W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2017

Znów uaktywniła się Zielona Partyzantka….

2017-05-18

No i jaka piękna informacja dnia. Eko ludzie znów ruszyli do miasta. Tym razem nie tylko sami jakieś zielsko posadzili, ale zmotywowali i innych. Oby ci inni zadbali o to, co razem z ekopartyzantami zdziałali.

Zielona Partyzantka znów pokazała pazur. Znów wyszła w miasto, coś tam pokopała, trochę zielska posadziła. Ale tym razem Ania et consrtes osiągnęli coś więcej, aniżeli w poprzednich latach. Do ich działań nagle spontanicznie włączyli się ludzie. Ktoś sam wyszedł z domu, ktoś wytaskał szpadle i grabie, ktoś inny latał z wiadrami i wodę taskał z własnego domu, bo przecież to małe zielone podlać trzeba. No i chyba Ania et consortes poruszyli właściwą strunę.

Bo udało im się zaangażować tych, którzy do tej pory jakoś tak patrzyli na badziew przy domu, ale jednak nie stać ich było na coś. Ja to rozumiem. Bo czasem zwykle trudno jest wyjść z własnego domu i zacząć kopać czy plewić. A tu nagle pojawia się ekopartyzantka – moje określenie i robi. N to ludzie się włączają i dobrze.

Ale teraz pytanie. To był jednorazowy akt, czy też początek dłuższego procesu? Bo jeśli jednorazowy akt, to szkoda. Jeśli początek czegoś razem i wspólnego, to super. Jeśli ludzie ze Strzeleckiej nagle zaczną dbać o ten kawałek zieleni obok własnego domu, to będzie znaczyć, że działania Ani et consortes przyniosły efekty. No i ja jestem jak najbardziej za tym, że tak właśnie się stanie.

Prosta psychologiczna prawda pokazuje, że jak ktoś coś własnymi rękami zrobi, to potem  to dba. W tym przypadku podlewa i plewi oraz przegania tych, którzy mu ten jego przysposobiony skrawek świata zaburza. Czas zwyczajnie pokaże, czy tak się i tym razem stanie. Ale skoro ludzie gremialnie wyszli z domów, zaangażowali siły i nie tylko, daje nadzieję, że w mieście po Fyrtlu animowanym przez Halinę Elżbietę pojawił nam się kolejny ciekawy kawałek. Ciekawy, bo ktoś uwierzył, że choć przestrzeń miejska jest, to jednak i jego. A skoro on ma dość badziewia wokół, to i sąsiedzi także. Pożyjemy, zobaczymy.

I tak tylko dla porządku domu przypominam, że od jakiegoś już dość pokaźnego czasu w mieście dzieją się urodziny albo święta ulic. Te formalne mniej mnie interesują, te nieformalne, spontaniczne bardziej. Bo zwyczajnie ciekawe są. Bo sąsiedzi się skrzykują, bo ustawiają stoły, bo na tych stołach stawiają smakołyki… Jest fiesta. Ale za tą fiestą idą i inne działania. Mieszkańcy bronią się przed dziwnymi wymysłami władzy. Dbają o sąsiadów, dbają o otoczenie. Tak, tak. Tak się mieście dzieje. I dlatego za ludzią ze Strzeleckiej trzymam kciuki. Może jeszcze nie fiesta, ale tylko wspólne zadbanie o ten kawałek świata. Trzymam kciuki mocno.

