W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Celiny, Ireneusza, Niny , 15 grudnia 2019

Będzie święto, naprawdę!

2013-01-22

Z rozradowanym sercem przeczytałam informację o festiwalu muzyki współczesnej w Filharmonii. Za takie coś jestem gotowa wybaczyć różnych Piasków, Krawczyków i Czerwone Gitary

Muzyka współczesna – to Wojciech Kilar, Zbigniew Bargielski, Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Penderecki, Paweł Łukaszewski, ale też Grażyna Bacewicz, Tadeusz Szeligowski

i jeszcze trochę innych nazwisk. Dla mnie także Karol Szymanowski. No i kompozycje przynajmniej kilku z nich będzie można posłuchać podczas pierwszego Gorzowskiego Festiwalu Muzyki Współczesnej. Przyznaję bez bicia, kiedy usłyszałam po raz pierwszy o tym planie, nie uwierzyłam. A dlaczego? Bo to szalenie ambitne zadanie. Nowe polskie kompozycje choć są zapierająco w piersi dech piękne, to są piekielnie trudne do zagrania. Tak jest w przypadku muzyki Henryka Mikołaja Góreckiego, którego wielbię za „III Symfonię Pieśni Żałosnych” i „Trzy utwory w dawnym stylu”. Pamiętam totalny zachwyt, kiedy usłyszałam tę muzykę pierwszy raz. Emocje były tak wielkie, że trudno to dziś opisać bez egzaltacji. Mam w domu kilka różnych wykonań i zawsze, kiedy tego słucham, mam coś na kształt małego święta. A tu jeszcze taka wiadomość, że w Symfonii tej zaśpiewa Iwona Hossa-Derewecka, jedna z najlepszych polskich śpiewaczek sopranowych. Słucham jej wiele lat temu w Drezdenku, a potem w Poznaniu. Ciekawe, jak zabrzmi teraz? Bo ludzkie głosy z biegiem czasu też się zmieniają. Sumując te informacje, będzie nasza „Gorzowska Zima”. Super.

No tym razem czapki z głów przed pomysłodawcą. Trzymam kciuki, żeby się udało. Karnety do sprzedaży trafiają za dwa dni. Już się zwyczajnie nie mogę doczekać. I tylko ciekawa jestem, czy na tym festiwalu pojawi się pewna pani urzędnik, gorąca orędowniczka takich imprez.

Aha, festiwal dopiero w drugiej połowie lutego, ale niech tam, poczekam. I jeszcze jedna konstatacja. Taka impreza powoduje, że przestaję myśleć o występach  w tym miejscu różnych Piasków, Krawczyków czy innych Czerwonych Gitar. Zresztą, jak się okazuje, nie tylko nasza filharmonia to praktykuje, Bałtycka w Gdańsku pod kierunkiem prof. Peruckiego również. Widać takie czasy naszły, że nie obowiązuje zasada proporcji i godności miejsca, tylko ekonomia. Szkoda.

A teraz z innej mańki. Gorzowski skrzypek jazzowy Adam Bałdych nagrywa razem z Wojciechem Waglewskim, Joszko Brodą i Marcinem Pospieszalskim. No gratulacje po prostu.

No i kolejna mańka. Od niedzielnego popołudnia telewizje wszelakie straszyły wielkimi zamieciami i mrozami. Nawet zwykle na spokojnym zachodzie miało dojść do czegoś na kształt małego kataklizmu. No i proszę, wstaję ci ja dziś rano, a robię to wcześnie i co widzę za oknem? Ano moja ulica, w ścisłym centrum, dodam, i jedna z ważniejszych, przysypana jest grubą warstwą śniegu. Autka, zresztą nieliczne, poruszały się po niej z trudem. Chodniki – to już duża niewiadoma. Część uprzątnięta, część zasypana po kostki. No szkoła przetrwania. Zastanawia mnie zawsze – jak to się dzieje, że w europejskim kraju położonym w strefie umiarkowanej, z polaryzacją pogody na cztery wyraźne pory, roku zima zawsze zaskakuje służby. Za każdym razem i bez względu, czy śniegu spadnie 5 czy też 25 cm. Może ktoś jakoś logicznie umie wyjaśnić ten fenomen? Bo ja jakoś nie potrafię.

I dla porządku domu – dziś o 17.00 w bibliotece wojewódzkiej (wejście od Kosynierów Gdyńskich) dr Paweł Simiński opowie, jak wyglądało życie codzienne w zamkach krzyżackich Nowej Marchii. Zrobię wszystko, żeby zdążyć. Zresztą znajomi, którzy w sobotę oglądali miasto na siedmiu wzgórzach, kazali streścić wykład. Bo mają fioła na punkcie zakonów rycerskich. Mnie na szczęście przeszło.

 

P.S. A za kilka dni w Teatrze Osterwy premiera „Romea i Julii” Szekspira, tym razem śpiewająca i tańcząca. Ciekawe, czy mistrzowi Williamowi takie interpretacje (bo to nie pierwsza, że przypomnę choćby „West Side Story”) przypadłyby do gustu?