W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Uparcie tropię gorzowskie ślady

2013-06-04

A bimbka ożyła. Mam na myśli replikę starego landsberskiego tramwaju. Od niedzieli można tam przysiąść – na zewnątrz, stoją na biało polakierowane ogrodowe mebelki, można coś przekąsić, czegoś się napić.

To już nie wiem, które podejście do bimbki na Wełnianym Rynku. Jak do tej pory żadna się nie udawało. Może dlatego, że kolejni dzierżawcy tak naprawdę nie bardzo mieli pomysł na wykorzystanie tej wąskiej kiszeczki. Nie znam się na marketingu, więc się nie wymądrzam. Sama zresztą nigdy nie startowałam w jakichś konkursach (wiecie zresztą, jak to w naszym mieście z konkursami jest) ani też w feeriach pomysłów na zagospodarowanie takich miejsc. No cóż, Bóg ani ten wredny dżin z lampy Alladyna zmysłu takiego nie dał.

Ale wracając do bimbki. Trzymam kciuki za nowych dzierżawców. Niech się w końcu uda, niech to miejsce będzie nadal przyjazne – jak jest od początku dla tych najmniejszych, bo zawsze uwielbiali tu przychodzić i dzwonić na takim urządzonku do dzwonienia, ja nie wiem, jak się nazywa, ale fajne jest. Przyznam się w sekrecie, że jak bimbka stanęła w tym miejscu, gdzie stoi, też sobie też poszłam zadzwonić. A co, nie wolno? Jak siwizna na głowie to nie wypada? Wypada, jak najbardziej. Byle dzieci nie przeganiać.

Ale ad rem, czyli do rzeczy.  Dobrze by było, aby to miejsce stało się także fajnym przystankiem teraz także dla tych starszych, co to zawsze w pokorze i z rezygnacją w oczach, czekali aż małe się nadzwoni i będzie gotowe pójść dalej. Widziałam wczoraj, że kiedy bimbka już serwowała przekąski i napoje, dzieciaczków też nie przeganiała. Więc było tak. Małe dzwoniło, starsze w oczekiwaniu na dzieciaczka lub wnusia zamawiało coś na ząb. No i w pokorze czekało, aż małe w końcu oderwie się od urządzonka dzwoniącego i zechce ruszyć w dalszą drogę. No i oby tak dalej było.

A teraz z innej mańki. Będzie o artystach. Otóż poszłam ci ja sobie wczoraj, w ten deszczowy poniedziałek, do biblioteki. Cóż, wszystkich książek w domu posiadać nie sposób. Inna rzecz, że jak się mapy ważne pogubiło we własnej bibliotece – domowej znaczy się, to trzeba ratunku właśnie w książnicy szukać (jak zwykle można liczyć na fachowość bibliotekarzy z działu regionalnego i nie tylko, bo w innych też stają na głowie, kiedy trzeba – dzięki wielkie). Mapy się znalazły, wiadomo, tam porządek jest.

No i gmachu przy Kosynierów Gdyńskich pooglądałam sobie obrazy i grafiki, które tam już wiszą i czekają na otwarcie wystawy, kolejnej już zresztą, prezentującej sztukę pokoleń artystów z naszego miasta. No i zachwyt pełen, jak zwykle dla Jula Piechockiego, Józia Kodzia, bo ich prace widziałam – piszę familiarnie, bo znam ich od lat, bardzo, bardzo lubię i także cenię (a po wernisażu więcej napiszę o wydarzeniu i artystach). Na afiszu jeszcze Wojciech Nawrocki – rzeźbiarz, który naprawdę rzadko cokolwiek pokazuje. Jest też Mariusz Kaczmarek, zwany przez przyjaciół Mariuszkiem lub Marcysiem – malarz odrębny i wielce utalentowany z Kostrzyna nad Odrą, ale znakomicie w Gorzowie znany. Jest też pani Wanda Juścińska – malarka niezwykle ciekawa, tym bardziej, że uprawia szlachetną, a arcytrudną technikę akwareli. Poza tym będą prace Zofii Bilińskiej – znana gorzowska rzeźbiarka coś ostatnio rzadko cokolwiek pokazuje, i ze szkodą dla fanów, bo jej niewielkie formy, zwykle z brązu, zachwycają zawsze. Na afiszu są też prace Anny Cytowicz i Katarzyny Malinowskiej – tych nie znam, więc przyjemność większa będzie. Dobiera twórców i zaprasza dyrekcja książnicy, podpowiada, ale też i zaprasza oraz aranżuje całość Zbyszek Olchowik – uznany gorzowski artysta, którego prace przyprawić mogą o ciarki przerażenia na plecach. Tak ja miałam podczas jego pamiętnej wystawy w Spichlerzu, kiedy po ratunek i wsparcie w oglądaniu prac poprosiłam Magdę Ćwiertnię, też gorzowską artystkę. No i szybko stamtąd wychodziłyśmy, równo obie przerażone.

