W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

No i była muzyka

2012-11-02

To były niezwykłe dni. Mam na myśli środę i czwartek. A wszystko za sprawą muzyki. W środowy wieczór w Jazz Clubie Pod Filarami zagościł bowiem Kwartet Smyczkowy im. Henryka Mikołaja Góreckiego. Czwórka panów zagrała współczesną muzykę klasyczną. Co to znaczy? Otóż to jest coś takiego, co się gra na Warszawskiej Jesieni Muzycznej. Znaczy dużo nieuporządkowanych nut, pewien wysublimowany hałas - tak myślą ci, co muzyki nie słuchają i tylko przez przypadek, gdzieś w „Teleekspresie” lub innej „Panoramie” natkną się na króciutki flesz z informacją, że Jesień właśnie się odbywa. Otóż nie, to nie były nieuporządkowane nuty. To była fantastyczna muzyka, którą rzadko gdziekolwiek, a w mieście nad Wartą szczególnie, można usłyszeć. Ekipa w składzie Maciej Grygiel - pierwsze skrzypce, Łukasz Jaros - drugie skrzypce, Dawid Pajdzik - altówka i Piotr Więcław – wiolonczela zaczarowała publiczność, nieliczną, ale za to bardzo zacną. A ponieważ nie było wprowadzenia, co będą grać, to ludki, w tym i ja, siedziały zachwycone i coraz bardziej zaintrygowane. Kiedy usłyszałam w jednej z kompozycji góralskie nutki, pomyślałam - Karol Szymanowski. Otóż nie, nie był to Karol Szymanowski, był to Kwartet Smyczkowy Zbigniewa Bargielskiego. Objaśnił mnie o tym po koncercie przesympatyczny lider Maciej Grygiel. Dla mnie to było coś niezwykle pięknego, osobisty zachwyt nad geniuszem ludzkiego talentu, który potrafi folklor tak pięknie usłyszeć, zakląć w nuty i nadać mu innego znaczenia. Przy tym nie traci się źródła, jest ono nad wyraz czytelne, rozpoznawalne. Tak przed laty czynił Karol Szymanowski, już tu przywoływany, tak czynił Henryk Mikołaj Górecki, Wojciech Kilar i kilku innych. A teraz tę muzykę grają w taki przepiękny sposób chłopaki z Filharmonii Gorzowskiej, którzy zbudowali swój własny Kwartet. Tylko gratulować i się cieszyć, że jest taki kameralny skład. A tym, którzy nie mieli okazji trafić na ten koncert, a muzykę taką kochają, podpowiem – nic straconego. Zachwycony prezes Dziekański zapowiedział powtórkę koncertu. Bo jak się osobiście wyraził – takiej muzyki nie można odpuścić, bo to jest wyśmienita sprawa. Takiego samego zdania był też Adam Bałdych – już wielka gwiazda skrzypiec jazowych, który też na koncercie był. No i cała reszta widzów. A ja już znalazłam płytkę z kwartetami smyczkowymi Bargielskiego, którą nagrał Kwartet Śląski i już do mnie ona leci (info o płytce też dzięki Maciejowi Grygielowi – no i jeszcze raz serdeczne dzięki za wydarzenie).

A w noc Wszystkich Świętych był jazz.
W piwnicy przy Jagiełły zagościło bowiem combo Floriana Hoefnera – nowojorskiego pianisty. W składzie obok lidera byli: Mike Ruby - saksofon tenorowy i sopranowy, co wyszło w trakcie koncertu, Sam Anning - kontrabas i Peter Kronreif - perkusja. I dawno nie było takiej muzyki w klubie. Choć to kwartet, to grał tak, jak klasyczne trio jazzowe, czyli klawisze, bas i pałki. Saksofony dodawała tylko koloru, temperatury, dodatkowych akcentów. Pod koniec pierwszego seta combo zagrało przepiękną kompozycję lidera, która mnie się skojarzyła ze standardem „Jesienne liście”, coś niebywale pięknego, coś, co trudno zagrać, ale jak już zabrzmi, to chwyta za serce, czaruje i uwodzi. I tej rzeczywiście wspaniałej muzyki, mocno tkwiącej w mainstreamie słuchało sporo fanów. Dość powiedzieć, że po koncercie ludzie rzucili się do kupowania płyt. Sprzedało się 15 płytek, co na skład z nieznanymi nazwiskami jest wydarzeniem bez precedensu.
A jakie drogi przywiodły muzyków do miasta na siedmiu wzgórzach? A dość pokręcone. Bo z jednej strony była to charyzma prezesa Dziekańskiego, który ma coraz lepszą markę (nota bene – jest słabością gorzowskiej kultury, bo za bardzo się kojarzy z pewnymi wydarzeniami w naszym mieście – to według pewnego papieru, który niebawem radni będą przyjmować jako strategię kultury – dla mnie kuriozum w czystej postaci), a z drugiej dzięki pałkarzowi Peterowi Kronreifowi, który już tu był. Pamiętał piwnicę, fanów, smak pierogów, niezwykłą atmosferę, jaka towarzyszy każdemu koncertowi. I nie jest ważne, czy muzyki tu słucha 40 czy 140 osób. Bo tu - mam na myśli piwnicę przy Jagiełły - zawsze najważniejsza jest właśnie muzyka. Nie piwo, pierogi, towarzyskie pogawędki. Tu zawsze właśnie Pani Muzyka jest najważniejsza. A na dowód powiem tylko, że jak ktoś zaczyna gadać w trakcie koncertu, to fani sami z siebie taką gadułę uspokajają.

No i państwu radnym, Wysokiej Radzie (bo jak wiedzą ci, co czytają moją pisaninę - kocham ten zwrot) pod rozwagą daję. Zastanówcie się pięć razy nasi przedstawiciele w samorządzie, zanim zdecydujecie się lekką ręką, bo po cóż komu kultura i niszowy jazz, zamknąć klub, wykreślić jazz z pejzażu miasta nad Wartą. Skoro o mieście na siedmiu wzgórzach w ujściu Kłodawki za sprawą jazzu wiedzą w takiej Austrii, Kanadzie, Anglii i USA (bo z tych krajów są muzycy kwartetu, który zaczarował fanów we Wszystkich Świętych), to może jednak nie warto tego niweczyć, może warto przyjrzeć się poczynaniom urzędniczym nieco dokładniej. Naprawdę szkoda będzie, jeśli akurat to pójdzie w niwecz i na zatracenie. Zresztą jak i paru innych rzeczy też.
A z innej beczki – oko się zagoiło, nie ma siniaczków, ale nadal swędzi, co mnie mocno irytuje. Ale niech tam.
A wracając do jazzu. Dziś w nocy zagra Eric Marienthal, znów w Gorzowie, znów będzie muzyczna magia, saksofonowa uczta, znów.