W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Maury, Milany, Tomasza , 22 września 2020

Dywagacje o kulturze

2013-08-17

No i zrobiły się takie ogórki, że aż strach. Dlatego postanowiłam się przyjrzeć temu, co nas czeka już za chwileczkę, już za momencik.

Może nie za taką chwileczkę, ale za długa chwilę. Otóż 28 września w Teatrze Osterwy spektakl „Żużel – moje życie”. Ma to być opowieść o pewnym meczy Stali Gorzów, ale z kim i z jakiej okazji, tego wśród wrzawy kibicowskiej na stadionie im. Edwarda Jancarza zwyczajnie nie usłyszałam. Ale propozycja jest ciekawa, bo po „Zapachu żużla” Iwony Kusiak, to kolejna już propozycja poświęcona czarnemu sportowi. Co prawda od zaprzyjaźnionego osobnika z mojej najbliższej rodziny usłyszałam komentarz – No tak, tylko w Gorzowie mogli wpaść na taki genialny pomysł, jak spektakl o speedwayu… Dodam tylko, że osobnik jest zakręconym fanem czarnego sportu od zawsze, czyli od tego czasu, kiedy miał sześć lat i pierwszy raz przyszedł na żużel, będzie dobrych 20 lat temu. I dodał tylko, po co teatr? Sam żużel jest teatrem. Nic dodać, nic ująć. Ale i tak do Osterwy polecę, bom ciekawa okrutnie, co i jak, i kiedy.

W nieco dalszej perspektywie – bo już 11 października koncert Janusza Yaniny Iwańskiego, bardzo, bardzo, bardzo dawno niewidzianego w Filarach gitarzysty i wokalisty. Pamiętacie, czerwone buty – zawsze, jeansy rurki – zawsze, marynarka – zawsze i ten charakterystyczny timbre gitary i głosu. Ja się szalenie cieszę, bo zawsze lubiłam, a kiedy ostatnio Yaniny słuchałam, był ewidentnie nie w formie. Na szczęście nie w Filarach to było, a w Amstrongu w Zakopanem. A w jeszcze dalszej perspektywie, bo pod koniec października – Dave Holland, tak, tak, ten wybitny basista zjedzie do Gorzowa. Ja tam już od jakiegoś czasu liczę dni, bo lubię ten sposób gry, zresztą lubię – cały ten jazz – coby się podeprzeć tytułem znanego filmu (z wyjątkiem green-grasu, dixie i czystego bluesa, bo tego nie lubię i słuchać mogę coś około 10 min.).

A teraz o czymś innym. Na jednym z forów trwa zacięta dyskusja o promocji miasta. A poszło o to, że Krauzowie nakręcili film o Papuszy, a pani Kuźniak napisała książkę o Bronisławie Wajs-Papuszy, najsłynniejszej Cygance, jaka w naszym mieście mieszkała. No i co wychodzi internautom z tej dyskusji? No coś ciekawego. A mianowicie to, że miasto wymyśla jakieś etykietki, cuda wianki, a zapomina o tym, co jest, a właściwie co mogłoby być naturalnym znakiem rozpoznawczym i chwytem reklamowym – jak choćby wspomniana Papusza. Inna rzecz, że zarówno państwo reżyserzy, jak i autorka pominęli Gorzów – moim zdaniem jeden z najważniejszych rozdziałów w życiu poetki i tworzą jakieś mity. Wiem to na podstawie przeczytanej rozmowy z Joanną Kos-Krauze, współreżyserki, która majaczy coś tam o feminizmie Papuszy.  Ale ja nie chcę się czepiać pisarzy i reżyserów. Zastanawia mnie właśnie to, o czym piszą internauci – ów brak rozeznania w temacie osób za dana działkę odpowiedzialnych. I smutno się robi, kiedy gdzieś tam z oddali, z innego kawałka Polski dochodzą słowa, że owszem tak, znamy Gorzów – za sprawą żużla i kilku niechlubnych wydarzeń.

A przecież jest kolekcja Arsenału – dobro wielkie, ale fakt, nie miejska to kolekcja, a muzealna, a muzeum to Urząd Marszałkowski (zresztą światli urzędnicy pozwolili w sposób skandaliczny potraktować w muralu pierwowzór – najbardziej znany obraz w kolekcji Arsenału właśnie). No dobrze, no to mamy najstarszy i najlepszy romski festiwal na świecie. No nie bardzo ci on jest miejski, bo w tym roku dotacja z miasta na jego urządzenie odbywała się w skandaliczny sposób i państwo Dębiccy byli pouczani wręcz, jak mają postępować.  Ok, no to mamy Konkurs Pisankarski, też najstarszy w Polsce, urządzany przez mniejszość łemkowską i ukraińską. No nie, nie bardzo, bo w tym roku na jego przeprowadzenie nie było ani złotówki. Urzędnicy nie widzieli celowości w dotowaniu takiego przedsięwzięcia.

Był jeszcze Konkurs bachowski, ale patrz jak poprzednio. Urzędnicy nie wiedzieli sensu i tak wiece zasłużona impreza, na której swą pierwszą w życiu poważną nagrodę zdobył sam Rafał Blechacz poszła w niwecz i zatracenie.

Niech więc będzie Papusza - ale aby się nią chwalić, trzeba o niej coś wiedzieć. I tu, jak widać, wiedza jest, ale nie u tych, co trzeba.

Tak piszą internauci. I tu mnie ogarnęła refleksja jedna. Znaczy się nie tylko ja marudna jestem, nie tylko ja widzę, że coś mocno w tej działce – pod tytułem promocja nie trybi. Uff, znaczy, że ten świat jednak nie poszedł na manowce ze wszystkim, tylko jednak jakoś się trzyma. No i dobrze, że choć tyle. Bo coraz wyraźniej widać pęknięcie na linii – my zwykli ludzie, oni – urzędnicy wszelkiej maści.