W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anety, Leokadii, Wiesława , 9 grudnia 2019

O plątaniu się po mieście i lesie

2013-01-21

To pierwsze, to obowiązek. To drugie przyjemność. I za żadne licho nie da się tych dwóch aktywności połączyć w jeden przyjemny spacer.

Otóż w sobotę nawiedzili mnie znajomi. I to z gatunku takich, co to nie zadowolą się kawą i gorzką czekoladą, tylko koniecznie chcą pójść i zwiedzać. No cóż, ubrałam się ciepło, wzięłam do ręki przewodnik Krystyny Kamińskiej i dawaj robić za przewodnika po mieście nad Wartą. A jako że ode mnie najbliżej jest do biblioteki wojewódzkiej, to pomyślałam sobie, że znajomi zobaczą coś ładnego, posłuchają o Papuszy i będzie im dość. No i jakżesz się sromotnie pomyliłam.

A było to tak. Kiedy szliśmy do biblioteki, musieliśmy minąć dawne dołki, czyli coraz bardziej popadającą w ruinę willę Jaehnego. – Boże, któż dopuścił do takiego stanu – złamała ręce moja znajoma i zabrała się za fotografowanie tego czegoś, co było piękne. Z trudem dała się oderwać i zaprowadzić do biblioteki. Na szczęście tu jest ładnie, było się czym pozachwycać. Potem poszliśmy do Papuszy, nagadałam się o najsłynniejszej Romce, ale znajomi żądni byli zwiedzania dalej, to poszliśmy do Szymona Giętego. Spodobał się, no to ruszyliśmy do Jancarza, po drodze przeszliśmy niepiękną ul. Pocztową. Jancarz na szczęście też zrobił wrażenie. No to katedra, tu na próżno szukałam słynnej szachownicy, bo nowy proboszcz zastawił ją ławką, ale orła brandenbrurskiego znajomym pokazałam. Podobało się. Potem jeszcze poszliśmy na bulwar, też się podobał, choć umiarkowanie. – Za dużo tu urządzeń – uznali znajomi. A jako, że mają kręćka na punkcie rycerstwa, zakonów i tym podobnych, to uprzejmie się zainteresowali, czy u nas czegoś takiego nie ma. Zaprowadziłam ich w miejsce, gdzie kiedyś stał zamek krzyżacki, to się tylko zdziwili, że nie ma tu najmniejszego śladu informacji, że coś takiego było. Potem poszliśmy na Stary Rynek i znajomi przejrzeli na oczy. Zobaczyli dziurawe ulice, zabrudzone chodniki, popaćkane i niepiękne bloki oraz ogólne bezhołowie. – Wiesz, miejscami to naprawdę ładny kawałek rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy jakiś taki niepozbierany, niepasujący do siebie – uznali znajomi. I zapragnęli napić się kawy. No cóż – została nam do wyboru Śnieżka. Tyle dobrze, że kawa smaczna i jakieś ciastko też się znalazło. Znajomi pojechali, a ja wracałam do siebie i szłam krzywymi chodnikami i robiło mi się coraz bardziej smutno. Bo za każdym razem słyszę, że miasto na siedmiu wzgórzach nie jest piękne, a mogłoby być, jest zaniedbane, brudne, pozostawione samo sobie. Zostaje tylko jedno – włączyć sobie magistracką propagandówkę o mieście i udawać, że Gorzów jest właśnie taki, jak na tym filmie, piękny, zadbany, atrakcyjny, słowem europejski. Szkoda, że na filmie.

I żeby ten niesmak po zwiedzaniu miasta zabić, poszłam się poplątać po lesie. Zima, cisza, spokój, ślady zwierząt, kilometry w nogach, jednym słowem szczęście.

Lubię zwiedzać i poznawać, lubię szwędanie się po lesie. I już mam tę pewność, że jak jacyś kolejni moi znajomi zapragną wpaść do mnie z wizytą, to zaproszę ich do podgorzowskich lasów. Bo u faktycznie jest pięknie. Oszczędzę im i sobie spaceru po niepięknym Gorzowie, który zdaje się brzydnąć coraz bardziej. A szkoda, bo jeszcze jest co ocalić, ot choćby fabrykanckie wille, o których pewna urzędniczka bajała, że mamy szlak turystyczny wiodący ich szlakiem.

P.S. A w niedzielę chór Sotiria zaprasza na koncert kolęd. Będzie ekumeniczny. Bo zaŚpiewa także chór Cantabile. Tym razem będzie to w katedrze. No cóż, ja nie zdążę, bo znów mam w planach szwędanie się po lesie.