W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Dominiki, Dominika, Protazego , 4 sierpnia 2020

Aż się w końcu zawali

2013-03-25

O tym, że zabytkowa estakada kolejowa wymaga pilnego remontu, nikogo raczej nie trzeba przekonywać. Wystarczy pod nią stanąć i się trochę pogapić na spękania. Szkoda tylko, że jakoś w tę konieczność nie chcą uwierzyć ważni urzędnicy od pieniędzy, zarówno tutejszych, jak i obcych.

A więc stało się, magistrat dowiedział się, że nie będzie z Warszawy unijnych pieniędzy na remont zabytkowej z jednej strony, a strategicznej z drugiej estakady, czyli połączenia miasta na siedmiu wzgórzach z Krzyżem i Kostrzynem nad Odrą, czyli z resztą kraju. Nie będzie, bo nie, a PKP sama z siebie tej estakady nie naprawi, bo zwyczajnie nie ma pieniędzy, a po drugie zanim ustali który podkład i która szyna do jakiej spółki należy, to miną lata świetlne i estakada zwyczajnie się zawali.

To najgorsza z możliwych informacji ostatniego czasu. Bo jak już zabraknie pociągów, to miasto nad Wartą, Kłodawką i Srebrną zupełnie straci kontakt ze światem cywilizowanym. Warta bowiem jest niespławna, stateczki raczej po niej pływać nie będą. Dojechać gdziekolwiek autobusem też raczej nie sposób, no chyba że do miasteczka nad Wartą i Obrą. Samoloty najbliżej lądują w Babimoście – tak, tak, jeden dziennie, oraz w Berlinie, tam i więcej lotnisk i więcej samolotów się pojawia. Ale tak, czy inaczej, zwyczajnie tam dojechać trzeba. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że magistrat już zapowiedział walkę o remont. Ale za mojego pamiętania, to tak walczy będzie z dziesięć lat i zwyczajnie nic z tego nie wynika. No cóż, ja tam lubię chodzić, więc zamienię się w wędrownego podróżnika, jak to drzewiej bywało – znaczy w średniowieczu i jakoś dam radę. A co z tymi, którzy chodzić nie lubią? Oto jest pytanie.

A teraz z innej mańki. Otóż w sobotę Roman Kłosowski. Aktor zagrał przejmującą rolę Knappa w dramacie Samuela Becketta, czyli postać, która boleśnie rozlicza się z życia, zresztą nie do końca udanego. I co się dzieje, kiedy przychodzi gratulować mu 60 lat na scenie. A no niemal wszyscy wypominają mu tego nieszczęsnego Maliniaka z „Czterdziestolatka”, jakby nie wiedzieli, że Kłosowski to aktor Szekspirowski, były dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi, wybitny epizodysta. Myślę, że pan Roman chyba miał dość tego wypominania mu Maliniaka i wcale się nie dziwię.

A teraz z jazzowego kątka. Otóż były dwa super koncerty. Podczas pierwszego, gdzie zagrali kanadyjscy muzycy pod kierunkiem Jacquesa Kuby Seguin, muzycy wykonali przepięknie zharmonizowany przebój „Pamiętasz jesień” Sławy Przybylskiej. Ale dziwne to nie jest, bo mama lidera jest Polką i on sam fantastycznie mówi w naszym ojczystym narzeczu. Jaskółkom najbardziej podobało się dość nietypowe ustawienie muzyków na scenie, a mianowicie saks altowy, trąbka i saks tenorowy. No coś fantastycznego. A w niedzielny wieczór czarował gitarzysta Dean Brown i było jak miało być – energetycznie, mocno, głośno, rockowo, jednym słowem fantastycznie.

No dobrze, jaskółki szczebioczą, że mam napisać o jutrzejszym wykładzie (o 17.00) Marcelego Tureczka w bibliotece wojewódzkiej. Bo będzie on o tożsamości kulturowej Ziemi Lubuskiej, czyli o rzeczy bardzo, bardzo ważnej.

A w Teatrze Osterwy Hanna Śleszyńska zagra kobietę pierwotną – ale o tym następnym razem.