W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

Teatralne zawirowania tu i tam

2013-01-25

Już jutro premiera „Romea i Julii”. Idę, choć, musicalu nie lubię. Wiem natomiast na pewno, że nie pójdę na teatr do Filharmonii. Tym bardziej, że to ma być farsa.

Właściwie to, co dzieje się w mieście nad Wartą, zaczyna przypominać farsę. Mam na myśli teatr, ale nie instytucję, tylko sposób uprawiania sztuki. Mam od dziecka, że teatr to okazały budynek, kurtyna, gasnące światło, cisza, potem zachwyt, jak przestrzeń się powiększa. Jak trochę dorosłam, to odkryłam takie instytucje, jak poznański Teatr Na Piętrze, poznańskie Maski, zakopiański Teatr im. Witkacego, teatr uliczny i tak dalej, i tak dalej.

Dane mi było parę razy uczestniczyć w tak zwanych spektaklach „warszawskich” – gwiazdy znane z telewizji grały w maksymalnie uproszczonych spektaklach wielkich i mniejszych mistrzów, i wiem, że to nie moja bajka. Między innymi przez nędzne aktorstwo, które na scenie pokazuje prawdę, jakiej nie może obnażyć szklany ekran.

Dlatego też wybiorę się na premierę „Romea i Julii” do Osterwy w sobotni wieczór. Z kilku powodów, które wymieniła powyżej, ale też z tego, że nade wszystko wielbię wielkiego Williama. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że autor „Snu nocy letniej” do pięt nie dorastał Christopherowi Marlowowi. No cóż, bardzo być może. Mnie jednak zawsze nieodmiennie wzrusza Szekspirowska fraza, rytm. Lubię tłumaczenia Józefa Paszkowskiego czy Stanisława Barańczaka, nawet może być Maciej Słomczyński. A dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w sobotni wieczór będzie nam dane usłyszeć frazę mistrza Williama w tłumaczeniu reżysera spektaklu - Cezarego Domagały. Ciekawa jestem, bo tłumaczenie Szekspira, to jednak trudna sztuka. To tak, jak się przedzierać przez frazy wczesnorenesansowej poezji polskiej czy też barokowe zawijasy kunsztownych sonetów mistrza Sępa-Szarzyńskiego. Pożyjemy, zobaczymy. Parę różnych wersji Szekspira u Osterwy już widziałam, łącznie z fatalnym „Snem nocy letniej”. No dobra, jak mawiał śp. Alik Maciejewski – Ren, nie zapalaj się, daj sobie szansę.

Wiem natomiast, że żadna siła nie skłoni mnie do oglądania spektakli w Filharmonii, która głównie po to jest, aby słuchać w niej klasyki, bo inna muzyka już tam tak dobrze nie brzmi. Otóż już 3 marca właśnie w Filharmonii zagrają Małgorzata Kożuchowska i Lesław Żurek w farsie „Się kochamy” Murraya Schisgala (która zresztą jest w repertuarze Osterwy). Filharmonia, warszawskie gwiazdy i farsa, to koktajl mocno niestrawialny. Nie miejsce, nie ten rodzaj sztuki, nie ci ludzie. Ale cóż, znając życie, zachwycona publika wypełni szczelnie salę i będzie zadowolona. Powodzenia.

Zawsze uważałam, że są miejsca przeznaczone do różnych rzeczy. Biblioteka dla książek i spotkań z ciekawymi ludźmi, teatr dla spektakli, filharmonia dla klasyki, Filary dla jazzu, Magnat dla alternatywy, Mana Mana dla Kobranocki, która zagra tam już w sobotę. Okazuje się jednak, że nie. I w taki oto sposób sztandarowa instytucja kultury, czyli Filharmonia zamienia się w kiepski dom kultury, gdzie jest wszystko, jak w starym żydowskim powiedzeniu – szwarc, mydło i powidło. Szkoda, bo chyba nie tak miało być.

A teraz z innej mańki. Otóż nagle kościół przestał grać. Mam na myśli melodyjkę, jaką co rano wygrywała wieża Białego Kościoła (zresztą jednego z moich ulubionych – bo ekumeniczny). Dziś rano tego nie było, czyżby ten elektroniczny karilion się zepsuł? Daj panie Boże, żeby na zawsze. Ale jak znam rzeczywistość, to chyba zamilknął tylko na chwilę. Szkoda.

P.S. I dla porządku domu – dziś o 17.00 w Uniwersytecie III Wieku wernisaż Barbary Latoszek – prace o gorzowskich podwórkach, o 18.00 w NoVa Park wernisaż fotograficzny – wystawa nosi tytuł „Berlin”, zdjęcia można kupować, dochód idzie na pomoc dla chorej na moyamoya Eweliny. A o 19.00 w Filharmonii koncert z wielkim przebojami operetkowymi, jak polka Trich Trach, Kuplety Barinkaya czy aria z „Hrabiny Maricy”. Jak mawiają muzycy – muzyczne kotlety, albo też klopsy. Niedawno usłyszałam to określenie i szalenie mnie się podoba.