W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

A jednak jazz ma magię i moc

2013-10-16

Tym razem europejski jazz zagościł w auli głównej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. I dzięki uprzejmości władz uczelni niezwykłego koncertu mogli też posłuchać ci, co studia już dawno pokończyli a tę muzykę zwyczajnie kochają.

– Boże, jakie to piękne miejsce – mówili o uczelnianej auli ci, co dzięki koncertowi mogli się znaleźć w kompletnie przebudowanej starej koszarowej kuchni i stołówce przy ul. Chopina, czyli uczelnianej auli, obecnie drugiej co do wielkości sali w mieście przystosowanej do słuchania uczonych wykładów, ale i do muzyki także. Bo właśnie tam zagościła po raz czwarty w naszym mieście, co warto dodać, European Jazz Orchestra (EJO), czyli projekt niezwykły, który polega na tym, że pewna duńska fundacja zaprasza z całej Europy rokujących młodych muzyków, zwykle około 20 osób i montuje taką właśnie orkiestrę. Muzycy pod batutą wybranego dyrygenta przez jakieś miesiąc, tym razem były to dwa tygodnie, szlifują program i jadą w trasę koncertową po Europie, do tych krajów, skąd wywodzą się młodzi jazzmani. I choć w tym roku w orkiestrze nie zagrał żaden Polak, to jednak zawitała do miasta nad trzema rzekami. A warto dodać, że złotą regułą bandu jest to, że nie powtarzają miejsc, w jakich grają. A u nas byli już po raz czwarty. A to za sprawą tego, że pierwszy koncert w naszym mieście tak się fundacji spodobał, że miasto na siedmiu wzgórzach wpisała na stałe w trasę. Młodym i bardzo młodym muzykom odpowiada atmosfera klubu, znaczy Jazz Clubu Pod Filarami, doceniają publiczność, która za każdym razem niezwykle ciepło ich przyjmuje. No i tym razem też tak było.

W uczelnianej auli zasiadły na widowni władze PWSZ, kadra naukowa i pracownicy administracji, oraz, co należy dodać, byli też studenci. Bo koncert orkiestry uświetnił 15. rocznicę powstania szkoły. No i uczelnia z tego też powodu, aby i nieakademicka brać mogła trochę poświętować jej urodziny, podzieliła się biletami z jazzfanami, którzy na stałe bywają na koncertach klubowych.

I choć młodzi się trochę, no trochę dużo, jak na standard akademickiego kwadransa się spóźnili, to jednak zgromadzona publiczność to zrozumiała i przyjęła ich niezwykle ciepło. No cóż, takie spóźnianie jest wpisane w poetykę jazzowych koncertów, o czym nie wszyscy muszą wiedzieć. Na szczęście odbyło się bez skandalu.

I od pierwszych dźwięków była magia i czar. A jak na scenę wyszła wokalistka – Kristina ze Szwecji, to się zrobił kompletny odjazd. Bo młoda artystka ślicznym, mocnym, karmelowym altem podbiła serca także i tych, którzy jazzu nie słuchają. Przyznam, że ja sama, choć wokalu w jazzie raczej nie lubię, byłam zaskoczona i zwyczajnie oczarowana. Czarowała mnie też śliczna saksofonistka, która grała na bas-barytonie, instrumencie rzadkim i mnie osobiście najbardziej się kojarzącym z Janem Ptaszynem Wróblewskim (o czarownym koncercie, jaki Ptak wyciął u nas z nieżyjącym już Szakalem, czyli Tomaszem Szukalskim, który grał na alcie, już kiedyś pisałam, ale wspomnieć muszę, bo wypada, a mnie przy każdej takiej okazji w mózgu przewijają się nutki tamtego koncertu. Szkoda, że nikt nie nagrał, ech, szkoda. Przeczytać moje wspominki tegoż wydarzenia można w tekście „Nie porozmawiałam z Szakalem” w archiwum mego bloga). Na słówko zasługuje także fantastyczny gitarzysta, znakomity wibrafonista (choć ja za cymbałkami nie przepadam, nawet tymi dużymi). A zresztą cała międzynarodowa ekipa była zwyczajnie świetna. Tym razem EJO do występów scenicznych przygotowała szwedzka kompozytorka i dyrygentka Ann Sofi Söderqvist, która ułożyła afisz z własnych kompozycji i dlatego nie było wielkich hitów, jak choćby zwykle grywanej przez takie kapele „Caravany” Duke’a Ellingtona czy „Autumn leaves”, bądź innych standardów. A może to i dobrze, bo było coś nowego.

