W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Fabioli, Miły, Sebastiana , 20 stycznia 2020

No i jest kanonada

2013-03-22

Jaskółki roświergotały się wczoraj. – Ty nie wiesz, jakie rewelacje szykuje Jazz Club, szoruj tam szybko! No i poszorowałam. Było warto. Naprawdę.

Otóż szykuje nam się, mam na myśli melomanów, więcej niż święto, więcej niż uczta. Cudne coś nam się szykuje. Co prawda za rok. Ale warto czekać, warto śledzić.

Otóż przyjedzie do nas Hiromi, młoda pianistka jazzowa z JAPONII. Pamiętacie, oni tam mają kręćka na punkcie Fryderyka Chopina (od zawsze, czyli od jakiegoś ponad pół wieku) i na punkcie Michała Wróblewskiego – tak, tak, naszego jazzmana (od dwóch lat będzie). No więc nie dziwota, że taką Hiromi sobie wychowali, albo też sama się wychowała.

Coś niebywałego. Drobna, szczupła, z burzą włosów, gra tak, że nawet ten dżin z lampy Alladyna zapomina, że jest wredny. Hiromi Uehara urodziła się w marcu 1979 roku w Hamamtasu. Miała tylko pięć lat, kiedy zaczęła się uczyć grać na fortepianie. Jej życie się zmieniło, kiedy miała kilka więcej. Wtedy usłyszała jazz. No i poszła tą drogą. Zagrała z Chickiem Coreą (słyszam go na koncercie – coś niebywałego, zwłaszcza jego transkrypcje jazzowe klasyki), potem była gościem Czech Philarmonic Orchestra, a na koniec skończyła, tak, tak, to nie żart, Berklee College of Music w Bostonie. Czyli Mekkę muzyczną naszego świata.

No i ona właśnie przyjeżdża do miasta nad Wartą, Srebrną i Kłodawką. Na swój pierwszy w Polsce koncert. To już wielka gwiazda jest. Ale potrafi robić takie rzeczy, że jak gra motyw z „Tom and Jerry”, no wiecie, z tej animacji i nagle okazuje się, że to poważna muzyka jest. Albo potrafi wejść na scenę i zadedykować swój występ Oscarowi Pertersonowi, o którym mówi, mój guru (tak, jak ja o Piotrze Sarzyńskim z „Polityki”, jeśli chodzi o architekturę). A jak gra słynną „Karawanę” Diuke’a Ellingtona, to nie napiszę, bo zwyczajnie nie potrafię. Daj nam panie Boże i ty dżinie z lampy Alladyna dożyć tej chwili.

Ale wredne jaskółki nie dały za wygraną. – Prezes ma w kieszeni albo z tyłu głowy jeszcze jedną gwiazdę – szczebiotały. No to się zapytałam. – Nie tę, nie tę - szczebiotnęły złośliwie te ptaki. Myślałam, że im chodzi o Dave’a Hollanda, co też dla mnie wielkim wydarzeniem jest. Otóż nie. Okazało się, że Prezes szykuje WYDARZENIE. Zakazał pisać, bo jeszcze trwają negocjacje. Ale kiedy usłyszałam, kto, to, powiedziałam – Prezes, każesz, będę sprzątać w teatrze, albo w klubie przez miesiąc, tylko niech się wydarzy. Niech będzie. Prezes wielkodusznie powiedział, że sprzątać nie muszę, ale coś zrobić będzie trzeba. Dobra, cokolwiek, ale niech będzie. Myślę, że jak już w końcu będzie można, to oszaleją fani jazzowego świata. Naprawdę. Jaskółki już oszalały. I gadają po świecie, już skrzykują skrzydlatą armię dla tego hołdu właśnie, dla muzyka i dla Prezesa.

A jaskółki, te wredne ptaszory (nota bene się mocno obraziły za określnie i siedzą teraz odwrócone ogonami. Prawda, że co i rusz któraś zerka, co piszę) i wcale nie komentują. Dzioby zawiązały w ogromne kokardy i demonstrują niechęć. Ciekawe, co będzie, kiedy zapragną posłuchać muzyki, z mojej oto płytoteki właśnie. Ciekawe, czy zapytają, czy po prostu wybiorą płytkę. Bo ja dziś mam ochotę na Jaco Pastoriusa. Pożyjemy, zobaczymy. A szczebiotnęły ostatnio, że coś Jaco dawno w domu nie było. Ano nie było. Ale o Jaco kiedyś przy okazji.

Wracamy do przyziemnych spraw. Otóż kolce lodowe wszędzie wiszą. Nawet w moim osobistym domu. Coś niebywałego Te sople na szczęście nikomu zagrozić nie mogą. Piękne są, dlatego o nich piszę.

I jeszcze z jednej mańki. Trzymam kciuki z panią Małgorzatę Perę, której  przyszło kierować Filharmonią Gorzowską. Trzeci to szef flagowego statku gorzowskiej kultury. W krótkim czasie. Obrażone jaskółki (już teraz mniej, bo słuchają Jaco, wygrzebane z moje płytoteki, świergotnęły, że może być problem z konkursem na szefa instytucji, bo kto zaryzykuje stanowisko, które po kilku miesiącach może stracić) twierdzą, że koniec z karuzelą, że w końcu jest dobry szef. Życzę powodzenia, bez przekąsu i żartu. Trzymam kciuki. Pani Małgosiu – bo tak do nowej szefowej zawsze mówiłam – niech pani pokaże, że można. Powodzenia.

P.S. A w niedzielę Nasza Chata idzie, tym razem beze mnie, w drogę. Zazdroszczę, bo wiem, czego. Dobrej drogi – ja o was będę myśleć.