W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Dominiki, Dominika, Protazego , 4 sierpnia 2020

A jednak normalności brak

2013-03-14

Wygląda na to, że jak ruszy liga żużlowa, to jednak będę musiała na stadion chodzić przez pół miasta, czyli przez most Staromiejski. Powód - znów się oddalił remont kładki na moście kolejowym.

A jednak Polska to kraj absurdów. Znów nie trybi pomiędzy miastem a kolejami w sprawie remontu kładki. Bo jak stwierdził jakiś urzędnik – kolejom kładka nie jest potrzebna i nie zamierzają ani jej remontować, ani nawet zlecić diagnozy jej stanu. Skoro kładka potrzebna mieszkańcom, niech za remont płaci miasto.

Fajnie, rozumiem, że nie chce się dbać o coś, co swoje nie jest. Widzę to cały czas na ulicach i skwerach. Nie mój chodnik, to mogę na niego naśmiecić, nie moja ściana, to ją popaćkam, bo akurat mam sprej w fajnym kolorze. Ot, mentalność po polsku, nie tylko po gorzowsku. No i zawsze w takich sytuacjach szlag mnie trafia, bo przecież to jednak jest nasze. I teraz podobnie mnie zatelepało, kiedy przeczytałam słowa wysokiego kolejowego urzędnika z Zielonej Góry. Może mi to ktoś w końcu i po ludzku wytłumaczy – jakim cudem kładka dla pieszych nie należy do kolei lub też kolei nie jest potrzebna. Przecież to integralna część mostu, po którym kilka razy dziennie jeżdżą szynobusy do miasteczka nad Wartą i dalej do miasta nad Obrą i Paklicą i jeszcze dalej do miasteczka Z. Co z tymi urzędasami jest nie tak, że nie rozumieją prostej prawdy – to ich, a o swoje trzeba i należy dbać. Jak erozja kładki pójdzie dalej, to zagrozi konstrukcji całego mostu i potrzebne będą naprawdę wielkie pieniądze na remont.

No ale przecież to Polska właśnie, gdzie stworzono milion różnych spółek i spółeczek – kolejowych znaczy się, i każda zawiaduje kawałkiem infrastruktury. Śmiali się ostatnio przemili znajomi, że powstały spółki od każdego podkładu i każdej szyny – osobno. Urzędnicy biorą pieniądze, kolej się kurczy i idzie w niwecz i na zatracenie.

A mnie diabli biorą na urzędniczą głupotę i własną niewygodę. No cóż, trudno, jak trzeba to trzeba, będę chodzić przez most Staromiejski. Przecież wszyscy wiedzą, że lubię chodzić.

A teraz z innej mańki. Minister kultury Zbigniew Zdrojewski nie widzi przeszkód w dymisji Krzysztofa Świtalskiego z funkcji dyrektora Filharmonii Gorzowskiej. To było do przywidzenia. No bo co ma minister do szefa samorządowej instytucji, ano po prawdzie nic. Tym razem ktoś zechciał zachować jakiś pozór, zasłonić się kwitem z urzędową wysoką pieczątką. Ale znający się na rzeczy już dawno zawyrokowali – impeachment się odbędzie. Niezbadane są wyroki Boskie i decyzji szeryfa TJ. Zarówno ten najwyższy, jak i szeryf powodują się niezrozumiałą dla nas maluczkich logiką, w różnych zresztą sprawach. No cóż, na razie prezydencja miasta na siedmiu wzgórzach słabuje i na zwolnieniu lekarskim przebywa, co dziwne jest, bo za ostatnie lata tak nie bywało. Jak prezydencja wróci, głos wyda i wtedy wszytko wróci na swoje miejsce. Ciekawe, kogo teraz szeryf namaści na szefa sztandaru gorzowskiej kultury? Różne typy już chodzą, ale co jedna to śmieszniejsza, że aż nie warto o tym pisać.

No i jeszcze z innej mańki. Dziś w Lamusie niezwykła promocja. Marek Piechocki wydał przy pomocy Sonaru (której to firmie wielkie ukłony za to się należą) niezwykłą książkę, a mianowicie z wierszami Meli Fogelbaum, Żydówki z Łodzi zagazowanej w Auschwitz. To właśnie Marek odczytał te wiersze, a trafił na nie dzięki Leszkowi Żulińskiemu. I tak powstała niezwykła książka, świadectwo Czasu Pogardy, Czasu Mroku i Zatracenia. Znam Marka od lat, cenię go za wiele rzeczy, a za to, że chciało mu się odczytać te wiersze, wespół z Leszkiem Żulińskim opracować je krytycznie i namówić Monikę Szalczyńską do pracy typografa szczególne słowa się należą. Myślę, że o samej książce napisze moja przesympatyczna znajoma, ja tylko sygnalizuję, że coś takiego jest. No czapki z głów panowie przed autorami, jak mawiali panowie szlachta w zamierzchłych, kolorowych czasach Sarmacji i nie tylko.

A wczoraj w willi Schroedera kustosz Janusz Michalski opowiedział o przepięknym budynku, który nazywany był onegdaj domem mieszkalnym, dziś jest willą – siedzibą Muzeum Dekerta i zdaniem kustosza, z którym się zgadzam, jednym z najcenniejszych zabytków miasta nad trzema rzekami i na pewno najokazalszym budynkiem pofabrykanckim. A dyrektor Wojciech Popek ujawnił plany remontu muzealnego ogrodzenia i parku, tak więc będzie jeszcze śliczniej. Szczęściem, muzeum to instytucja marszałkowska, więc miejscy urzędnicy nie mogą mieszać swoich paluszków do muzealnych spraw – bo a nuż ktoś wpadłby na pomysł, że w grodzie na siedmiu wzgórzach placówka taka nie jest potrzebna, bo droga i ekskluzywna, a oszczędzać przecież trzeba.

P.S. A wczoraj, jak obyczaj każe, dzwony także w mieście nad trzema rzekami oznajmiły nam i światu, że wybrano papieża. Dzwoniły długo i wszystkie. Ceremonię prezentacji oglądałam ze znajomymi, bo wredne jaskółki przerzuciły się z Bacha na Joquino Rodriga i jego „Concierto de Aranjuerez” (oczywiście z mojej płytoteki) i nie chciały nawet dziobów otworzyć, aby cokolwiek szczebiotnąć.

P.S. 2. A w sobotę wieczór w katedrze chór Ella HardChor z Berlina zaśpiewa różne cuda wianki. Czyli znów wrócimy do czasów, kiedy katedra była także salą koncertową. Początek o 19.00.