W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Nasza duma narodowa

2013-05-10

Tak, tak, to o Małej Akademii Jazzu powiedział dr Andrzej Białkowski z Lublina. Nic tylko się cieszyć i chwalić.

No tak, coś się w narodzie pobiło, że zaczął słuchać dobrej muzyki. Mam na myśli choćby doświadczenia z Filharmonią Gorzowską i Jazz Clubem Pod Filarami.

Ta pierwsza instytucja przyciąga stale taką samą publiczność – około 75 procent miejsc na każdym koncercie jest zajętych. I to jest naprawdę olbrzymi sukces w tym mieście bez tradycji słuchania ambitnej klasyki.

Nie dziw mnie natomiast jazz, bo tej muzyki w mieście na siedmiu wzgórzach słucha się od z górą 30 lat. A jeszcze jak w raporcie na temat edukacji jazzowej w kraju nad Wisłą też padają same słowa zachwytu, to tylko jest potwierdzenie dobrej drogi i dobrego kierunku kształcenia muzycznego.

No i Prezes Dziekański może być dumny, choć za ostatnie dwa lata urzędnicze pomysły zjadły mu kupę nerwów. Całe szczęście, że feeria z dziwacznymi wydumkami już się skończyła. Przynajmniej w przypadku jazzu.

Bo nadal w mieście rządzi kwitologia stosowana. Nie liczą się rzeczywiste umiejętności, program dobrze, lub bardzo realizowany, a kwity. No cóż, taki life. A tak swoją drogą, to co panie z wydziału kultury robią, skoro nie ma ich na żadnych wydarzeniach kulturalnych? Jak mogą ocenić działania podległych jednostek? Na podstawie li tylko kwitów się raczej nie da, a przynajmniej rzetelnie się nie da. Tak mnie się wydaje, bo parę razy miałam do czynienia z imprezą i kwitologią po niej, i z papierków wynikało cokolwiek innego, niż z faktycznych działań. No ale, niech tam, każdy ma swoją metodę pracy.

A teraz z innej mańki. Otóż przeżyłam horror w nocy. Bo nagle na moim podwórku jakaś ekipa urządziła sobie imprezę. I byłoby to do zniesienia, gdby ludki tylko wódki się napiły i poszły sobie. Otóż nie, ludzki wódki się napiły i hajda rozrabiać. Były ryki, wrzaski, wyzwiska i wachlarz wszelakich okropnych zachowań. I nawet przez moment zastanawiałam się, czy nie wezwać policji, ale ktoś mnie ubiegł i mundurowi pogonili to dziwne towarzystwo. A potem sąsiedzi mnie objaśnili, że tak coraz częściej bywa. No jednym słowem coś okropnego. Mam tylko nadzieję, że podobna impreza długo się nie powtórzy. Bo uwierzcie, obudzonym w środku nocy przez jakieś ryki być, to nic przyjemnego.

No a teraz z przyjemniejszej mańki. Wszystkim, którzy lubią czytać kryminały polecam książkę Krzysztofa Koziołka „Miecz zdrady”. Rzecz się dzieje głównie w Nowej Soli, Zielonej Górze, Zaborze i Otyniu, ale trochę jest o świętej żużlowej wojnie pomiędzy Stalą i Falubazem. Można spotkać Andrzeja Huszczę. A przy okazji dodam, że jest sporo regionalnych ciekawostek, czyli smakowita sprawa na popołudnie.

P.S. No i tyle by było na dziś, bo choróbsko mnie trzęsie i jeszcze trochę potrzyma. Mam tylko nadzieję, że do soboty się wyliżę i pójdę za orkiestrami dętymi po mieście na siedmiu wzgórzach.