W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Magia święta

2012-11-03

Nietaktem chyba i zwyczajnym świętokradztwem jest pisanie o magii dni Wszystkich Świętych i Zaduszek. Kościoły chrześcijańskie w te dni wspominają owych rzeczonych wszystkich świętych. Ludzie – swoich bliskich. My, Polacy idziemy na cmentarze, palimy znicze, kładziemy kwiaty na grobach rodziny, bliskich i przyjaciół. Co niektórzy dodatkowo zapalają znicze przy wspólnych polsko-niemieckich – na naszych teraz ziemiach – pomnikach. Przynajmniej ja tak mam. W ościennym miasteczku, gdzie moi bliscy mieszkają, jest pomnik. Dedykowany on jest tym, co tu przed nami mieszkali, i tym, co już w naszej historii, w tej ziemi spoczęli. Pamiętam wielką dyskusję owej Wysokiej Rady (tak, tak, nawet w małym miasteczku nad Wartą i Obrą, po sąsiedzku miasta na siedmiu wzgórzach, taka jest. Widać taki life, wszędzie rady wysokie muszą być) nad tym pomnikiem, pamiętam argumenty za i przeciw, takie kokoszenie się z myślą, a ci… Niemcy tu wrócą i nas wyrzucą, a to niegodne, bo po co pamiętać, a …. Argumentów było milion. Na szczęście zatriumfował zdrowy rozsądek i czasy, które sprawiły, że pomnik można było wznieść. Na chwałę bogów i nie tylko, bo zwykłych zjadaczy chleba, do których i ja się zaliczam, też. I od lat palę tam zniczki, malutkie, takie, jak na grobach bliskich i przyjaciół, ale zawsze.
I za każdym razem uderza mnie magia miejsca, chwili, patos momentu. Właśnie we Wszystkich Świętych przekonałam się, że nie tylko mnie, bo i innych ludzi z małego miasteczka też. Kiedy podeszłam ze swoją lampką, paliło się tam już małe morze płomyków, za mną szła bardzo młoda kobieta, też ze zniczem, też postała chwilkę, skinęła głową, też zaczarował ją moment.

Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że bardzo wczesnym ranem pojechałam w piątek na Żwirową. Myślałam, że będę sama, nie będzie nikogo, i będę mogła spokojnie sobie postawić lampeczki na grobach przyjaciół, uronić łezkę w samotności, chłodzie i spokoju, zadumać się nad przeszłością, gdzieś z niebieskich przestworzy usłyszeć – Rencia, no co ty, przecież wszystko jest OK. Nie, okazało się, że w Zaduszki tu także jest ruch. Choć niekoniecznie wielki, ale jednak. Około 7.00 już byli ludzie, już palili znicze, poprawiali stroiki. Nie padało, jak we Wszystkich Świętych, było chłodno, spokojnie, dostojnie. I jasna cholera, nie wypadało ronić łez – jakby powiedzieli romantycy, czyli zwyczajnie popłakać sobie nad przyjaciółmi, których już nie ma. Bo wszak to nie honor pokazywać uczucia. Pamiętam, jak się popłakałam się na cmentarzu wojennym na Monte Cassino. Jakoś tak mam, że mnie wzrusza. Tym razem jednak dałam radę, popłakałam się w drodze do domu.

A dlaczego o tym piszę? Bo choć generalnie trudno mnie się myśli dobrze (w ostatnich czasach) o ludziach i o mieście nad Wartą, to akurat w te magiczne, ważne dni, okazało się, że na ludzi w tym mieście można liczyć. Że są przyjaźni, dobrze nastawienie do drugiego człowieka, pomocni. Pan kierowca autobusu jadącego na cmentarz specjalnie poczekał, aż dojdzie do wejścia starsza pani o laskach, młoda dziewczyna pomogła tej pani wejść i zatroszczyła się o to, aby miała gdzie usiąść. Pan kierowca długo stał na przystanku, aby wszyscy – nie było nas dużo – ale trochę osób z problemami – bezpiecznie wysiedli. Inny pan kierowca, samochodu osobowego, zatrzymał się przy pasach, aby ta grupka spokojnie przeszła na drugą stronę. Jeszcze inny pan kierowca, już później, też zatrzymał się przy pasach, aby pisząca te słowa, zresztą zapłakana z tego oto wzruszenia, mogła sobie przejść.
Uprzejmość, tak zaczynam postrzegać też to miasto. To zaczyna się dziać. Może owa magia świąt, tych jedynych w roku to sprawiła.
Z reguły narzekam na wszystko, ale tym razem mogę tylko podziękować za czar i magię, za współbycie razem, nawet nieznanych sobie osób, za to, że jednak stać nas na dobre uczynki, za to, że jeśli ktoś ma problem z pakunkiem, laską, czy jeszcze czymś innym, to akurat w tym momencie znajdzie się pomocna dłoń, co pomoże.

Cywilizujemy się, i za to dzięki. Ludziom miasta na siedmiu wzgórzach w dorzeczu Kłodawki i Warty, ludziom miasteczka w dorzeczu Obry i Warty. A żeby tak patetycznie i łzawo nie skończyć, to jednak, szlag by to trafił, brudno u nas jest, brudno przy Żwirowej, brudno w centrum. Nadal straszy buda przy Łokietka, śmietnik przy Chrobrego, stary browar. Nie wiem, jak jest w teoretycznie najpiękniejszym miejskim parku w centrum. Przezornie tam nie wchodzę.
A z innej mańki. Informuję już, że szykuje nam się listopad literacki. Ale o tym w następnych pisaniach Renaty. (Nota bene – ja we Wszystkich Świętych świętować nie mogę, bo w panteonie różnych świętych i błogosławionych, lub pretendujących do tego, Renaty zwyczajnie nie ma. Zołzowate imię jest, i raczej nie ma nadziei, że się to zmieni. Ale o tym też przy innej okazji).