W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Michaliny, Michała, Piotra , 19 października 2018

Podróżowanie z gorzowskimi akcentami

2014-03-17

No i wróciłam z wielkiej, wymarzonej podróży, o której zawsze myślałam, że raczej się nie wydarzy, bo i daleko, i drogo i raczej niemożliwe, bo tam cały czas się gotuje. Ale jak się okazało, niemożliwe stało się możliwe. Wróciłam z Izraela.

O samej podróży, miejscach niebywałych, pięknych, zaskakujących, smakach i innych historiach będzie jeszcze nie raz, ale w zakładce „Na szlaku”, bo tam ich miejsce. Dziś będzie o różnych reminiscencjach luźno lub bardziej luźno związanych z Gorzowem, tak, tak, z miastem na siedmiu wzgórzach i nad trzema rzekami.

Wielka podróż zaczęła się w Gorzowie, ale tak na dobre to w Katowicach Pyrzowicach, bo stamtąd odlatywał nasz samolot do Tel Awiwu, na lotnisko Ben Gurion, czyli po prawdzie do miejscowości Lod. Ale niech tam, do Tel Awiwu jedziemy.

Jechałam w grupie pielgrzymkowej prowadzonej wyśmienicie zresztą przez ojców franciszkanów pod światłym, niezwykle kompetentnym i niezwykle przyjaznym kierownictwem ojca Feliksa Rachwalika. I już na lotnisku pierwszy zaskok, bo w sąsiedniej grupie, prowadzonej przez ojca Dariusza nagle pojawiła się dość charakterystyczna postać. Kobieta, szczupła, wysoka, z bardzo charakterystyczną fryzurą. Pomyślałam sobie, niemożliwe, aby znana polska pisarka o wyrazistych poglądach wybrała się w pielgrzymkę do Ziemi Świętej i to zwłaszcza z franciszkanami, gdzie rygor zwiedzania, nawiedzania jest dość ostry. Ale jednak się nie pomyliłam, to była pani Katarzyna Grochola. No i tu mamy pierwszy gorzowski wątek. Otóż lat temu parę pisarka gościła w mieście na wzgórzach i nad rzekami. Spotkanie odbywało się w wiadomej piwnicy jazzowej przy ul. Jagiełły, a wśród rzeszy fanów, głównie pań, bo dla pań pani Grochola pisze, był mężczyzna, lekko łysiejący, w okularach i tak trochę dziwnie do pisarki podobny. Wieczór się zaczął, było przyjemnie, nawet bardzo. Aż nagle ten mężczyzna zaczął wytrącać pisarkę z pantałyku. Chwilę niewielką to trwało, bo nagle pani Katarzyna Grochola powiedziała takie słowa – A tym tam to się nie przejmujcie, bo to mój brat. I w taki sposób spaliła niecne zamiary swego braciszka Władysława Grocholi, od lat mieszkającego w mieście nad Wartą szalenie utalentowanego plastyka, który wychował całkiem sporo gromadę wrażliwych na sztukę i nie tylko na sztukę ludzi. Pamiętam, że tamtego wieczoru Władek, bo z nim jestem po imieniu, więc tak mogę pisać, szalenie się obraził i nadął, że siostra rodzona zepsuła mu zabawę. Coś tam pomamrotał pod nosem i poszedł. Spotkałam go za jakiś dość pokaźny czas i chciałam się dowiedzieć, w czym rzecz. Machnął tylko ręką i powiedział, że o siostrze pisarce gadać nie będzie, zresztą jak i o innych rzeczach też nie. No bo i po co. Ale faktem jest, że Katarzyna Grochola w mieście naszym bywa, rzadko bo rzadko, ale jednak. Dość wspomnieć, że podczas mojej podróży życia czytała Słowo Boże podczas wyjątkowego wydarzanie, podczas Procesji Światła w Bazylice Zwiastowania w Nazarecie. To podczas tego wydarzenia mieszają się języki i tradycje, ale nikt nie ma poczucia osamotnienia.

