W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Amelii, Dobromira, Leonarda , 30 marca 2020

Zachwyt i filozofia oklasków

2013-08-06

No i znów latały mi ciarki po krzyżu  z tego oto zachwytu dla wykonawców. I nawet był on tak duży, że przesłonił zadziwienie z tytułu klaskania. W trakcie koncertu znaczy się.

Uprzedzam, dziś długie jest, ale to o muzyce będzie, więc krótkie być nie może. Ale po kolei. Najpierw była panika. Bo przecież wejściówki na oba koncerty muzyki dawnej w Filharmonii Gorzowskiej odebrałam jakiś pokaźny czas temu. I za wszystkie srebrne monety tego świata nie umiałam ich znaleźć. No i co? Rozpacz, bo za chwilkę w FG miał się zacząć występ „Hortus Musicus” z Mielca, czyli cudnych młodych kobiet, bo dziewczyny o nich pisać raczej nie wypada. No ale od czego są telefony komórkowe? Przemiła znajoma – znaczy Marcjanna Wiśniewska – modus operandi całej imprezy i to od lat, usłyszawszy rozpacz w głosie, powiedziała, przychodź. No to szczęśliwa poleciałam, ubrana w obowiązującą czerń i biel przełamaną szarością. No i znów było fascynująco, przepięknie, urzekająco. Od zawodowych muzyków usłyszałam w antrakcie koncertu, po występie „Hortus Musicus”, że to coś fantastycznego było. I tak się zachwycali i dziwowali, bo nigdy ich wcześniej, znaczy „Hortus” nie słyszeli. A ja tak, a ja owszem, bo z muzyką dawną jestem od początku i latam z wielkim zachwytem po gorzowskich kościołach na koncerty i to tak szybko, że osobiste jaskółki nie nadążają. Bo panie z Mielca mają w repertuarze starą – renesansową muzykę hiszpańską. I właściwie tylko podczas spotkań w mieście na siedmiu wzgórzach można jej w takiej dość dużej dawce posłuchać. Ja mam jeszcze jakąś płytkę z taką muzyką i ją sobie od czasu do czasu odpalam. Ale takiej gracji we wszystkim, poczynając od wyglądu, przez zachowanie na scenie, po wykonanie, umuzykalnienie i wszystkie imponderabilia związane z tą sferą, to rzadko się doprawdy wydarza.

Występ „Hortus Musicus” zawsze to uczta jest, dla mnie i innych stałych bywalców, raczej bywalczyń, ale o tym potem. I tu dygresja – jestem ich fanką, więc wybaczcie słowa zachwytu. Ale nawet niefani byli zachwyceni.

I tu oklaski były na miejscu, po każdym utworze muzyczki – artystki się kłaniały. Było super. A jak zaśpiewały kilka kawałków, to ciarki rzeczywiście po krzyżu mnie z tego oto zachwytu latały. No czapki z głów panowie szlachta, i panie, też przed tym zespołem. I chwała wielka Marcjannie Wiśniewskiej, że je tą razą do miasta nad trzema rzekami w charakterze gwiazd zaprosiła. Bo się należy. Zespół jest stale obecny na spotkaniach i już kilka lat temu w ekipie stałych słuchaczy stwierdziłyśmy, bo babskie to towarzystwo jest, że wypadałoby tak. No i Marcjanna odgadła pobożne życzenia i tak uczyniła, bośmy jej, znaczy Marcjannie o tym nie marudziły. Wszak i tak ma sto tysięcy innych ważnych rzeczy do wykonania przy tym festiwalu, jak zresztą i inni organizatorzy innych dużych wydarzeń.

W drugiej części zagrał nasz rodzimy, to jest z FG, kwartet im. Henryka Mikołaja Góreckiego, i też czapki z głów. Zagrali między innymi kompozycje Wolfganga Amadeusza Mozarta i Arcangello Corellego (Pani mówiła Corelliego – ja stara jestem i do starej odmiany nazwiska akurat tego kompozytora przyzwyczajona jestem – czyli Corellego – maestro wybaczy). To śliczne perełeczki, pech chce dla różnych osób, że one z reguły są wieloczęściowe, od trzech do pięciu. A prosta zasada jest taka, w klasyce naturalnie, że po częściach się nie klaszcze. Ale zawsze jakiś wyrywny się znajdzie i zaczyna, a za nim idą następni. No i żeby w tym klaskaniu jakaś logika była. Czyli klaszczemy po każdej, to jeszcze bym zrozumiała. Ale nie. Po niektórych ludki klaskały, po niektórych nie. A że cudny Corelli zabrzmiał na końcu, to się publika połapała, że jak muzycy przekładają nuty, albo tylko robią przerwę krótszą lub dłuższą w zależności od intencji kompozytora (tak, tak, są zapisy w partyturach), to jednak klaskać nie należy.

