W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Celiny, Hilarego, Janusza , 21 października 2017

Gorzów widziany przez pryzmat podróżowania

2017-04-19

Wróciłam do miasta po kilku dniach. No i postrzeganie miasta na siedmiu wzgórzach po tej podróży jeszcze mnie się wyostrzyło, niestety.

Kiedy gdziekolwiek jadę, jakoś tak bezwiednie odnoszę poznawaną rzeczywistości do miasta, w którym przyszło mnie żyć i pracować. No i raczej częściej, niż rzadziej porównanie to wychodzi na niekorzyść miasta na siedmiu wzgórzach nad lokalnymi trzema rzekami. Bo okazuje się, ze poza wzorcem metra, jakim jest stolica nad Tybrem, miast na siedmiu wzgórzach oraz nad rzekami – jedną, dwiema, trzema; nad kanałem i rzeką i jakkolwiek, jest znacznie więcej. I co dziwne, jak już jest jakieś na tych wzgórzach, ale okraszone niezliczoną liczbą zabytków i uznane za Klejnot Kultury Europejskiej, to jednak te wzgórza w ciekawych materiałach promocyjnych mocno akcentuje. Znaczy wzorzec metra ma magiczną moc, która determinuje wszystkie inne opowieści. Piszę o tym w kontekście Bambergu, w którym byłam przez pewien moment, a który też leży na siedmiu wzgórzach. I jest owym Klejnotem… A zabytków ma tyle, że kilka miast mógłby obdzielić bez szkody dla siebie.

Wzgórza to jedno. Ale w samym mieście, z mniejszą liczbą mieszkańców, niż nasze, jest kilka rzeczy, które są podobne do naszego – to oczywiście dalekie konotacje, ale jednak (pomijam zabytki i zaszczytny tytuł Klejnotu). Pozwalam sobie na takie myśli choćby z tego tytułu, że mamy Maryśkę z wiadrami na najpiękniejszej fontannie, czyli Pauckschmarie, przez wielu zwaną Bamberką (redaktor Jerzy Zysnarski zje mnie za to przypomnienie na śniadanie, ale jednak).

Po pierwsze – wjazd. No wjeżdża się tam, znaczy do Bambergu jak do drugiej stolicy Bawarii – szerokie drogi, znakomite oświetlenie, dobre wskaźniki… Jest czego zazdrościć… Po drugie – remonty. Dzieją się, ale tam aż furczy od prac. I to na wielka skalę prowadzonych. Jak u nas jest, wszyscy widzą. Po trzecie – śmietniki, a właściwie gniazda ze śmietnikami. Bo są, nawet w tym Klejnocie ludzie muszą gdzieś odpadki wyrzucać. No i gniazda ze śmietnikami dla mieszkańców są, ale jakoś tak tam urządzili, że choć stoją w widocznych miejscach, to jakby ich nie było. Dla przykładu niemal na wprost ważnego placu, na którego drugiej pierzei jest nowoczesne Biuro Informacji Turystycznej, a w perspektywie widać Stary Ratusz – miejsce laurka, najczęściej fotografowane i znajdujące się na wszystkich znakach reklamowych – w przewodnikach oraz na magnesach. Nie ma tam bowiem skupiska ordynarnych plastikowych czarnych wielkich kubłów stojących szeregiem niczym u nas nad Kłodawką na przepięknym in spe skwerku, ale są gniazda z aluminiowymi, nierzucającym się mocno w oczy pojemnikami. Muszą być, więc są. Ale jakoś nie burzą i zaburzają przestrzeni. Stałam dłuższą chwilkę i się zwyczajnie gapiłam, na śmietniki…. Kiedy mogłam na cuda architektury. Na które też zresztą się gapiłam. Czyżby inny wymiar cywilizacji? Chyba tak.

