W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2019

Druhu komendancie…

2013-10-14

- Noo Reenata - tak zawsze przez lata słyszałam na początku rozmowy z Sylwestrem Kuczyńskim, harcerzem, żeglarzem i w gruncie rzeczy fajnym człowiekiem, który zginął w durny sposób, w katastrofie śmigłowca, o której trąbiły wszystkie media w kraju.

Trudno się dziwić, katastrofy samolotowe czy śmigłowcowe, to bardzo spektakularne wydarzenia są. I kiedy tak siedziałam w domu, na kanapie i oglądałam wiadomości, z tą najważniejszą, nie wiedziałam, ech tam nie wiedziałam, nie przypuszczałam w najczarniejszych scenariuszach, że akurat w tej zginął człowiek, którego przez lata znałam, a moje sympatie z nim układały się w dziwny, skomplikowany wzór. Ale pod wieczór piknął sms – Sylwek nie żyje. Długo nie potrafiłam uwierzyć. W to, co mocno zaprzyjaźniony i bardzo bliski głos mi mówił. No nie…

Ale po kolei. Sylwka, oj nie, druha Sylwestra Kuczyńskiego poznałam, jak miałam kilkanaście lat. Ot, durna harcerka, naczytała się książek o Szarych Szeregach. Byłam wówczas w dobrej, nawet bardzo dobrej drużynie im. Szarych Szeregów – nosiliśmy w tamtych czasach szare skautowskie mundury z czarnymi chustami, nie było to dobrze widziane, ale wówczas, pal diabli, po nas choćby potop, tak ma być i koniec. I tak było. Aż pewnego dnia przyszło mi poznać Kuczyńskiego, wówczas komendanta hufca ZHP Gorzów. Pojechałam do gorzowskiej chorągwi, jednostka nadrzędna nad hufcem – to dla tych, co nie rozpoznają nomenklatury harcerskiej. Hufiec mieścił się na parterze willi przy ul. Wyszyńskiego, wówczas generała Karola Świerczewskiego. I po prostu tam trafiłam na dzień dobry. A tam siedział Kuczyński i zaczął ze mną rozmowę. I na początek chyba się nie polubiliśmy. On to było inne harcerstwo, ja też inne.

Potem kilka razy zaglądałam do willi przy ul. Wyszyńskiego i za każdym razem zaczynałam wizytę od hufcowej nory. I za każdym razem Sylwek tam był. No i tak sobie gadaliśmy. Ja do niego – druhu komendancie, on do mnie Renata i tak to się toczyło. Po jakimś czasie dogadaliśmy się, że ma śpiewnik, taki, na którym i zależało – nie bieszczadzki, warszawski i on mi go dał. Dziwne, ale prawdziwe, o tyle dziwne, że ja nie jestem śpiewająca, ale do dziś go mam. I no znów były jakieś spotkania na harcerskich i turystycznych imprezach. Aż przyszedł moment.

Był rajd turystyczny Stalowych Kopuł, po międzyrzeckich bunkrach. Ja poszłam z turystami, Sylwek z harcerzami. Spotkaliśmy się, ja jak zwykle swoje sakramentalne – Druhu komendancie… On swoje sakramentalne – Noo Reenata…

Potem ja w te bunkry – znaczy Międzyrzecki Rejon Umocniony zaczęłam jeździć z jeszcze innymi ludźmi, poznałam je dość dobrze, potem sama się tam wyprawiałam. I w końcu przyszedł ten moment graniczny – dla naszej znajomości. Sylwek – jeszcze wówczas dla mnie druh komendant gorzowskiego hufca –  zaprosił mnie na rozmowę. To była fajna wycieczka z miasteczka nad Obrą i Wartą do miasta nad Wartą, Kłodawką i Srebrną. Byłam już wówczas na studiach, więc trochę wody w rzeczonych rzekach upłynęło. Przyjechałam i usłyszałam fantastyczną propozycję – Noo Reenata, a może tak trasę po bunkrach poprowadzisz. Na co ja, lekko trochę skołowana, fajnie druhu komendancie, ale jak druh ją widzi? No i Sylwester Kuczyński mi powiedział – No wiesz, od stacji Toporów – już dawno jej nie ma – potem do Kaławy, potem poterną i do głównego wyjścia – dziś zamknięte.

