W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Dory, Olgi, Teodora , 26 marca 2019

No po prostu NOA!!!!

2014-02-09

Ale i Jazz Club, ale i my publiczność, ale i władze tego miasta. Wszyscy mieliśmy niezwykłą przyjemność, radość i szczęście uczestniczyć w koncercie niebywałej artystki z Izraela, Noi. Niezapomniany wieczór w czarownym Teatrze Osterwy to był.

Noa, przepiękna kobieta, która o sobie publicznie powiedziała, Żydówka, ale nie religijna, Żydówka, ale z korzeniami z Jemenu. Zaczarowała i olśniła wszystkich, którzy  przyszli na jej koncert, jedyny w Polsce, być może drugi lub trzeci w kraju między Odrą a Bugiem w ogóle w jej karierze. Sama artystka nie pamiętała, czy właśnie to był jej drugi lub trzeci raz.

No, ale po Bożemu niech będzie. Zaprosił ją do miasta nad Wartą, Kłodawką i Srebrną Prezes Dziekański i jak nas przekonywał, że to wydarzenie jest, tośmy trochę nosami kręcili, bo płytki to takie sobie były. Ale jak się zaczął koncert i ta przepiękna kobieta, ta drobna szczupła i wybitnie ładna dziewczyna weszła na scenę, to się magia i czary zaczęły się dziać. Nikt i nic nas nie przygotował na taki wielki wulkan energii, superpozytywnej zresztą, na takie mistrzostwo wykonania, na taką empatię wobec innych. Bo od pierwszych chwil na scenie wiadomym się stało, że to niebywały gość jest. Nie dość, że piękna kobieta, to jeszcze obdarzona fantastycznym głosem i to o znakomitej rozpiętości skali, na dodatek obdarzona słuchem, na mój gust, absolutnym, a jeszcze kompletnie pozbawiona maniery gwiazdy z żądaniami typu: kosz skarpetek koloru białego i błękitnego i niech się nikt do mnie nie odzywa, bo potrzebuję ciszy i skupienia – ci, co muzykę lubią, odgadną, kto taki miał takie a nie inne, i jeszcze kilkanaście innych żądań przed polskim koncertem.

I co kawałek, co piosenka, było coraz lepiej. Na scenie wielkiej wokalistce towarzyszyli znakomici muzycy, których zresztą ona sama w niebanalny i nieograny sposób przedstawiała. A mogę tak napisać, bo naprawdę wiele już koncertów z wieloma gwiazdami na scenach różnych widziałam.

Czar polegał i na tym, że w pierwszej części artystka śpiewała w kostiumie boso. W drugiej pojawiła się już w butach i zwiewnej czerwonej szacie. Pierwsza, trochę zabawowa, trochę przebojowa, pokazała, z jakiej klasy wykonawczynią mamy do czynienia. To wówczas Noa oznajmiła nas, że idzie za definicją Pata Metheny’ego, który mówi, że muzyk będzie dobry, jeśli będzie robił wszystko, aby być świetnym w tej robocie, nie będzie się skupiał na promocji siebie lub też innych rzeczach. I ona to właśnie robi. Bo zagrało wszystko, nawet blaszane puszki, czyli ludowe jemeńskie instrumenty, jak nas Noa przekonała, bo jak stwierdziła, w Jemenie ludzie biedni są i tylko na takie ich stać.

Druga część była trochę bardziej nostalgiczna, trochę bardziej, przez chwilkę niedługą skierowana na trudną historię jej narodu. To był moment, kiedy artystka zaśpiewała piosenkę, nie raczej coś więcej, raczej pieśń, w której odniosła się do Holocaustu. I jak sama mówiła, to raczej rzadkość w jej repertuarze jest. No i piszącej te słowa, łzy się w oczach zakręciły, łzy wzruszenia, bo Naród Wybrany, za jaki mam Lud Izraela, lud wiecznych tułaczy, za każdym razem mnie wzrusza. I tak ma z literaturą, tak mam z muzyką, tak mam z kulturą tego narodu i tego państwa. Za chwilkę niewielką tam jadę. I powiem, że się tego trochę boję. Bo jak się kompletnie rozkleiłam na Monte Cassino we Włoszech, bo moja rodzina tam tę wstrętnie wysoką górę i paskudnie trudny klasztor zdobywała, rodzina przeżyła, ale łzy były. To  to co będzie nad Jeziorem Genezaret, albo nad rzeką Jordan, a co będzie na Górze Carmel? No strach się bać.

