W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Maury, Milany, Tomasza , 22 września 2020

Krajobrazu po wojnie ciąg dalszy

2013-08-27

Ów krajobraz ma dwie twarze. Tę dobrą i tę złą. Niestety, ta zła jest cały czas bardziej widoczna. A szkoda, bo coś z tym fantem zrobić trzeba.

Nie było mnie dłuższy czas w mieście na siedmiu wzgórzach, więc z wielką nieśmiałością przeszłam się dziś tylko po ścisłym centrum. Z nieśmiałością, ale i nadzieją, że może przez ten czas cokolwiek się zmieniło – mam na myśli na lepsze. No i co krok, to rozczarowanie. Bo nie zmieniło się nic.

A zacznę od bałaganu przy byłym kinie Słońce. Jakiś czas temu pewna ręka postawiła tam groźną tabliczkę – Teren prywatny oraz rozwiesiła biało-czerwoną taśmę odgradzającą wejście na były taras, dziś totalnie zaniedbany teren. Stał tam jakiś samochód, kręcili się ludzie. Więc miałam nadzieję, że jak miną trzy czy nawet cztery tygodnie od tego faktu, to ktoś ten teren uporządkuje. Nie chodzi mnie o palmy i inne cuda wianki, tylko o wywiezienie resztek walających się zmurszałych desek i usunięcie pozostałości po budzie. No i co? No i nic. Wielkie rozczarowanie. Bałagan, jaki był, nadal jest. Tabliczka stoi, resztki taśmy powiewają na wietrze. Status quo został zachowany. Zdziwienie jakieś jest? Ano nie, tylko kolejne rozczarowanie, że jednak tak musi być. Szkoda.

No dobrze, poszłam dalej – do kamienicy przy ul. Łokietka 17. Tej zabytkowej, na której już różnego rodzaju samosiejki całkiem spore wyrosły. Miałam złudną nadzieję, że może coś się jednak zmieniło. Ano nie. Tyle tylko, że przed paradną i bogatą w przeszłości kamienicą, dziś coraz większą ruderą, spotkałam dwie osoby stojące i patrzące na ten obraz nędzy i rozpaczy. Nie znałam tych ludzi, zresztą to nie kwestia. Tak sobie razem postaliśmy dłuższą chwilkę, pokiwaliśmy głowami i ponarzekaliśmy, że niefrasobliwość urzędników lata temu teraz procentuje. Wiem, że remont takiego budynku kosztuje majątek. Magistrat miał nadzieję, że jak ją sprzeda, to nowy właściciel ją uratuje. Ale nie, sen przepiękny się nie spełnił. Budynek niszczeje w postępie geometrycznym i jest autentycznym wyrzutem sumienia – tak się zatraca spuścizna historyczna tego miasta. Wyrzut sumienia jest tym bardziej bolesny, bo naprzeciw stoi kamienica, gdzie wyremontowano fasadę i pyszni się dziś ona cudnej urody balkonami – tarasami. Urzeka bogactwem koloru i dbałością o detal. Insza inszość, że reszta elewacji nadal jest bura i czeka na odnowienie, ale każdy, kto w takim domu mieszka, wie, jakie olbrzymie pieniądze kosztuje taka restauracja. Dobrze, że choć tyle udało się zrobić i jest nadzieja na dalej.

O budzie zamkniętej na cztery spusty przy ul. Łokietka nie wspomnę, choć za każdym razem mi żal, że zasłania postać mistrza Ernsta Henselera, wybitnego malarza, który stąd się wywodził – no niech będzie, z Wieprzyc, i dzięki szczodrości światłych mieszkańców współczesnego Gorzowa znalazło się miejsce, aby artystę upamiętnić. A tak przy okazji maleńka dygresja. Tuż obok mistrza Henselera wieczny Gorzów maluje mistrz Jan Korcz. Siedzi na kamieniu i szkicuje obecną kawiarnię Śnieżkę. I ze zdziwieniem patrzę na gorzowian, ale i nie tylko, którzy co chwilka się do mistrza Jana przysiadają i robią sobie z nim zdjęcia. Od chwili odsłonięcia tej rzeźby, w chłodny styczniowy dzień to było, nie miałam i nadal nie mam śmiałości, aby się przysiąść. Bo mistrz Jan nie był przysiadalski, raczej szorstki i chłodny w stosunku do innych. Samotnik i postać osobna. I możecie nie wierzyć, ja ciągle mam wrażenie, że jak się przysiądę, to zostanę ofuknięta mniej więcej w taki sposób – No co to ma być? Co pani sobie wyobraża? Co to za poufałości są?  No więc na wszelki wypadek, przechodząc mimo by, tylko skłaniam głowę, pozdrawiam i idę dalej. Nie myślcie, że to początki schizofrenii, nie. Tak mam i wiem, że paru innych też tak ma. A twórcom tych rzeźb, zresztą i nie tylko tych, chwała i podzięka nieustająca się należy. Ale o tym już pisałam i mam wrażenie, że jeszcze z milion razy o tym napiszę.