No i słówko po prawdzie się należy uczelnianej auli. Oto wszyscy, osłuchani na różnych koncertach i w różnych salach kraju między Odrą a Bugiem, Morzem Bałtyckim a Sudetami, Karpatami nagle się przekonali, że to miejsce znakomicie nadaje się do słuchania jazzu. I wszyscy to z zaskoczeniem podkreślali. – No lepiej niż w Filharmonii – mówili. I to jest świetne odkrycie, choć sala jest szeroka i stosunkowo niska, to dobry akustyk wyczarował tu jakość niepowtarzalną (ukłony dla Huberta Zbiorczyka i Janusza, o nim za czas jakiś). I myślę sobie, a co więcej, mam taką nadzieję, że jeszcze w przyszłości dane nam będzie posłuchać jazzu właśnie tu. A jak się weźmie pod uwagę fakt, że mieści się tu 470 osób, to rzecz godna rozwagi jest.

Czarowny wieczór miał swój ciąg dalszy w piwnicy klubowej przy ul. Jagiełły. Tam muzycy podjęci zostali typową zimną polską kolacją, czyli typicall Polish dish, jak tłumaczyłam muzykom, serwując im talerze, na których dostali między innymi pomidorka, ogórki, serek, masło, dwa rodzaje wędlin i tuńczyka wymieszanego z białym serem. Smakowało, nawet bardzo. A co niektórzy dopytywali się o polskie nazwy poszczególnych składników.

A potem zaczął się jamm, ale mnie tam już nie było. No cóż, obowiązki dnia następnego wymogły ewakuację z klubu, choć uczciwie muszę przyznać, nie chciało się wychodzić. Ale mus, to mus. Obowiązki przede wszystkim.

A skoro przy jazzie jestem, to znów w sali klubowej, tej przy bufecie, pojawiła się nowa wystawa. Są to zdjęcia Anety Stosor (dzięki uprzejmości firmy Prosper w dużych formatach, jakich nie powstydziłaby się żadna profesjonalna galeria i za to dzięki). I tu jest przegląd gwiazd, no niech będzie, GWIAZD, jakie nas odwiedziły. Czyli, że niech wymienię tych, których całe życie jazzfanki kochałam i kocham i nigdy nie przypuszczałam, że posłucham ich w moim – no po prawdzie trochę przyszywanym, ale jednak moim mieście. A więc Mike Stern i Didier Lockwood – dla mnie coś niebywałego, bo taki zestaw, a koncert był, och Boże, cudny. Wiszą fotki Kenny Garreta, Ernie Wattsa, moja wielka miłość od początku. Jest też także sam wielki Joshua Redman, absolutny czarodziej saksofonu, który swoim koncertem w osłupienie wprawił nie tylko zwykłych fanów, ale i mocno wybrednych i zwykle krytykujących zawodowych muzyków. Ja siedziałam w niemym osłupieniu i liczyłam takty, ale potem się pogubiłam, bo magia muzy była wielka. Mam płytki, słucham i… no wiecie sami, co. Jest też świetna fotka Johna Scofielda, genialnego gitarzysty, ale też fantastycznego wokalisty Kurta Ellinga, na którego koncert pół Polski i ościenne kraje europejskie się zjechały, a w klubowej piwnicy po koncercie zabrakło pierogów, a samego muzyka rozbolała ręka od dawania autografów. No i w końcu jest foteczka Deana Browna.

A sama autorka fotek usłyszała od jednego z gości zarzut, że samych facetów sportretowała. No, ale kogo innego miała fotografować, jak sami FACECI, wielkie gwiazdy jazzu, tu ostatnio zagrały. I dość dodać, że to takie GWIAZDY, które nie szukają poklasku w tanich pisemkach i fotografiach paparazzich, tylko swoją sztuką zasłużyły na miano – Gwiazda – ARTYSTA – wielki muzyk. No i szykuje się następna – genialny basista Dave Holland. I to za chwilkę, za momencik. Jeszcze nie wierzę, choć widziałam kwity. Tak mam od pierwszego rozdania Gorzów Jazz Celebrations, jednego z kilku prawdziwych festiwali, jakie się nad Wartą, Kłodawką i Srebrną odbywają, czyli od występu Richarda Bony (czekaliśmy coś około dwóch albo prawie trzech godzin na artystę. Nikt nie marudził, było fantastycznie, każdy, nie tylko ja, potwierdzi). Czyli jak usłyszę, to będzie. Ale co nie ma być?