Ale do koncertu wracam, tego gorzowskiego. To tylko Dziekańskiemu i jego kontaktom się udało, że Noa tu przyjechała, tu wystąpiła i tu przepiękne słowa pod adresem nas Polaków ze sceny mówiła. I dziękowała za radość, energię i wszystko, co ją tu spotkało. Za uśmiech, za wszystko. Bisowała trzy razy, za każdym razem przy stojących brawach. Ale jakżesz nie nagradzać artystki, wielkiej i kompletnie pozbawionej gwiazdorskiej maniery za to, że cudnie czuje scenę i docenia widza, jakżesz inną formę podzięki stosować wobec artystki, która potrafi się przyznać, że szlag, nie pamiętam testu i przepraszam, a potem na oczach nas, publiczności sobie ten tekst przypominać, jakżesz inaczej dziękować ARTYSTCE za swobodną interpretację „Ave Maria” na koniec koncertu? No tylko wstać i tylko klaskać.

No wielki to koncert był. Mistrzostwo wszystkiego, zaczynając od technicznej strony, na efekcie finalnym kończąc. I teraz użyję języka kolokwialnego, no jazda wielka bez trzymanki to była. A kto by się spodziewał po płytach? No nikt.

I jeszcze ważna jedna rzecz. Noa i jej artyści, też znakomici wirtuozi grali kilka razy dla Jana Pawła II, brali udział w filmie poświęconym Papieżowi. Lubił ich słuchać. Dla każdego, kto śledził losy Karola Wojtyły dziwnym nie będzie, że właśnie On potrafił docenić taką sztukę. Bo dla Papieża ważny był wyraz artystyczny, a że artystka z Izraela, to tylko dodana jakość, bo i Matka Boska Żydówką była, i Jej syn także, aż do chrztu w rzece Jordan za sprawą św. Jana Chrzciciela się to dokonało. Takie dziwne związki. To tak pod rozwagę co niektórym, którzy jakoś tak dziwnie pamiętać tego nie lubią, lub też zwyczajnie nie chcą.

No i jeszcze rzecz niebagatelna się wydarzyła. Prezes podczas wprowadzenia do koncertu wyraźnie zaakcentował, że my tu w mieście nad trzema rzekami mamy najlepszy fortepian koncertowy w klubie jazzowym w całej Europie Zachodniej! (o wschodniej nie mówił, no i dobrze może, bo co za Wisłą w tamtą stronę, znaczy na wschód, to strach i żałość, choć ja osobiście po prawdzie kocham Żółkiew, Lwów i Łuck. Żółkiew najbardziej na świecie, ale wiecie, fioły i fiołki osobiste, to inna jazda jest. No i jaka szkoda, że o Władcy ukochanym nie sposób wspomnieć, no niech tam…). I dodał, Prezes znaczy, co ważne jest, moim zdaniem, że to zasługa wielka, szeryfa naszego miasta. Bo gdyby nie jego decyzja, fortepianu by nie było. Fajnie, że co niektórzy to w końcu usłyszeli. Ja dodam od siebie, że gdyby nie wola szeryfa, to i klubu by nie było. I myślę sobie, że szeryf naszego, może niekoniecznie pięknego miasta, powinien być dumy i za swój osobisty sukces sobie gratulować, że ma taki klub, taką miejską placówkę. Bo wiem, że innych szeryfów, ech tam szeryfów, prezydentów lichych, boli, że kiedyś jakąś głupią decyzją, rockowe, jazzowe, bluesowe lub też kociomuzyczne miejsca zlikwidowali. A dziś to byłby kapitał. No cóż…

P.S. A jaskółki moje, co to własnymi drogami chadzają i latają, i wlazły do teatru, tylko szczebiotnęły na dobranoc – Widzisz, coś słuchasz, coś oglądasz, a jak idziesz na koncert, to takich emocji się nie spodziewasz. No nie, po prostu nie.  A jak tam nad rzeką Jordan będzie? Boję się myśleć.