A wracając do kwestii bałaganu, to nie zadałam sobie trudu i do parków nie poszłam. Nie chcę patrzeć na degradację miejskiej zieleni. I żeby nie było, że czepialska jestem bez powodów. Otóż znam miejskich urzędników z wydziału gospodarki komunalnej – teraz to się nazywa wydział infrastruktury miejskiej, w każdym razie chodzi mnie o tę komórkę, której dyrektoruje pani Agnieszka Kuźba. I wiem, że akurat ta służba zrobiłaby wszystko, aby zieleń i nie tylko była należycie zadbana. Powód, że nie jest zadbana należycie, jest jeden. Za mało pieniędzy miasto przeznacza na ten skrawek miejskiej rzeczywistości. A szkoda bardzo, bo Landsberg przed wojną i Gorzów długo po wojnie, znaczy II światowej zielenią stał. Coś się bardzo złego stało, że w budżecie miejskim od lat brakuje pieniędzy na zadbanie o wizytówkę. Szkoda wielka. Może ktoś w magistracie, kto dzieli i rządzi pieniędzmi nagle uzna, że warto i trzeba. I sypnie odrobinkę groszem. Akurat te służby tego grosza nie zmarnują. A będzie z korzyścią i pożytkiem dla nas wszystkich. Wiem, wiem, mrzonki to są i płone życzenia. Jaskółki prywatne, trochę zawinięte w ogony, też są tego zdania, ale szczebioczą – pisz, pisz, może ktoś cię usłyszy. W każdym razie pani dyrektor i jej ludziom życzę powodzenia w dbaniu o nasze wspólne zielsko (w moim słowniku zielsko w takim kontekście jak wyżej, nie jest pejoratywnym określeniem wręcz przeciwnie – czymś, co lubię i o co się troskam. Jak będzie inaczej – zaznaczę).

A teraz wojennego krajobrazu twarz pozytywna. Remonty – kamienic, elewacji, balkonów, dachów. Gdzie nie spojrzysz, tam rusztowania pieczołowicie zapakowane w ochronne siatki albo inne ochraniacze. Znaczy super, przybędzie nam odnowionych, w jakichś częściach oczywiście, budynków. Choć przez jakiś czas będzie ładnie. A czemu przez jakiś czas? Ano temu, niestety, że nasycenie wandalami ze spreyami w rękach w naszym mieście jest olbrzymie. I znów te bezmózgie istoty zechcą zaznaczać swój teren, paciając odnowione elewacje. I dlatego znów proszę o czujność. Widzicie jakąś zakapturowaną postać, co się skrada, dzwońcie po służby – Straż Miejską, policję, albo sami przeganiajcie. Bo inaczej bieda. Inna rzecz, że takie zakapturzone stworzenie złapane na gorącym lub też tuż po gorącym uczynku winno być ukarane na zasadzie wzajemności – nie że zostanie pomalowane spreyami. Nie. Powinno dostać szmatkę wielkości męskiej płóciennej chustki do nosa i ewentualnie damski pilnik do paznokci i dawaj czyścić to, co zapaćkało. A jak mu przyjdzie zapłakać się ze zmęczenia, zgryzoty, tudzież wstydu, to tylko dobrze. Bo pójdzie do swoich, opowie o biedzie i nieszczęściu, jakie go spotkało i następne zakapturzone pięć razy się zastanowi, nim coś na kształt i w podobnie uczyni. Inna rzecz, że wieści o karach rozchodzą się szybko.

Uch, no i się rozpisałam. Jako jakiś czas temu wyraźnie oznajmiłam, że komentować zadymy ze szpitalem gorzowskim nie będę, bo robi to znakomicie redakcyjny kolega redaktor Leszek Zadrojć. Czytam, co prawda, co pisze aktualny rzecznik pani marszałek, mój kolega Michał Iwanowski i się zastanawiam, jak długo rzecznikował będzie. Ot zagadka, której bogi wszelakie łącznie z tym wrednym dżinem z lampy Alladyna nie potrafią rozgryźć. Pożyjemy, zobaczymy.

P.S. A książka Angeliki Kuźniak „Papusza” już leży na moim biurku. Przejrzałam już. No i świetnie ona wydana jest. Krystyna Kamińska nie napisała, więc ja dopowiem. Edytorsko – perełeczka. Do tego sporo zdjęć – Papuszy właśnie, które dokumentują, że piękną kobietą była. Także sporo foteczek taborów i stylu romskiego życia w tamtych czasach. No i imponująca bibliografia – sami sprawdźcie. Zaczynam czytać. Wiem, że nie tylko ja. Potem się wymienimy spostrzeżeniami. Dobrej lektury.