Na co ja, że owszem tak, ale warunki brzegowe są takie… i tu wymieniłam. Chodziło mnie głównie o trzy rzeczy. Wycieczka idzie za przewodnikiem, nie dyskutuje i nie narzeka, że ciemno i woda; no i ma latarki. W myśleniu za przewodnikiem była taka idea, idziemy prawą stroną poterny (głównego korytarza MRU), bo na środku są otwarte studzienki, wypełnione co prawda wodą, ale z wystającymi metalowymi elementami, które mogą być niebezpieczne. No i Sylwek się zgodził, że taką grupę znajdzie. A ja w tym momencie dorzuciłam jeszcze jeden warunek – nie niepokoimy nietoperzy, nie wrzeszczymy, kiedy na nas lecą, nie uchylamy się nagle. Bo one tam są i to ich kraina jest teraz, a nie nasza. Sylwek tylko popatrzył i powiedział – Noo Reenata – tak przeciągle, jak to miał w zwyczaju. I potwierdził, że Ok. I poszłam wtedy z ludźmi w tę trasę po bunkrach i lasach. A jak już doszliśmy na nocleg, to pierwszą rzecz, którą zrobiłam, był meldunek komendantowi. Stanęłam przed nim, zasalutowałam do rogatywki i powiedziałam – Druhu komendancie, pionerka (taki wysoki stopień harcerski) przewodnik (pierwszy stopień instruktorski – granatowa podkładka pod krzyżem), bo dziś harcmistrzynią jestem (czerwona podkładka pod krzyżem) Renata Ochwat melduje, że trasa dotarła na miejsce, wszyscy żyją, nikt się nie wykąpał w bunkrach… A w odpowiedzi tylko słyszałam śmiech.

A potem niewiele wody upłynęło w naszych rzekach i zaczęłam pracę w chorągwi. Sylwek był już wicekomendantem chorągwi i zaczęły się inne układy.

Nie jeździłam z nim w Bieszczady, nie pływałam na żaglach – wielkiej, ba, bardzo wielkiej miłości Druha Komendanta, ale przestałam do Niego mówić – Druhu Komendancie, stał się po prostu znajomym, lubianym bardzo, czasami drażniącym, wiecie sami jak to ze znajomymi bywa. I znów wiele lat upłynęło, Sylwek został dyrektorem Klubu Nauczyciela, ważną personą, ale zawsze na początek rozmowy słyszałam – Noo Reenata… A kanciapa pana dyrektora wyglądała zawsze tak, jak gorzowski hufiec…

Na Wieczną Wartę odprowadziliśmy już wielu naszych, siedzą sobie tam razem przy Niebieskim Ogniu i patrzą na nas, wyklinających tę naszą, ziemską rzeczywistość. Bo znów musimy, pójść na tę ulicę i znów rozwinie się sztandar i znów hm Tadeusz Strażewicz będzie musiał gawędę wygłosić.

Dla mnie Sylwester Kuczyński pozostanie zawsze w pamięci, jako ten oto człowiek, do którego trzeba się było przekonać, poznać go, a jak już się przekonało, to był fantastyczną osobą, owszem z wadami, bo kto ich nie ma, ale takim, że jak trzeba było komuś pomóc, to pomagał.

A nam, kręgowi harcmistrzów hufca gorzowskiego zabrakło znów kolejnego, po Jadzi Zasadowej, Alinie Błoch, Edku Chmielu, Joli Milcuszek – naszej komendantce – zwanej pieszczotliwie Milcuchą, i jeszcze paru innych fantastycznych ludziach, równie fantastycznego, aczkolwiek troszeńkę kontrowersyjnego, człowieka.

- Druhu komendancie – ja będę…