W innych miejscach dane mi było oglądać świąteczne, wielkanocne dekoracje. Nie mówię o komunalnych, ustawianych przez władze miast, miasteczek czy wiosek, bo one tam wszędzie były, te świąteczne zające, te malowane jajka, te palemki i inne. Myślę o tysiącach prywatnych ozdób stojących na parapetach, na wejściach do domów, o ozdobach klamek i innych miejsc. Oraz o gazonach z kwiatami. One tam sobie stoją. Ludzie chodzą, ale nikomu nie przyjdzie do głowy kopnąć jakiegoś zajączka z trawy, wyrwać rośliny, wywrócić skrzynkę z kwiatami, wszyscy jakoś o to dbają, zachwycają się nawet najbardziej kiczowatą ozdobą – oczywiście kiczowatą w moim myśleniu. Inna rzecz, że one nie są kiczowate. Pasują do miejsca. A przecież tam też są młodzi ludzie, którzy imprezują po nocach. Ludzie piją piwo, przenoszą się z miejsca na miejsce, ale jednak nie tykają tego, co jest publiczną, prywatną oraz publiczno-prywatną własnością. I co więcej, policji tam na każdym kroku nie ma. Zwyczajnie bowiem nie uchodzi zachowywać się jak troglodyta wypuszczony w cywilizację. Raczej lepiej jest stanąć do zdjęcia zrobionego komórką przy jakimś śmiesznym zającu czy innej ozdóbce, wysłać focię do facebooka czy innego neta, aniżeli bezmyślnie zniszczyć. Inna rzecz, że jakby kto coś bezmyślnie zniszczył, lub próbował choćby, to miałby nie lada kłopoty.

No i kolejna rzecz. Widziałam przepiękną aleję, ale i pojedynczo rosnące drzewka wiśni piłkowanej, takie, jak lata temu po wydziabaniu klonów ze Szlaku Królewskiego, czyli ulicy Chrobrego, zasadziła ówczesna miejska ogrodniczka. Wyklinaliśmy ją wówczas wszyscy. Bo zamiast dobrze znanych drzew pojawiły się wątłe rośliny, wiotkie drzewka. Raz udało im się zakwitnąć, ładnie to wyglądało. Ale rodzimi wandale nie dali im szans, tym drzewkom. Połamane zostały. A gdyby tak dać im szansę, to może nie dziś, ale za jakiś czas, za jakieś pięć lat mielibyśmy coś pięknego na tym niepięknym dziś szlaku. Przyznam, żal mnie się tych już dziś nieistniejących drzewek zrobiło. I przyznam, że dopiero teraz zrozumiałam zamysł. Nie był zły. Ale nie na to miasto i nie na tych, co te wątłe i wiotkie roślinki wówczas świadomie lub też nie połamali i zniszczyli. A naprawdę mogło być pięknie.

Tak więc oglądanie miasta z oddali i przez pryzmat innych doświadczeń nie napawa niczym dobrym. Bo za niedobrym, które ciągle tu jest, stoją ludzie. Ci, którzy idą nocą i niszczą oraz ci, którzy nie reagują. Dopóki to się nie zmieni, będzie tak, jak jest, czyli byle jak.

O szczegółach moich dalekich, niedalekich podróży za jakiś czas będzie więcej w zakładce turystycznej. Bo jest o czym pisać i dzielić się zachwytem. Za jakiś naprawdę niedługi czas.

A teraz z drugiego kątka. Dzięki przemiłemu znajomemu dowiedziałam się, że mój album o sztuce Andrzeja Gordona został przez kogoś wystawiony na Allegro, czyli na jednym z największych portali, gdzie się odbywa sprzedaż wszelakiego dobra.

Wow, jestem zaskoczona. Ale bardziej zaskoczyła mnie cena, za którą album został wystawiony. Bo cena to prawie, znaczy bez jednego grosza, 150 zł. To znacznie więcej aniżeli cena wyjściowa, za którą wydawca, czyli Książnica Wojewódzka album roku pamiętnego 2007, dnia równie pamiętnego ‒ 17 marca książkę sprzedawała. Poszło wówczas sporo nakładu. Od lat też mówię różnym ludziom, że niestety, książki już nie mam, bo nie mam, i nie mogę sprzedać, ofiarować, jakkolwiek. A tu masz, nie Babo placek, ale siurpryzę fantastyczną. Ktoś wystawił album na sprzedaż. Będę śledzić. A jak się sprzeda, a kto kupi i zechce autograf…. To wystarczy napisać do mnie, podpiszę książkę, choć albumów się nie podpisuje, ale co tam, dlaczego nie. No ciekawa jestem bardzo, jak się to ułoży…. Ale sam fakt, że jednak album znów się pojawił w przestrzeni publicznej jest rzeczą intrygującą.

I tyle na króciutką chwilkę z podróży po cudnym kraju. Wracam do rzeczywistości codziennej. Zobaczymy, co się wydarzyło….