A teraz z drugiego kątka. Otóż Filharmonia Gorzowska obchodzi dziś 6. urodziny. Dokładnie sześć lat temu odbył się koncert inauguracyjny młodziutkiej wówczas Orkiestry Filharmonii Gorzowskiej – dopiero co wówczas sformowanej – i orkiestry Miasta Frankfurt. A ponieważ na afiszu było wybitne dzieło Głuchego Geniusza, czyli Ludviga van Beethovena, IX Symfonia, potrzebne były chóry, bo przecież jakoś tę znakomitą Odę do radości do słów Friedricha von Schillera (dziś hymn Unii Europejskiej) w kantacie finałowej zaśpiewać trzeba było. Śpiewały chóry Singakademie z Frankfurtu i Chór Akademii Sztuki ze Szczecina. Także soliści. Nad całością czuwał ten, który sformował orkiestrę FG, czyli maestro Piotr Borkowski. Głupotą wielką i zaprzaństwem byłoby niepamiętanie. Zresztą uważam, że niepamiętanie i celowe wymazywanie z pamięci tego, co tu się wydarzyło, jest zwyczajną małostkowością. Małostkowością godną pani Dulskiej, a to akurat nie jest dobry wzór.

Ja miałam to szczęście, że dzięki przychylnym ludziom dane mi było posłuchać. I bić brawo. I cieszyć się z tego, że to od zawsze robotnicze miasto zyskało taką instytucję.

18 maja, szóste urodziny Filharmonii Gorzowskiej. Nigdy nie myślałam, jak siedziałam w Auli Uniwersyteckiej UAM w Poznaniu na koncertach niedzielnych i piątkowych, jak siedziałam z rzadka w Narodowej, jak siedziałam we Lwowie, jak i w innych miejscach, a co, się pochwalę w Los Angeles też się zdarzyło oraz wcześniej w Pradze i Londynie, że się doczekam czegoś takiego w mieście nad trzema rzekami. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy połączone chóry zaczęły…. „Freude, schöner Götterfunken, Tochter aus Elysium…”, co się tłumaczy „O, radości, iskro bogów, kwiecie Elizejskich Pól….”. Sześć lat… A ile wzruszeń. To bywalcy powinni mówić, a nie ja. Bywalcy. A jest ich całkiem sporo i to oni obalają dziwną tezę, że miasto od założenia i po przejęciu przez polską administrację jest tylko robotnicze. Jest, ale też ma to inne oblicze. To naddane… Właśnie to. Bo gdyby tylko robotnicze, to nie byłoby Lamusa (którego de faco nie ma, a bez L. nie byłoby wielu rzeczy), nie byłoby Jazz, nie byłoby dobrej biblioteki, nie byłoby awangardy muzycznej, nie byłoby poetów, nie zamieszkaliby tu malarze, nie powstałaby swego czasu ciekawa scena teatralna off, nie byłoby kina spod znaku Dyskusyjne, nie byłoby książek o mieście, nie byłoby gorzovianistów, nie byłoby grafficiarzy, nie byłoby wielu. A są. I to coś znaczy. Bo tu są i żyją ludzie, dla których to coś więcej jednak znaczy.

Ps. Dziś także obchodzimy kolejną rocznicę wejścia na Mount Everest, Górę Gór, Dach Świata Tadeusza Kudelskiego, moim zdaniem jednego z najlepszych i najciekawszych polskich andynistów. Wydarzyło się to, co się wydarzyło. Pamiętamy. Więcej na naszym portalu http://www.echogorzowa.pl/news/1/mija-dzien/2017-05-17/pojechal-zdobyl-i-juz-nie-wrocil-z-dachu-swiata-18399.html. Pierwszy i jak do tej pory ostatni z Gorzowa, który rzuci wyzwanie najwyższemu szczytowi świata… Mount Everest….Czomolungma… Góra Gór, choć himalaiści mają inną gradację, bo jednak K2 to wyzwanie. Tadeusz Kudelski jako pierwszy tam poszedł, na Everest. Wszedł. Ale już nie dane mu było zejść…I cały czas nie wiemy, co się tam wydarzyło. Nigdy naprawdę już się nie dowiemy. Rodzinie, synom, pani Ewie szczere wyrazy współczucia. Pamiętam. A ja tylko powiem, że też bym tam poszła…Nawet za taką cenę, też bym tam poszła.