W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Gorzów, Tybet i fascynacje

2012-11-06

Jakie to szczęście od Boga, że nie ja pierwsza napisałam o problemach tylko na razie z kasą w Miejskim Centrum Kultury. Znajomi prosili, żeby tego nie robić, bo i tak już mają krzyż pański z obecną szefową. A spóźnione wypłaty w tej instytucji to tylko czubek góry lodowej. Od samego początku pani dyrektor (nie napiszę wielkimi literami, jak chcą co niektórzy, bo jakoś szczególnego szacunku do funkcji nie przywiązuję) komunikuje się z załogą poprzez urzędowe kwity, ludzie są zaskakiwani coraz bardziej genialnymi pomysłami, vide noc muzyki elektronicznej, zamknięcie Magnata, warunkowe otwarcie sali koncertowej, zapowiedzi fantastycznych wręcz fajerwerków na przyszły rok, łącznie z klasyką w oparach popcornu i buł z kiełbasą w amfiteatrze. No tak, kolejny raz okazało się, że coś ostatnio nie udają się personalne wybory pana prezydenta TJ. Bo, że przypomnę, na tę funkcję konkursu nie było, odbyło się mianowanie. I moim zdaniem wybrano najmniej do tego predestynowaną osobę – ostatnie zdarzenia tego dowodzą. A że o zadziałaniach pani dyrektor nikt w magistracie nie wiedział, też trudno się dziwić, wszak magistrat kompletnie nie interesuje się stanem faktycznym, gorzowskiej kultury, tylko produkuje nikomu niepotrzebne i mocno nieporadne papierki. Cóż, znielubiona ostatnio była dyrektor gorzowskiej kultury Lidia Przybyłowicz widziała zawsze, co w kulturze piszczy, bo sama w niej brała żywy udział. Tymczasem obecne władze..., ech szkoda gadać, co obecne władze.

Tak o tym, co w kulturze piszczy napisał mi ostatnio jeden z moich dyskutantów: „... o kulturze stanowią twórcy. I te ważne dzieła powstają z potrzeby duszy, a nie na podstawie "planów urzędników". Magistrat ze swoimi działaniami finansowymi jest wtórny i służący wobec Artystów. Stąd apel do Twórców wszelakich - twórzcie Sztukę - nie dajcie się wmanipulować w personalne wojenki urzędasów”.

I tyle na ten temat.

A teraz o cudach. Prezes Dziekański uprzejmie i chłodno poinformował mnie, że w styczniu zagra u nas Leszek Żądło, no i zwyczajnie odpadłam z wrażenia. To wybitny polski muzyk jazzowy, wyborny saksofonista tenorowy, bywa że altowy też, który od lat mieszka w Niemczech i Austrii, wykłada na tamtejszych uczelniach, od kraju stroni i nader rzadko tu gra. Ale jeżeli już zagra, to ciarki chodzą po plecach. Miałam to szczęście raz jeden go słuchać w Niemczech, znajomi zaprosili i zapłacili za bilet, bo zwyczajnie mnie nie byłoby stać. Prezesowi udała się chyba jeszcze większa sztuka, niż w przypadku zaproszenia do Gorzowa Erica Marinthala. Leszek Żądło to artysta osobny, jedyny, no gwiazda po prostu. Dla mnie to jak koncert Bilego Cobhama, tyle, że anonsowany. Coś niebywałego, coś bardzo mocno niebywałego. A dla fanów plotek dodam tylko, że był ostatnim mężczyzną życia aktorki Barbary Kwiatkowskiej. Polska telewizja pokazała jej pogrzeb i właśnie Leszka Żądłę grającego dla Niej wzruszającą balladę.

A teraz o Tybecie. Otóż wczoraj rozdzwonił się mój telefon. Zadzwonili gorzowscy znajomi i nakazali – włączaj szybko telewizję. I co zobaczyłam? Ano że w Warszawie rozpoczyna się tydzień kultury tybetańskiej, organizowany ni mniej, ni więcej, przez chińską ambasadę. No i zadumałam się nad kondycję polskiego państwa, które mówi o sobie demokratyczne i przyjazne drugiemu człowiekowi. Otóż nie, nie jest przyjazne, jeśli pozwala na takie rzeczy. Chiny od lat 50. ciemiężą Tybet, niszczą jego kulturę materialną i duchową, usiłują wpływać na Jego Świątobliwość Dalajlamę XIV, zabijają jedną z najciekawszych cywilizacji tego świata. A na dokładkę jakiś pseudo uczony, Polak zresztą, z tytułem profesora, a niech będzie, przekonuje, że Tybet to chińska prowincja. Ciekawe, kto i za co mu ten tytuł profesorski dał.
No i my ze znajomymi zaczęliśmy się zastanawiać, co tu Panie Dziejku zrobić, żeby zaprotestować. Ja już wysłałam maile, gdzie tylko się dało, a za chwilę powieszę w oknie flagę Wolnego Tybetu. Bo tylko na razie tak mogę dać wyraz oburzeniu, diabła tam oburzeniu, jasnego szlagu, który mnie od wczoraj telepie.

Dopóki Polska będzie na takie rzeczy pozwalać, dopóty wolna i demokratyczna nie będzie. Bo na razie dała jasny sygnał, że boi się chińskiego smoka.
No i sumując, wyszły moje fascynacje, czyli nazywając je z Witkacowska, bziki: kultura, jazz, Wolny Tybet, Jego Świątobliwość Dalajlama XIV i parę jeszcze innych, ale o tym przy okazji.