A drugi trop wiążący się w sposób nieprosty z miastem na siedmiu wzgórzach i nad trzema rzekami jest taki, że nagle okazało się, iż nasz przewodnik, ojciec Feliks Rachwalik pochodzi z … Gorzowa Śląskiego. Jak sam powiedział, obie miejscowości mają po niemiecku tę samą nazwę Landsberg i od gorzowian, ale i nie tylko, zebrał huraganowe brawa. A ponieważ gorzowską grupę wykładowców oraz pracowników Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Jakuba z Paradyża prowadził po raz drugi po meandrach Ziemi Świętej, tym bardziej zrobiło się familiarnie i domowo. Uczony w Piśmie, bo doktorat ma, ojciec przewodnik z dumą podkreślił, tylko zresztą raz, korzenie. A nam było miło.

A trzecia okazja do zaznaczenia gorzowskich związków z Ziemią Świętą zdarzyła się w Instytucie Yad Waszem, kiedy w lekkim deszczu na tym wzgórzu Herzla staliśmy przy drzewku Ireny Sendlerowej, to ja opowiedziałam o Alfredzie Markowskiej, gorzowskiej Cygance, która w Zgierzu ratowała dzieci z transportów do Auschwitz. I nie było dla niej ważne, czy to Cygan, Rom, Sinti, Polak, Niemiec. Dziecko, to dziecko, pomóc trzeba. I upłynęło wiele wody w rzekach naszego kraju, aby ktoś ją docenił. Tym kimś, dzięki zresztą usilnym zabiegom gorzowian, był prezydent Lech Kaczyński, który odznaczył ją Komandorią Orderu Odrodzenia Polski. Alfreda Markowska jest pierwszą na świecie Romką, Cyganką, jak o sobie mówi, kobietą z tej mniejszości narodowej na świecie, która została nagrodzona tak wysokim odznaczeniem kraju, w którym żyje. Nigdy wcześniej żadna Romka, żaden Rom nie został aż tak doceniony za swoje działania na rzecz ratowania ludzkiego życia i to pod rygorem utracenia własnego. Dla Alfredy Markowskiej, nazywanej Babcią Nońcią to się nie liczyło. - Jest dziecko do uratowania, to dawaj w spódnicę go zakręcę i wyprowadzę z tej matni, to jej słowa. Dziś pani Alfreda jest bardzo ciężko chora. Opiekuje się nią rodzina. Ale myślę, że tam w Jerozolimie, na wzgórzu Herzla, w Instytucie Yad Waszem, należy jej się drzewko oliwne z tabliczką i chyba najbardziej wymarzony tytuł „Sprawiedliwy między narodami świata”. Żydzi – moi bracia i siostry z wyboru – mawiają „Kto uratował jedno ludzkie istnienie – uratował świat”. A skoro Babcia Noncia uratowała tych światów moc, to jedno oliwkowe drzewko tam właśnie, na wzgórzu Herzla, w Instytucie Yad Waszem jej się należy.

Pomyślcie sobie, Cyganka, trochę niepiśmienna, ale obdarzona jakim wielkim człowieczeństwem. Bo za nic miała swoje życie, skoro to robiła. Zróbmy więc wszystko, aby tam na Wzgórzu Herzla, w Instytucie Yad Waszem wzrosło drzewko oliwne z tabliczką – Alfreda Markowska, Babcia Noncia, to ona ratowała te światy.

No i się zrobiło patetycznie, ale w obliczu takich spraw inaczej być nie może.

No i konkluzja na koniec. Trzeba pokonać aż ponad 5 tys. km, aby odkryć albo też zobaczyć pewne lokalne ślady.

P.S. A domowe jaskółki tylko śmignęły ogonami i świergotnęły – Nie gadamy z tobą. Nas tam nie zabrałaś, nie widziałyśmy, same sobie polecimy. Im zazdraszczam, sobie też. I wiem, że tam znów trzeba jechać. Trzeba.