W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Beatrycze, Małgorzaty, Piotra , 18 stycznia 2020

Gorzów na literackiej mapie

2013-03-15

No i było przejmująco wczoraj w Lamusie. Miasto na siedmiu wzgórzach zaistniało na kulturalnej mapie Polski i to za sprawą garsteczki ludzi wspartych przez prywatną inicjatywę.

Wieczór poświęcony był Meli Fogelbaum, żydowskiej poetce, która była w łódzkim gettcie i jak większość Narodu Wybranego została zamordowana przez nazistów w komorze gazowej obozu w Auschwitz. Niezwykłym splotem losu jej poezja trafiła w ręce Marka Piechockiego, którzy trzy tygodnie ślęczał nad zeskanowanym zeszytem, cudem zresztą chyba jakimś ocalałym z zagłady getta, z wierszami Meli. Ta poezja tak go zachwyciła, że namówił Sonar do jej wydania, Monika Szalczyńska dokonała cudu typograficznego, Leszek Żuliński napisał wstęp i słowo krytyczne. A wczoraj była promocja, Ela Kuczyńska czytała wiersze, znakomity klarnecista Andrzej Jóźwiak grał przejmującą żydowską muzykę, Beata Patrycja Klary dokonała egzegezy tej bolesnej poezji. A żeby szczęścia było więcej, okazało się, że książkę pod niebiosy wychwalała Agata Passent w literackiej audycji stacji TVN (był filmik, tak, tak, był).

Było pełno ludzi, losowanie książki (i szczęście tych, co wygrali) i rozmowy o sile słowa. A Leszek Żuliński nazwał miasto na siedmiu wzgórzach drugim miejscem urodzin Meli Fogelbam, oryginalnej poetki, która warta była odkrycia. Miejscem ostatecznym, bo to tu światło dzienne ujrzała ta niezwykła książka. Mnie i jaskółkom co chwila głos zapierało w krtani z wzruszenia urodą, ale i tragizmem słowa i pięknem tej muzyki.

A wszystko to dzięki Markowi Piechockiemu, któremu kolejny raz coś się chciało. Nie oglądał się na żadnych urzędników, żaden wydział kultury i zrobił wielką rzecz. Książkę teraz promować będzie w Kaliszu w Stowarzyszeniu Łyżka Mleka. Zresztą wysmakowany tom doczekał się już wielu bardzo pozytywnych recenzji. Jeszcze raz czapki z głów przed całą ekipą, która doprowadziła do finału to przedsięwzięcie, łącznie z gościnnym Lamusem, który udzielił dachu na promocję (A może to niedobrze, bo prezydent TJ jakoś nie lubi, kiedy coś się robi „na majątku miasta”?).

A czemu o tym piszę? Ano w kontekście tak zwanego wydziału kultury w naszym mieście. Mój kolega Piotr przedstawił komisję, która dzieliła publiczne pieniądze na działania w kulturze. I teraz już wiem, dlaczego po ogłoszeniu wyników pracy tych ludzi nawet mnie się nie chciało popatrzeć, kto to zrobił. Dla mnie jest jasne – w mieście nad Wartą, Kłodawką i Srebrną nie ma wydziału kultury, nie ma fachowców, którzy potrafią wykreować jakąś sensowną politykę. Poprzednia dyrekcja bywała na różnych imprezach, interesowała się, na co idą miejskie, i nie tylko, pieniądze. Obecna tylko chyba ogląda te słupki i tabelki, które każe podwładnym produkować. Pół urzędu miejskiego już się śmieje z tego, co wyczynia się przy Okólnej, następne pół zacznie się śmiać niedługo. I tylko trochę szkoda, że będzie to śmiech przez łzy z tego oto żalu, że sprawne paluszki urzędników zepsuły prawie wszystko. Szkoda tego, szkoda miasta, nas w końcu szkoda.

A teraz z innej mańki. Miasto pochyliło się – to urzędnicze określenie – nad bezdomnymi zwierzętami. Bezdomne one są przez okrucieństwo ludzi, którzy braci mniejszych traktują jak rzecz, zabawkę, prezent dla rozkapryszonego dziecka. Pobawi się taka osoba chwileńkę niewielką pieskiem, kotkiem, potem stwór się znudzi i jazda na ulicę. I takie czterołapie nieszczęście trafia do schroniska, a tam warunki są dalekie od komfortu. Byłam kilka razy, widziałam i nie chcę tam wracać. Dobrze, że urząd w końcu dostrzegł problem, dobrze, że będzie dodatkowy grosz na sterylizację. Byłoby wręcz wspaniale, gdyby udało się przenieść schronisko w inne miejsce. I wielkie dzięki tym, którzy ten problem zobaczyli i zrozumieli. Pomagać bowiem w tych wrednych czasach trzeba zarówno ludziom, jak i zwierzakom. Bo one tego zwyczajnie potrzebują. A tak nota bene, wiecie jak wygląda psie szczęście w samym środku miasta na siedmiu wzgórzach? Ja wiem. Ma postać buldoga z ogonem, który wesoło hasa po trawniku, a obok stoi pan i z uśmiechem patrzy na ulubieńca. Albo tak, że jest jamnikiem, jest siarczysty mróz i dlatego jego pani troskliwie wynosi go na rękach na dwór, żeby mu za szybko łapki nie zmarzły. Można? Można. Bo nasz humanizm, nasze człowieczeństwo określa stosunek do braci mniejszych. Dlatego dobrze się stało, że nowy papież przybrał imię Franciszek, od Biedaczyny z Asyżu, co to kazał ptakom. Może w ludziach wzbudzi to jakąś dodatkową refleksję? Oby.

I na koniec dla porządku domu – dziś w Lamusie podsumowanie konkursu literackiego im. Zdzisława Morawskiego. A w sobotę najpierw wystawa w Terminal 08, potem koncert w Dominancie, tak, tak w tym paskudzie na Zawarciu, także koncert w katedrze. Oj, dzieje się, dzieje w mieście nad Wartą.

P.S. A w niedzielę idę w znakomitym towarzystwie Naszej Chaty do Parzeńska, do wsi niezwykle urokliwej, utopionej w lasach Puszczy Barlineckiej z jedyną w swoim rodzaju figurą Matki Bożej, odzyskanym cmentarzem ewangelickim, gdzie mieszkają przemili znajomi. I nic to, że mróz. Tylko jaskółki kolejny raz odmówiły pójścia gdziekolwiek. Kiwają głowami i tłumaczą, że w mrozy, to najlepiej słuchać muzyki z gorącą herbatą w ręce, tfu w skrzydle i już przetrząsają moją płytotekę w poszukiwaniu czegoś ekstra. A jak nie znajdą to posłuchają wielkiego Bacha. Bo jego słuchać można zawsze.