W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Celiny, Hilarego, Janusza , 21 października 2017

No i znów całkiem załamująca informacja

2017-04-20

Złodzieje okradli ostatecznie rzeźbkę Pawła Zacharka na Bulwarze Zachodnim. Ręce mi opadły, jak usłyszałam tę informację. No bo co innego można powiedzieć w takiej sytuacji.

Pisałam już, że nie lubię wracać do miasta nad trzema rzekami z zagranicznych wojaży, nie jest istotnym – długich czy krótkich. Za każdym razem miasto to bowiem jawi się jak jakaś czarna dziura, gdzie jakaś zła energia rządzi. I jakoś znów się to sprawdziło.

Ze zdumieniem ale i pewną zgrozą przeczytałam, ze jakaś kaprawa ręka ukradła tablicę przy rzeźbce Pawła Zacharka, legendarnego przewoźnika przez rzekę, człowieka, którego do dziś wspomina bardzo wielu mieszkańców. Od wielu słyszałam same dobre słowa o przewoźniku. Jak Towarzystwo Miłośników Gorzowa stawiało rzeźbkę, za swoje pieniądze, dodam, to wielu się cieszyło i gratulowało. A potem znacznie więcej tam chodziło, żeby sobie popatrzeć, zdjęcie zrobić. Znam nawet dzieci, które wymuszają na osobistych dziadkach wyprawę najpierw do pana na motorze, potem do pana w łódce, a w końcu na lody. Dokładnie w takiej kolejności.

No i wydawałoby się, że wszystko jest OK, że każdemu te rzeźbki pasują. Ale nie. Okazuje się, że jednak nie. Jakieś indywiduum albo indywidua okradły pracę. Najpierw zabrano koło ratunkowe z Kseni, potem coś jeszcze, a teraz tablicę pamiątkową. Jakaś swołocz, bo inaczej nie można nazwać tego kogoś, ukradła tablicę. Na pewno chodziło o kasę, bo po cóż by innego. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak można. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak właściciele skupów złomów mogą skupować takie przedmioty. Nawet zniszczone noszą zawsze jakieś znaki, które świadczą o tym, że nie jest to zwykły złom, a coś więcej.

Giną z przestrzeni miejskiej rzeźby, tablice, nawet fajerki Szymona Giętego. To straszne, zwyczajnie straszne. I nie ma żadnych szans, żeby ta sytuacja się zmieniła. Nikomu nie udaje się złapać sprawców, nikt za to nie odpowiada. Wcale się nie zdziwię, jeśli darczyńcy stracą chęć i przestaną fundować kolejne rzeźby. Bo ile można ładować prywatnej kasy w coś, co za chwilę zostanie zniszczone. I na pewno nie ukradli tych rzeczy ci, którym brakuje na jedzenie czy na czynsz. Ci ludzie nigdy by czegoś takiego nie zrobili. Na pewno też nie padły one łupem jakiegoś szalonego kolekcjonera. To zwykłe chuligaństwo, zwykłe barbarzyństwo.

Nawet nie chce mnie się sumować tych wydarzeń, bo jak mawiał kapitan Wagner w „C.K. Dezerterzy” do porucznika von Nogay’a – „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów dostatecznie obelżywych, aby określić pańskie postępowanie…”, tak nie ma również w słowniku ludzi kulturalnych słów dostatecznie obelżywych, aby określić takie postępowanie. I przy tym pozostańmy.

A teraz z innego kątka. Zawiało mnie na plac Jana Pawła II. Rzadko tam bywam. No i może dlatego z całą mocą uderzyło mnie to, że właśnie tam powstaje kolejny blok. Znaczy kolejny raz uszczuplono i tak już szczupły plac o kolejny budynek. Stałam tam dłuższą chwilkę i zrozumieć nie mogłam, po co to… Przecież w mieście jest nadpodaż przestrzeni mieszkalnej i usługowej. Wszędzie wiszą ogłoszenia – na sprzedaż, pod wynajem… A tu proszę, kolejne bloczysko. Zaburzono geometrię placu, uszczuplono przestrzeń, która zwyczajnie jest potrzebna do oddechu. Ludzie z miasta byli tacy dumni, że maja ten plac. Że mają miejsce, gdzie zgromadziło się pewnego czerwcowego dnia blisko pół miliona ludzi, aby przez chwilkę posłuchać Jana Pawła II. Wydawało się, że już powstałe bloki wystarczą. Plac zostanie w takim kształcie, w jakim był. Ale nie. Jednak nie. Znów ktoś coś tam stawia. Plac się zmniejszył, stał się placykiem, małym, ciasnym, otoczonym blokami. Przykra sprawa, przynajmniej dla mnie. Bo ja lubię place. Lubię przestrzeń. I wydało mnie się, że akurat ta przestrzeń pozostanie w takim kształcie. Jednak nie. Szkoda.

No i z trzeciego kątka. Otóż już dziś zaczyna się kolejowy armagedon. Znaczy zaczyna funkcjonować przystanek Gorzów Wschodni. Jednym słowem, startuje remont estakady kolejowej. Ja się cieszę, bo zabytek lada chwila zacząłby się nam rozpadać. Ale jako istota skazana na publiczne środki transportu, jakoś sobie tego wszystkiego nie wyobrażam. Bo kocioł komunikacyjny już jest. A teraz jeszcze dojdą dodatkowe autobusy dowożące podróżnych z kierunku – miasto margrabiego Jana, a dalej na zachód, z miasta z niedźwiadkiem w herbie. Tych akurat mało jest, ale są. Nowy kolejowy przystanek ładnie wygląda. Naprawdę. Ma wiatkę, ech tam, wiatkę, całą słuszną wiatę w ulubionych w mieście kolorach żółtym i niebieskim, ładnie wygląda. Ale jak to się wszystko w praniu sprawdzi? Zobaczymy. Ja trzymam kciuki za powodzeniem. Jednak tak, czy inaczej, bałagan na pewno na chwilkę się powiększy.

Ps. A teraz odrobina prywaty, czyli wspomnienie rzeczy dla mnie osobiście ważnych, choć niełączących się w żaden sposób z miastem nad trzema rzekami. Dziś mija dokładnie 50 lat, tak, tak, pół wieku od premiery znakomitego filmu Andrzeja Wajdy, za jaki mam „Kanał”. Tradycja szaroszeregowa, w jakiej sama na własne życzenie się wychowałam, powodowała i powoduje, że wielką estymą darzę ten film. A scena, kiedy Stokrotka z ciężko rannym porucznikiem Mądrym dociera do wyjścia z kanału, a tam jest krata, do dziś budzi u mnie odruch wzruszenia. Inna rzecz, jak mistrzowi Wajdzie udało się taki film w tamtych czasach nakręcić. To już 50 lat. A 37 lat mija od śmierci jednego z moich najbardziej ulubionych poetów, Paula Celana, Żyda urodzonego w Czerniowcach, autora przenikliwych i wywołujących ból wierszy. Rzadko do nich wracam. Ale wracam. Tyle prywaty.