W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Kresowe zachwyty

2013-05-06

Zawsze wiedziałam, że Lwów to nie Ukraina. Przekonałam się o tym po raz pierwszy 28 lat temu, teraz tylko się w tym upewniłam.

Byłam na Ukrainie i we Lwowie. Właśnie wróciłam i o tym w skrócie chcę opowiedzieć. Otóż pracownicy naukowi wraz z panią rektor prof. dr hab. Elżbietą Skorupską-Raczyńską na czele oraz szef administracyjny Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie mieli tę niezwykłą okazję, że mogli pojechać na Ukrainę. No i mnie to szczęście też spotkało. Było nas tam około 50 osób, obejrzeliśmy sobie dość dokładnie tę stolicę Galicji i Lodomerii (wredne, ale też i bardzo, bardzo sympatyczne łyczakowskie baciary powiedzieliby Golicja i Głodomeria – ale o tym w innym czasie), a przy okazji jeszcze Stanisławów, Poczajów, Krzemieniec, no i Żółkiew. Uczciwie uprzedzam, o Żółkwi to jeszcze nie raz i być może całkiem wielki tekst (jak redaktor się zgodzi w innym dziale).

Nie mam korzeni na Ukrainie, moja rodzina tam mieszka z zupełnie innych powodów. Po raz pierwszy i jedyny byłam tam właśnie 28 lat temu i zapamiętałam Lwów jako piękne, choć straszliwie zaniedbane miasto. Miasto, które chyliło się ku upadkowi, miasto pozostawione same sobie, niech sobie radzi. Miasto, gdzie miejscami tramwaj jedzie tuż przy chodniku a środkiem parkują auta, bo przecież gdzieś muszą. Miasto, gdzie na Cmentarzu Łyczakowskim ani pół śladu zadbania o pamięć Orląt Lwowskich. No takie sobie wielkie miasto, do którego wszyscy się przyznają, ale którego nikt ratować nie chce, bo… Polacy nie mogą, bo inna państwowość, Ukraińcy nie chcą, bo niemal wszystko, co cenne i nostalgiczne, to polskie. UNESCO – owszem chętnie, wpisało na listę światowego dziedzictwa kulturowego, ale tylko tyle.

No i po latach znów byłam we Lwowie. To się zrobiło cudnie piękne miasto, z odrestaurowaną starówką, z uporządkowanymi Wzgórzami Wuleckimi – celowo nie piszę, co to za wzgórza, doczytajcie sobie – warto. Z zadbanym Cmentarzem Łyczakowskim – to ku drżeniu serca z tego oto wzruszenia.

Ale Lwów to też metropolia – europejski puls, modne sklepy, oryginalne w każdym calu knajpki (ceny w niektórych mogą przyprawić o drżenie ręki, ale w sporej części dla nas jest OK), fantastyczna Opera, czysto (tak, tak, bez tych debili ze sprejami, ale o tym przy innej okazji).

Oszołomił mnie Lwów, oszołomił i zachwycił. Tam teraz mieszka tylko może 10 procent Polaków, większość to Ukraińcy. Ale na każdym kroku daje się odczuć, że to było ważne polskie miasto. Tam Gabriela Zapolska napisała „Moralność pani Dulskiej” – a ja poszłam, jak Felicjan, na Wysoki Zamek i rozumiem już dokładnie, dlaczego on to robił. Tam Marian Hemar godzinami przesiadywał w knajpkach i pisał fantastyczne piosenki; tam Szczepko i Tońko swoje komiczne dialogi prowadzili, które zresztą do dziś wzruszają lwowskim bałakiem (nota bene – nie ma bałakau, żeby usłyszeć, trzeba kupić płytkę i ich posłuchać. A Szepko i Tońko to też po prawdzie postaci trochę tragiczna są - ale to kiedyś i przy okazji). To miasto, gdzie żył i Bogu służył metropolita prawosławny – biskup Andrzej Szeptycki, postać tragiczna i uwikłana w historię w i jeszcze trochę wody w Pełtwi i Warcie oraz innych rzekach musi upłynąć, aby rzeczywiście w sposób obiektywny go ocenić.

To także miasto, gdzie życie płynie jak w każdej innej europejskiej metropolii. Szybko, głośno, bez oglądania się na historię. Miasto wielu kultur, miasto wielu smaków, miasto zachwytów.

Jednym słowem, jedźcie do Lwowa. Bo tam po prostu pięknie jest.

Owszem, trzeba się nastawić, że drogi kiepskie – zwłaszcza jak się zjeżdża z autostrady lub drogi szybkiego ruchu. Ale też są i przyjaźnie nastawienie ludzie – rozumieją po polsku, chętnie się komunikują, pomagają, jest cudnie. Tylko haftowane, tradycyjne dla Ukrainy Zachodniej, koszule kosztują majątek, co też z trudem przychodzi przeżyć, i tego mi żal, bo nie stać mnie było, wabią i przekonują – wrócisz, wrócisz i kupisz, kupisz i będziesz chodzić, i ja tak na pewno zrobię.

No i jeszcze jedno. We Lwowie nie ma paciagów – znaczy tych pseudograffiti. Bo raz do roku w przyziemiu, do wysokości parteru kamienice (zabytkowe i nie tylko) malowane są ochronną farbą. A wyżej lub na bramach do budynków, nawet jak jakiś debil coś napaćkał, to zaraz jest ktoś, kto farbę stara się usunąć. A jak takiego durnia z farbą złapią, to konsekwencje są tragiczne – dla sprejowca oczywiście.

I tylko dodam, że pracownicy PWSZ złożyli kwiaty i zapalili znicze na Wzgórzach Wuleckich oraz na Cmentarzu Łyczakowskim (wiem, wiem, ortografia polska – ale czasami trzeba ją złamać). I tylko momentami pani rektor zwracała uwagę – chwila zadumy, tu trzeba. I dobrze, a nawet bardzo, bo trzeba, ale nie wszyscy o tym wiedzieli. No bo niby skąd. Myślę, że my gorzowianie, godnie daliśmy radę. Bo Lwów to jednak cały czas miejsce pamięci naszej polskiej jest. I pani rektor o to zadbała. O tę pamięć, ale też i to, co teraz.

Nasza ludzia (oh, lubię to określnie, za hetmanem Stanisławem Żółkiewskim tak mówię, on tak mówił – mówił - moja ludzia) dała radę. Dała hołd komu należy, i potem spędzała czas jak należy we Lwowie.

Wolne chwile spędzaliśmy na Starym Rynku Lwowa lub w wielu lwowskich muzeach.

Jedzcie na Ukrainę i jedzcie do Lwowa, i pamiętajcie, Lwów to nie Ukraina, Lwów to Lwów, to Miasto Świateł Galicji, to centrum kultury, myśli, idei, miasto fantastycznych ludzi i klimatów. Miasto, jakiemu nie należy dawać definicji, miasto nie tylko mojego zachwycenia. Wielkiego i od lat.

P.S. A o drogach w Mieście Świateł Galicji i Lodomerii za jakiś czas napiszę. Ale nawet i to nie powinno was zniechęcać.

P.S. 2. Szukam ludzi, którzy interesują się Żółkwią. Może przez korzenie, może z innych względów. Jak ktoś przeczyta, co napisałam i zechce o Żółkwi rozmawiać, czekam na kontakt. Na adres portalu proszę i mam nadzieję, że coś razem zrobimy. Bo Żółkiew…, no właśnie, bo Żółkiew….