W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Beatrycze, Małgorzaty, Piotra , 18 stycznia 2020

Teatralna ofensywa na słupach i scenie

2013-03-16

Co idę koło teatralnego słupa, tego naprzeciw Łaźni, to ze zdziwieniem odkrywam coraz to nowe plakaty, coraz to nowe warszawskie twarze widzę. Osterwa poszedł na wojnę i walczy o widzów. Ciekawe, jak ta potyczka się skończy.

Co i rusz Teatr Osterwy zaprasza na warszawskie sztuki. Było „Goło i wesoło”, teraz na najbliższym afiszu jest Artur Andrus, potem spektakl „Kobieta pierwotna” Hanny Śleszyńskiej (o której napiszę więcej przy okazji i co niektórzy się pewnie zdziwią), potem jakaś farsa z Anną Muchą, potem jeszcze coś z Emilią Komarnicką i Adrianną Biedrzyńską. Jak znam życie i dyrektora Jana Tomaszewicza, to tych obcych propozycji będzie jeszcze sporo. No i do tego trzeba dołożyć kilka premier, najbliższa już za tydzień. To Becketowska „Ostatnia taśma Krappa”, tekst niełatwy, jak to Beckett. Smakiem tego spektaklu jest też i Roman Kłosowski na scenie. Pamiętacie ten słynny Maliniak z „Czterdziestolatka”. Będzie święcił 60. rocznicą kariery.

Ale ja chciałam wrócić do warszawskich przedstawień. Może nikt o tym głośno nie mówi, ale to wojna, jaką dyrektor Tomaszewicz wytoczył innym instytucjom, które nie są powołane do teatralnych działań, a mimo wszystko usiłują teatr robić.

No cóż, powie ktoś, że wolny rynek jest i każdy może wszystko. Otóż ja jestem starsza pani i tradycjonalistka do bólu i moim zdaniem tak nie jest. Wolę oglądać spektakl w prawdziwym teatrze z kurtyną, sztankietami, rampą oświetleniową, nawet niech będą skrzypiące fotele. Jak muzyka klasyczna, to filharmonia albo kościół. Jak jazz to Filarowa piwnica, lub jakiś inny porządny klub, choć z tym w nadwiślańskim kraju coraz trudniej, bo gdzie indziej zwyczajnie się chałturzy do kotleta. Jak reggae to jakaś sala koncertowa lub nadwarciańskie błonia, jak rock, to podobnie, jak film to kino, bardzo pożądane z taperem do oglądania starych filmów – bo mam do nich olbrzymią słabość.

Ja, co prawda na warszawskie spektakle się nie wybiorę – nie gustuję w takim teatrze, ale cała masa przemiłych znajomych już się ucieszyła i rzuciła się do rezerwacji biletów. No i bardzo dobrze, że lubią i to im odpowiada i mają teraz to w mieście nad Wartą, a nie muszą jechać do nadwiślańskiej stolicy.

Ciekawe, czy szefostwo Filharmonii podejmie tę rękawicę i nadal będzie urządzać spektakle, a jeśli tak, to jakie. Bo sądzę, że takich kontaktów w świecie teatralnym, jak Jan Tomaszewicz, raczej nie ma. Myślę natomiast, że filharmonia powinna iść tym tropem, który już pokazała, czyli wybitni soliści, jak Konstanty Andrzej Kulka, orkiestra kameralistów studenckich z Moskwy (a tak swoja drogą, dajcie wszystkie bogi świata i ty dżinie z lampy Alladyna, aby wszystkie orkiestry mówiące o sobie - filharmoniczne, miały taki poziom) za chwilę koncert MISTRZA Krzysztofa Pendereckiego – oto dobra ścieżka. Pożyjemy, zobaczymy. Bo nad tą naszą Filharmonią widać jakieś fatum wisi. Już raz proponowałam – zaprosić znającą babkę, niech jajko rozbije, uroki odczyni, kość czarnej kury złamie. Może pomoże. Ale nikt nie słuchał i nie wziął tego na poważnie. No cóż, może szkoda.

No a tak z innej mańki. Już można kupować bilety na sparring z Ostrowem. A za dwa tygodnie rusza liga!!!!! Myślę, że fanów czarnego sportu spragnionych wrażeń jest więcej i podobnie jak i ja czekają na pierwszy mecz. Tylko znajome jaskółki się w głowę stukają, i mówią że nie rozumieją. No bo jak, z jednej strony Bach, Corelli, Buxtehude, Penderecki, Kilar, Rodrigo, Mozart i tak dalej, i tak dalej, z a drugiej taki prostacki żużel. No cóż, człowiek czasami sam nie wie, dlaczego akurat to, a nie co innego się mu się podoba. Przynajmniej tak jest ze mną. Kocham Bacha, ale i bardzo lubię czarny sport. Tak mam i już.

No a od wtorku to siedzę w Kinie 60 Krzeseł, gdzie będzie festiwal filmów górskich. Może nie taki wypasiony, jak w Katowicach czy Zakopanem, ale jednak. Skoro już nie mogę chodzić wysoko po górach, to choć sobie na nie popatrzę. Super fajna sprawa. Przynajmniej jak dla mnie. Pamiętam, że chyba ze trzy lata temu, na takim festiwalu w Zakopanem ostatni raz rozmawiałam z panem Maciejem Berbeką, himalaistą, który zginął na Broad Peak. Ech, smutna sprawa.

P.S. I tak już zupełnie na marginesie, bardzo podoba mnie się zadyma z lotniskiem w Babimoście. Jaskółki żartują, że skoro samoloty latają tam z częstotliwością sztuk jedna na dzień, to może być to fajny plac na jaskółcze i inne ptasie zloty. I coś w tym jest. Gratuluję pani marszałek pompowania pieniędzy, zwłaszcza w takich wrednych czasach, w coś, co kompletnie nie ma racji bytu. Nie ma to jak gospodarskie podejście do materii.