W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

A może to jednak dżdżownice?

2013-05-07

Są odpowiedzialne za dziury w gorzowskich drogach? Bo właśnie te robale są przyczyną wszelkich utrapień drogowych na Ukrainie. Całkiem poważnie taką tezę wysnuł wysoki tamtejszy urzędnik.

Drogi na Ukrainie to makabra i utrapienie wszystkich kierowców. Podobnie zaczyna się robić w mieście nad Wartą, Kłodawką i Srebrną. Dziury jak kratery, slalom na jezdniach, jednym słowem, koszmar.

Ukraińcy już znaleźli przyczynę swoich nieszczęść. Otóż według wiceministra infrastruktury Konstantina Konduktorowa, czyli bardzo wysoko umocowanego urzędnika państwowego, winę za dziury okropeczne w ukraińskich drogach ponoszą… dżdżownice. To one, te jakżeż zmyślne robale rujnują asfalt od środka i stąd to wielkie zrzeszotnienie dróg. Tak, tak, całkiem poważnie ten oto minister taką tezę wygłosił, a napisały o tym wszystkie ukraińskie gazety, nawet te mniejszościowe, jak „Monitor Wołyński” ukazujący się w Łucku i okolicach (egzemplarz do wglądu u autorki).

Pomyślałam więc sobie, że skoro u naszego wschodniego sąsiada jest taki problem – to bardzo być może, że i u nas też. Załóżmy, że naszych rodowych polskich dżdżownic jest za mało, aby powygryzać te wszystkie dziury, więc może inne dżdżownice, spragnione przysmaku w postaci asfaltu przypełzły do nas od naszych zachodnich sąsiadów, bo kto do Niemiec jeździ, ten wie, że tam kratery w drogach to rzadkość wielka jest.

No i już mamy przyczynę. Robale są winne temu, że kierowcy urywają zawieszenia i inne części swoich aut. No i dlatego, że walka z robakami jest trudna, służby miejskie i inne po prostu nie nadążają z naprawami. Prawda, jakie to proste? A że przy okazji całkowicie pozbawione sensu i cokolwiek absurdalne, to już insza inszość.

A teraz na poważnie. No szlag mnie jednak cały czas trafia, jak sobie pomyślę o tym, że jednak bliżej nam z drogami do Ukrainy, czy Białorusi, niż do cywilizacji Zachodu, do której tak łatwo się przypisujemy. Pierwsza informacja dnia po powrocie z długiej majówki była taka, że radni debatują nad remontem – zresztą koniecznym ul. Siedlickiej. Debatują, debatują i nic z tych debat nie wychodzi. Ot, kolejne mydlenie oczu. OK., niech będzie, niechże więc znów wina spadnie na dżdżownice.

A teraz z innej mańki. Otóż już za chwileczkę, już za momencik ruszy Alte Kameraden, czyli konkurs orkiestr dętych. Jedna z fajniejszych imprez w naszym mieście polega na tym, że orkiestry chodzą po mieście i grają, a zachwycona publiczność klaszcze, jurorzy przyznają nagrody, i ogólnie jest fajnie. I tylko co niektórzy odkrywają ze zdumieniem, że dęciaki to fajna sprawa. Nie grają jakiegoś um pa pa, um pa pa, tylko rzeczywiście fajną muzykę. Ja dość długo będę wspominać pewną słowacką orkiestrę szkolną, która zrobiła na mnie wrażenie zarówno grą, jak i bardzo specyficznym sposobem poruszania się po ulicach. Tegoroczny afisz przedstawia się dość imponująco i bardzo się organizatorom, czyli Miejskiemu Centrum Kultury chwali, że impreza odbywa się nie w wielką majówkę, kiedy to rodacy masowo gdzieś wyjeżdżają. Początek w sobotę o 15.00. I wypadałoby dodać – obecność prawie że obowiązkowa.

No i jeszcze z innej mańki, choć o MCK będzie dalej. Otóż jakiś czas temu pisałam, że poprzednia dyrekcja nie zgodziła się udostępnić sceny amfiteatru dla Uniwersytetu III wieku na ćwiczenia sportowe, bo rzekomo tego nie zniesie podłoga z drewna egzotycznego. Zmieniła się szefowa, UTW (czyli Uniwersytet III Wieku) znów wystąpił o zgodę, no i ją dostał. Warunek – trzeba zmienić obuwie z codziennego na sportowe i po sprawie. A co więcej, uczynna dyrekcja uczestnikom zajęć nawet na czas ćwiczeń przyznała osobną garderobę. Można? Można. Bez wymyślania, kwitologii stosowanej i wydziwiania.

No i z kolejnego okienka. Lada dzień w mieście na siedmiu wzgórzach zagości były premier Kazimierz Marcinkiewicz. W Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej wygłosi wykład. Że przypomnę tylko, Kazimierz Marcinkiewicz był ojcem założycielem uczelni i jednym z jej głównych ideologów. Myślę, że ten wykład może być ciekawą sprawą. Zwłaszcza że, były premier wszelkimi sposobami stara się wrócić do wielkiej polityki. Być może więc gorzowski wykład ma być jakimś tam stopniem w tej ciężkiej wspinaczce na polityczne szczyty. Pożyjemy, zobaczymy.

No i z jeszcze kolejnej mańki. Cały czas czekam, aż przy Bulwarze Wschodnim zacumuje barka Ana, jedyny lokal na wodzie. Już początek maja, a barki jak nie było, tak nie ma. A szkoda. Bo klimaciku ci ona miastu dodaje swoistego. A dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w takim oto mieście królewsko-stołecznym, jak Kraków, barki już cumują i już jest pięknie. A skoro przy Krakowie jestem, to widziałam w ostatnich dniach Wawel – pięknie oświetlony w nocy, bo przejeżdżałam koło siedziby królów dokładnie o północy. Widok godny wycieczki do Małopolski. Polecam.

I dla porządku domu – już w środę w Muzeum Lubuskim dr Tadeusz Szczurek opowie o starych monetach. Początek o 17.00. A warto się wybrać, bo nikt tak jak dr Szczurek o denarach, brakteatach, srebrnych praskich groszach i innej starej i bardzo starej walucie mówić nie potrafi. Zawsze jest zajmująco. Jaskółki tylko ćwierknęły, że przecież byłam już na kilku wykładach tego uczonego. Byłam, i co z tego? Wybiorę się kolejny raz, bo zawsze jest zajmująco.

P. S. A Filharmonia awizuje kolejne ciekawe koncerty klasyczne. Warto zapamiętać i też się wybrać. Bo muzyka nie tylko łagodzi obyczaje. Muzyka jest balsamem dla duszy i plasterkiem na skołatane ludzkie nerwy i serca.