Na te wystawy w bibliotece głównej miasta nad trzema rzekami trzeba chodzić choćby z tych powodów – poznawczych, towarzyskich, artystycznych. Bo to naprawdę są intrygujące spotkania z dobrą sztuką. Ekspozycja nosi tytuł „Pokolenia sztuki gorzowskiej”, otwarcie w czwartek, 6 czerwca o 17.00. Namawiam, zapiszcie w kalendarzach, zaplanujcie wyjście z domu i przyjdźcie. Tym bardziej, że zwykle tak jest, iż artyści są, lubią rozmowy z fanami i się od nich nie oganiają. Warto.

No i z kolejnej mańki. Tym razem, niestety, znów śmieciowej. Spotkałam ci ja wczoraj jedną z moich przemiłych znajomych, zresztą widziałyśmy się ostatnim razem będzie ze sto lat temu. I razem sobie ku domom naszym poszłyśmy. Szlakiem Królewskim, czyli ul. Chrobrego, ja wcześniej odbijałam od niego, bo przemiła znajoma mieszka ociupinkę dalej, ale też chodzi podobnymi do moich, miejskim, szlakami. I ona otóż powiedziała ważne słowa – Nasze miasto wygląda na zapyziały grajdół. Te nierówne chodniki, te zapaćkane psimi odchodami ulice, aż się niedobrze robi. I co się dziwić? Skoro wszyscy ważni włodarze Gorzowa mieszkają poza miastem? Nie chodzą po ulicach. Nie widzą tego, co się tu wyczynia. Wsiadają w samochody i już. Gorzów wygląda tak, jakby nie miał gospodarza.

No i z jeszcze jednej mańki. Tym razem filmowej. Wszyscy ci, co czytają mego bloga, wiedzą, że uparcie tropię gorzowskie ślady. Otóż jest taki serial – „Komisarz Aleks” się on nazywa. No i w sobotnim odcinku padła tam nazwa naszego miasta. Komisarz Lucyna, albo też inny stopień służbowy – pewna nie jestem, tkać nie będę. Otóż ona właśnie mówi, że musi zadzwonić do Gorzowa, aby powiadomić zaprzyjaźnionego policjanta o śmierci córki. Teraz mnie naszła konstatacja, że może chodziło o Gorzów Śląski. Ale chyba nie, bo wysoka szarża padła. A Gorzów Śląski to małe miasto jest, takie jak to nad Wartą i Obrą, do którego ja w kółko jeżdżę. No i trwam w przekonaniu, że o miejsce na siedmiu wzgórzach chodziło. To po „Prawie i pięści” byłby kolejny kryminalny telefon do naszego miasta. A o filmie „Prawo i pięść” kiedyś napiszę.

P.S. A 5 lipca zaczynają się Międzynarodowe Spotkania Zespołów Cygańskich Romane Dyvesa. Przy okazji więcej o tym napiszę. Ale już jęzor mnie świeżbi, żeby zapowiedzieć wielkich gości. Na sesję cyganologiczną (znów po kilku latach – hura!!!!!! będzie) przyjadą wielcy. Będzie pan prof. Lech Mróz, będzie Adam Bartosz – były dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie – twórca pierwszej poważnej, liczącej się kolekcji sztuki oraz świadectwa dnia życia codziennego polskich Cyganów. Będą też naukowcy z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie, którzy przygotowali niezwykłą książkę o sytuacji Romów w Polsce i nie tylko. No i chwała PWSZ, że w coś takiego się zaangażowała oraz przygotowała i współorganizuje tę sesję naukową. No i wydaje książkę – zaręczam przyczynkarską, ważną, źródło nowej wiedzy. A państwu Dębickim, Ewie, Edwardowi i Manuelowi gratuluję, że mimo wszystko chcą coś tu robić. Mimo arogancji co niektórych. Pisać więcej o tym nie będę, bo mój przemiły i zaprzyjaźniony ze mną osobnik, Piotr Steblin-Kamiński napisał dosadnie.

P.S 2. A w Gorzowie znowu padało. Strach wielki przed deszczem odczuwam od 1997 r., czyli od pamiętnej powodzi tysiąclecia, kiedy popłynął cały Dolny Śląsk i kawałek lubuskiego. A piszę o tym tu i teraz, aby przekazać ogromne wyrazy współczucia braciom Czechom, zwłaszcza mieszkańcom Pragi. Jak trzeba będzie pomagać w czymkolwiek, pomożemy. Trzeba być współczującym i solidarnym. A Pradze szczególnie trzeba pomagać. Wszak ona ci zagrała miasto Lublin w pamiętnym filmie „Yentl” wyreżyserowanym przez Barbarę Streisand, gdzie zresztą wielka i wspaniała aktorka i wokalistka zagrała i wyśpiewała przejmującą rolę.