Opowiedziałam znajomemu z innego wielkiego miasta o jazzie, o muzykach, koncertach. I tak ni z gruszki, ni z pietruszki zaczęliśmy się licytować, kto kogo i gdzie widział. No i tylko stwierdziłam, że muszę podejść do wieszaka w przedpokoju, bo tam mam na smyczce klubowej zawieszone bilety. I zaczęłam wymieniać. Dodałam parę nazwisk słuchanych gdzie indziej, i po chwili usłyszałam – Ty Rencia, to nie jest możliwe… - Ale co nie jest możliwe? - uprzejmie się zatrroskałam. – No to, żebyś ty tam, w tym twoim Gorzowie takich ludzi słyszała na żywo. Może ci się pomieszało z płytami, jakie tam mogłaś słyszeć, albo z koncertami na przykład z Montreaux albo z Jawy, które sobie tam razem oglądacie – mówił miły głos mego znajomego. No to się zdenerwowałam i oświadczyłam, że owszem Carlosa Santanę, Angelique Kidjo czy Wayne’a Shortera to i owszem, na telebimie też w klubowej piwnicy słuchałam, i to nie raz, ale tych innych to na żywo, na osobiste głaza widziałam, na osobiste uszy (bo nie wiem, jak to w języku Tołstoja stoi – uszy znaczy) słyszałam, a z niektórymi to nawet dane mnie było porozmawiać. No i usłyszałam cichuteńkie – No to zazdraszczam. No właśnie, ktoś nam zazdrości, ktoś z dużego miasta w Polsce, że my tu mamy takiego Prezesa, co mu się chce. A inni, ważni i decyzyjni, jakoś tego dostrzec nie chcą. Ot życie. Rosjanie mają fantastyczne określenie na taką sytuację, ale jak to idzie w tym pięknym języku, dokładnie nie pamiętam, a zresztą wierna jestem zasadzie, że w językach, których się nie zna, to się nie mówi – poza pojedynczymi słówkami tylko przytaczanymi dla większej ekspresji wypowiedzi. Żart, oczywiście..

No jednym słowem czar był.

P.S. No zwyczajnie nie mogę sobie tego odmówić. Duma Narodowa, znaczy piłkarska reprezentacja naszego kraju, na magicznym Wembley przegrała 2 do 0. Ja i tak typowałam 4 do 1 dla Dumy Albionu. Meczu nie widziałam, nie oceniam. Widziałam tylko drugiego gola dla Dumy Albionu, więc i tak się dziwię, że tak niewiele przegraliśmy w tym meczu o pietruszkę. Ciekawe, co teraz zrobi pan prezes PZPN Zbigniew Boniek z trenerem Waldemarem Fornalikiem? A tak swoją drogą, to co ma selekcjoner zrobić, jak wybierać nie ma z kogo, bo zwyczajnie zaplecza do trenowania przyszłych Bońków, Szarmachów, Latów, Deynów, Błaszczykowskich, Lewandowskich i innych wielkich nie ma. Bo nie ma lekcji wf, nie ma szkółek, nie ma nic. Dzieciaki siedzą przy komputerach i tyją. I nie wiedzą, że ganianie po boisku, za piłką lub innym ustrojstwem może być zwyczajnie fajne. Ot los…

P.S. 2. I pro domo sua. Dziś o 17.00 w klubie Jedynka przy ul. Mieszka I 50 specjalny montaż słowno-muzyczny upamiętniający wybór kardynała Karola Wojtyły w 1978 r. na papieża Jana Pawła II (tego samego dnia wielka polska himalaistka Wanda Rutkiewicz weszła na Mount Everest, była pierwszą Polką i Europejką, która tego dokonała. Przywiozła papieżowi kamyk ze szczytu, a on jej wówczas powiedział takie oto słowa – Oto pani i ja tego samego dnia weszliśmy na szczyt). Natomiast o 18.00 w bibliotece wojewódzkiej przy ul. Kosynierów Gdyńskich w ramach Dni Kultury Chrześcijańskiej spotkanie z księdzem profesorem Andrzejem Dragułą poświęcone kwestii, czy katolik jest człowiekiem dialogu.