mu odjąwszy władzę w jednej nodze
By wolnych poznać po tym że kulawi

Tak, tak, bo my wszyscy wolni, umysłem, ciałem, wyobraźnią, chęciami, możliwościami, uczuciami w jakiś sposób jesteśmy kulawi.
W innym kawałku Artysta natomiast szuka raju, a na rozstajach poszukuje śladu gór. Pamiętam, jak ostatnio siedziałam sobie na Rusinowej Polanie w Tatrach, w takim potężnym węźle szlaków, gapiłam się na Czerwone Wierchy, to też mi po głowie latał ten kawałek. Zresztą wiele innych też. Pamiętam także koncert Przemysława Gintrowskiego w Gorzowie (o poznańskich nie wspomnę, bo sporo ich było). Nabita sala, ludzie powtarzający z jego bardem piosenki. Miał tylko 61 lat. Żaden wiek do umierania. Odchodzą prawdziwi artyści i prawdziwe autorytety. Następców jakoś brakuje Panie Przemku, niech tam w niebieskich zaświatach nadal Pan pozostanie kulawy i nadal szuka śladu gór.
I ostatnie sprawy, właśnie z cyklu „i nie tylko”. Z Filharmonii Gorzowskiej odchodzi Lidia Przybyłowicz, wysoka miejska urzędniczka, której praca w tej instytucji była dość mocno kwestionowana. To kolejne kroki ku porządkom w tej miejskiej instytucji, której ja jednak przyszłość widzę w ciemnych barwach. Nawet bardzo ciemnych.
Z innego rogu – jutro w bibliotece wojewódzkiej wykład zatytułowany „Gorzowscy bracia trzech punktów, przyczynki do dziejów” wygłosi Wolfgang J. Brylla. Tak tak, ten zielonogórski specjalista między innymi od Hansa Fallady, mocno kontrowersyjnego niemieckiego prozaika, opowie o masonach, wolnomularzach, czy wreszcie węglarzach, jak kto chce. Będzie ciekawie. Dla niezorientowanych podpowiem, że loża masońska w Landsbergu mieściła się tam, gdzie dziś „Don Vittorio”, tak, tak, dokładnie w tym budynku, który ocalał z barbarzyńskiego niszczenia miasta przez Rosjan. A w czwartek w bibliotece głównej PWSZ przy Chopina dr Gabriela Balcerzakowa uchyli rąbka tajemnicy i powie, jak doszło do napisania jej pracy doktorskiej o poezji Emila Zegadłowicza, co się przy okazji wydarzyło i dlaczego dopiero teraz ją publikuje. Też będzie ciekawie, choć nieco w inny sposób.
No i na koniec znów o muzyce. Za dni kilka w Teatrze Osterwy koncert Torun Eriksen. To zachwycająca barwą głosu, wrażliwością, muzykalnością norweska wokalista, po raz pierwszy w Polsce. Warto, a nawet bardzo warto się wybrać. Moje jaskółki, ale nieco inne, niż poprzednio donoszą, że jeszcze jakaś resztówka biletów się ostała. Tak więc nie ma na co czekać, pobiec tylko do Jazz Clubu, bo tam je sprzedaje główny organizator koncertu.