I tu się kłania filozofia oklasków. Bo brawka po częściach są wszędzie. W Gorzowie, Poznaniu, Warszawie, Lwowie, Londynie, Pradze – tam byłam, więc wiem. Od przemiłych znajomych wiem też, że w Rzymie, Mediolanie, Wenecji, Nowym Jorku i gdziekolwiek indziej też. Janusz Markuszewski, muzyk i jednocześnie doradca prezydenta do spraw kultury (nota bene jedyny z działki kultura w tym mieście – urzędniczej mam na myśli – przyszedł na inaugurację) tłumaczy to ogromem emocji, jaki się udziela słuchaczom. Ja mam inną teorię. Brak kształcenia muzycznego w naszym kraju i to od bardzo dawna się kłania. Bo zarzuciło się kształcenie muzyczne, tak jak i plastyczne. I nie chodzi mi o to, że dzieci w szkołach mają odgrywać skale na flecie, czy też mniej lub bardziej udacznie rysować – w moim przypadku, cokolwiek bym nie narysowała, zawsze to wyglądało, myślę, że nadal też by wyglądało (bo od lat już nie próbuję), jak mniej lub bardziej nieuporządkowany stóg siana. O śpiewaniu nie wspominam, bo to pożal się Boże to jest.

Chodzi o to, aby prowadzić dzieci do takich instytucji, jak Filharmonia, oswajać z muzyką, opowiadać, że choć kompozytor nadał utworowi jeden tytuł, to on ma części składowe, takie cząstki, które układają się w jedną całość, a przerwy są po to, aby zaznaczyć zmianę tempa, albo inne rozgranie tematu. No chemia muzyki, swoista matematyka. Odrębny, logiczny świat. I dlatego coraz pobłażliwiej podchodzę do tematu oklasków. Choć ja akurat mam zasadę – trafiam w nowe dla mnie miejsce, nie wiem, jakie są zasady, to się nie wyrywam, nie klaszczę, nie lezę z koszem słodyczy na scenę, nie wyrażam opinii głośno. Po co się na wstyd narażać (no bo się trochę go już w życiu najadłam i kilka razy zapłaciłam za niefrasobliwość dość słony rachunek).

Dlatego proszę – nie wyrywajcie się, patrzcie. Muzycy w przerwach między częściami nie odrywają się od instrumentu, nie unoszą zamaszystym gestem smyczków, skrzypiec i altówki, a jak jest orkiestrowe wykonanie, to dyrygent po częściach się nie odwraca do publiczności i nie podnosi orkiestry. To taki okrągły gest dłonią, koło zamaszyście uczynione.

Niezależnie od wszystkiego, koncert - marzenie melomana. Bo cudne panie z „Hortus Musicus” dały fantastyczny występ, potem rodzimy kwartet. Tak więc, znów muzyczna uczta.

Ale poprzyczepiać się trzeba. Będę się przyczepiać do tzw. programu. A czemu do tego? A bo ja starej daty melomanka jestem i lubię mieć wykaz utworów poszczególnych kompozytorów wraz z wyodrębnieniem części. I nic z tego, że często gęsto, znam. W przypadku muzyki dawnej jest to szczególnie ważne. Chcę wiedzieć, jakie są źródła, czyli jaki kancjonał, jaka inna forma zapisania tych nutek. Może też przydałaby się odrobinka wykładu – co to za instrument, w jakim stroju, co potem wyszło dalej, jak to coś ewoluowało. Bo wszak w początkach nowożytnej muzyki jesteśmy. Tego brakło. A szkoda.

Po drugie w dobie Internetu każdy sobie może popatrzeć, co dany zespół zdobył, jakie nagrody wygrał. Jak już robimy kombinację znaną klawiszy każdemu, to dodajmy coś więcej od siebie, tym bardziej, że impreza godna tego jest. Ale OK, niech będzie. Skoro tak ma być, niech więc.

P.S. Poleciałam pogratulować „Hortus Musicus” występu. Tak się składa, że za mną w FG siedzieli profesorowie (i to nie byle jacy – kolejne ukłony dla Marcjanny i pani dyrektor, że zadbały i o to) prowadzący warsztaty muzyczne dla zespołów, co jest tradycją imprezy, i oni też muzyczkom z Mielca gratulowali. Ale ja poleciałam, bo dopytywałam o płytę. No i bingo! Materiał jest, więc szansa, że krążek będzie, ogromna. Czekam. Będę przeglądać ich stronę domową na Facebooku, choć tego piekielnego wynalazku nie lubię. Ale jak tylko płytka będzie, to się zgłoszę. Naprawdę warto. No i mam nadzieję, że za rok znów w mieście na siedmiu wzgórzach znów je usłyszę. Niech tam będzie w tym samym repertuarze. Bo to miód na serce melomana.

P.S. 2. Dziś o 19.00 w katedrze koncert „Sine Nomine” z Lublina – też zresztą dobrze znana kapela w Gorzowie i „Cantio Polonica” z Białegostoku. Posłuchamy, zadecydujemy. A prywatne jaskółki na chwilę odpakowane z ogonów, bo gorąc straszny jest, tylko szeptem świergolą – i tak ci się spodoba, zobaczysz. Przecież wiem, wredne ptaki.