W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Nasi podbijają zagranicę

2013-06-05

A nasze zdolne gorzowskie dziecko wyjeżdża za granicę. Już w poniedziałek leci do Szkocji, najpierw do pracy, potem do szkoły.

Myślę o Januszu, który przez kilka lat pracowicie zdobywał szlify zawodowe w Jazz Clubie Pod Filarami. Najpierw jako ten, co to kable za głównym akustykiem nosi, potem ten, który może trochę przy heblach posiedzieć, aż w końcu jako ten, który samodzielnie nagłaśnia, bo główny akustyk akurat chory jest. I jak znam tegoż właśnie głównego, byle komu zastąpić by się nie pozwolił. No i jak się okazuje, jak się ma 15 lat i pomysł na to, co się chce robić, to jednak jakoś trybi. A Januszkowi owo zatrybienie nie przeszkadzało i jak trzeba było, to kawałki urządzeń potrzebne do koncertów też nosił. Mam na myśli zestaw perkusyjny, odsłuchy czy inne zabawki, bez których nie zagra żaden profesjonalny muzyk.

No i właśnie Januszka przyjęła bardzo dobra uczelnia, tam w dalekiej Szkocji. Już ma mieszkanie i pewną pracę, też przy nagłaśnianiu. Potem szkoła i powrót do domu na krótką chwileńkę, na Święta Bożego Narodzenia.

A czemu o tym piszę? Ano temu, że podziwiam go i bardzo cenię (lubię też, ale to insza inszość). Cenię też i takich mądrych ludzi, którzy młodym pokazują, co i jak, pozwalają na zdobywanie warsztatu, a potem szczęśliwi i dumni są, że spod ich ręki wyszedł porządny fachman. I od razu przypomina mnie się terminowanie w zawodzie, jak to drzewiej bywało. Fakt, że wtedy terminowało się u kołodzieja, stelmacha, kaletnika, szewca, fryzjera, folusznika, młynarza, tudzież u innych fachowców. Dziś zmieniły się czasy, terminuje się u akustyka, reżysera dźwięku, mistrza od świateł, cudotwórcy od reżyserii. Ale jak rzeczywistość pokazuje, termin to ważna jest rzecz. Nawet w XXI wieku, nawet w nowych zawodach, nie ma to jak termin u porządnego mistrza. Mistrzowi osobne słowa uznania się należą. Hubert, to o tobie.

No cóż, wspierajcie mentalnie Janusza, wart chłopak tego. I oby więcej w mieście nad trzema rzekami było. Może nie tylko od dźwięku, ale od innych zawodów też.

No i z innej mańki znów. Już za chwilę, już za momencik, nie, piątek z Pankracym nie zacznie się kręcić (to bonusik dla tych, co jeszcze pamiętają). Za ten moment właśnie koniec sezonu artystycznego i Scena Letnia. W tym roku sezon kończą połączone siły trzech instytucji – FG, Teatru Osterwy i Miejskiego Centrum Kultury. A wszystko w Amfiteatrze. No i tak, z jednej strony to dobrze, że skłócone ze sobą artystyczne firmy (nie przez siebie, Boże broń – przez kogo? Sami się domyślcie) robią coś razem i wspólnie. Ale z drugiej, to mi trochę żal. Bo finały teatralne miały własny smak i temperaturę, finał w FG (niedużo ich było) to też zawsze jakieś wydarzenie było. A MCK nie miał zwyczaju czegoś takiego zaczyniać. Ale cóż, nie bądźmy malkontentami, niech się wydarzy, potem będziemy komentować.

No i z kolejnej mańki. Otóż Muzeum Lubuskie im. Jana Dekerta (no tak, o Dekercie trzeba będzie napisać więcej, bo wielka postać jest i aż dziw bierze z tego Bledzewa pod miasteczkiem nad Wartą i Obrą pochodzi) zaprasza na wykład w ramach konwersatoriów. Tym razem Bartek Nowak opowie o transgresjach w sztuce. No i dobrze, bo temat trudny, zwłaszcza w kontekście novum, jakie się cały czas zadziewa. Może jakoś przystępniej wytłumaczy trudne pojęcia. Usiłowała to zrobić pani profesor Maria Janion na swoich konwersatoriach gdańskich, ale jak widać, nadal trzeba to robić i chyba trochę przystępniej, niż ona sama.

No i dziś nareszcie nie będzie o śmieciach i zapyziałości grodu nad trzema rzekami. Bo uznałam i jaskółki mnie poparły, że już nic nowego, odkrywczego napisać się nie da. Trzeba przyjąć fakt – brudno i zapyziale jest.

Ale zawsze można posłuchać sobie dobrej muzyki. Albo w FG, albo w Internecie. Ja tak mam, że jak mnie coś mocno zachwyca, albo smuci, to szukam ratunku w dobrej muzyce. Dla mnie ratunkiem jest zawsze Jan Sebastian Bach.

I zwykle jest to Aria na strunie G – drobiażdżek maleńki, tylko cztery minutki muzyki, ale jak pięknej. Ale czasami są Jego to suity wiolonczelowe. Mam taką płytkę, nie, nie jedną, bo trzy, kiedy wszystkich sześć suit wiolonczelowych Bacha wykonuje Jean-Guihen Queyras. I zwykle wybieram sarabandy. Coś absolutnie cudnego. I też wam radzę, posłuchajcie muzyki.

Tu bonusik – Aria na strunie G, w wykonaniu jak Bach i Pan Bóg sobie życzył, czyli w wiolinowym http://www.youtube.com/watch?v=6yRtWrqxtvQ. Wiem, wiem, pisałam o tym, ale dla Bacha zawsze trzeba, jak zresztą dla Beethovena i paru – no niech dla całego, wielkiego zespołu kompozytorów –  będzie. Co zrobić, kocha się tę muzykę i już.

A tu drugi bonusik http://www.youtube.com/watch?v=0Qwz0foa7sQ, Jean-Guihen Queyras gra trzecią suitę wiolonczelową Bacha, co prawda nie całą, ale jaka śliczna muzyka to jest?

Dziś ps-ów nie będzie. Redaktor odpocznie, a autorka znów odpali Bacha, tym razem będą to Wariacje Golbergowskie, oczywiście Jana Sebastiana Bacha, w cudnym, jedynym wykonaniu Glenna Goulda. Bonusiku nie ma. Jakoś mnie się nie chciało szukać, skoro mam płytkę. Ale uwierzcie, Jan Sebastian Bach, jego muzyka, jest lekiem na wszelki zło.