W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Sławy, Sławosza, Żelisławy , 23 lipca 2017

No i serce mnie znów mocno zabolało

2017-05-19

Jednak śliczna secesyjna klatka schodowa w jednej z kamienic na Szlaku Królewskim, czyli przy ul. Chrobrego niszczeje. I to nie za sprawą administratorów, a zwykłych wandali.

Ma miasto na siedmiu wzgórzach kilka dość nieoczywistych na pierwszy rzut oka pięknotek i miejsc zachwycających. Do takich należy całe Nowe Miasto oraz część Zawarcia. Na Nowym Mieście jest całkiem sporo ślicznych kamienic, a jak zajrzeć w głąb, to się otwierają piękne klatki schodowe, ozdobne, ze stiukami i innymi zdobieniami. Ta słynna, najśliczniejsza, to crème de la crème. Podobne widuję w mieście z niedźwiadkiem w herbie oraz widziałam w mieście – stolicy Arpadów. Nie byłam w mieście z wieżą Eiffla, ale z rozlicznych zdjęć i przekazów wiem, że tam też są.

No i szłam sobie wolnym krokiem, szukając cienia, po mieście, aż najszłam na tę kamienicę. Tę ze śliczną klatką. Brama otwarta była, więc wlazłam. A tu szok, szok negatywny. Zniknęły pleksowe osłony malowideł, o co wnioskowali ochroniarze zabytków, bo malowidła się odparzały. A jak zniknęły, to jacyś durnie, jakieś szkodniki zwyczajnie niedouczone i nieczułe na piękno postanowiły zostawić po sobie ślad. I wydziabali na pięknym malunku jakiś napis. Nawet nie chciałam czytać, a raczej odcyfrowywać, co tam było. Stałam w niemym zadumieniu i nie wierzyłam, że patrzę na rzeczywistość, która jest.

Od kilku lat staram się nie kląć, nie używać tzw. łaciny kuchennej, języka rynsztoka po prawdzie, no mowy okropecznej i wulgarnej. Ale jak patrzyłam na to zniszczenie, to tylko takowa mowa mnie do głowy przychodziła. Tylko taka.

Jak można było coś takiego zrobić? Te malowidła i tak miały niekoniecznie dobrze. Bo jakieś rury tam prowadzono, bo trochę się odparzyły, bo mur zaczął pękać, bo coś tam. Ale jednak cały czas jakoś było dobrze. Aż tu nagle masz… No nie babo placek, a raczej całą tonę spleśniałego pieczywa. I to za sprawą jakichś durnych smarkaczy.

Od jakiegoś czasu ludzie za własną kasę lub przy pomocy miasta z pietyzmem, odtwarzają tę zachwycającą zabytkową przestrzeń. Ona nie jest na miarę Pragi czy innych wielkich stolic, ale jest na miarę nas. Nas ona wolniutko zachwyca. A wystarczy taki jeden gest, takie jedno wandalstwo, aby cała para, całe staranie poszło w gwizdek.

Wiem i zdaję sobie sprawę z tego, że to wina braku edukacji. Bo nikt tych dzieci a potem młodzianków i jeszcze potem nastolatków zwyczajnie nie uczy, czym może być takie piękno. Nikt im nie pokazuje, że malowidło może być i jest czymś zachwycającym. Szkoła nie ma tego w godzinach lekcyjnych. Mama i tata nie mają czasu, albo sami nie wiedzą, że to wartość. No i wartości w taki oto sposób giną. Bo jakiś smarkacz raczył się podpisać na ślicznej ścianie.

Serce mnie zwyczajnie bolało. I jak się okazuje, nie tylko mnie. – No i patrz pani, co tu nam się zdarzyło – usłyszałam od chyba jakiegoś mieszkańca, który przechodził obok mnie. I tylko dodał – No słów brakuje. Fakt, słów brakuje. Jak stwierdził kapitan Wagner - Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie. To było do porucznika von Nogay po nocnych manewrach w filmie „CK. Dezerterzy”. Cały czas święta prawda. Cały czas aktualne. Ale serce bolało.

A teraz z drugiego kątka. Jak już pisałam parokrotnie, nie lubię rekonstrukcji wydarzeń historycznych oraz parahistorycznych. Za takowe mam między innymi bajeczne przesłania z wczesnego średniowiecza, a dotyczące sławnych i zwycięskich bitew państwa Polan nad innymi. Jak bardzo lubię czytać pierwsze kroniki, Galla, Jana Długosza, Janka z Czarnkowa, Wincentego Kadłubka, tak nie traktuję tych tekstów jak encyklopedię czy wręcz podręcznik. Podobnie mam z kroniką biskupa Thietmara z Merseburga. Inaczej jest z „Pomeranią” Tomasza Kantzowa, choć też trochę bajeczna jest. A piszę to w kontekście wydarzenia, które odbędzie się 10 czerwca w grodzie, co to kluczem i strażnicą królestwa polskiego był, jak chce Gall Anonim, jak już zaznaczyłam, bajarz wielki. Otóż tego dnia pańskiego, anno domini 10 iunis 2017, odbędzie się wielka rekonstrukcja bitwy wojów Mieszka I z wojami Wichmana Młodszego. Najedzie się wojów… i innych, i będą coś rekonstruować. Coś, jakąś bitwę, która ponoć, być może się tu wydarzyła, ale czy na pewno?

Źródła są słabe. Archeologowie nie potwierdzają. Nikt nic nie wie na pewno, czemu trudno się dziwić. Ale będzie bitwa, szczęk broni, dymy krwi, alleluja i zwycięstwo. My Słowianie, my tu zawsze. Turystycznie świetnie, marketingowo także, ale historycznie? No nijak.

Nie lubię rekonstrukcji. Choćby i z tego powodu, że nie lubię przemocy. No i jeszcze nie lubię, bo jak patrzę na bitwę z głębokiego średniowiecza, a widzę wojów odzianych w pełne zbroje płytowe, to mnie zwyczajnie nie styka historia z tym, co rekonstruktorzy odgrywają. A tak na marginesie, jak już takie rekonstrukcje się dzieją, to mnie zawsze brak jednej postaci, zawsze obecnej w takich wydarzeniach. Żebraka brak. A jak średniowiecze, to żebrak. Może się ubiorę w jaki kaftan i zagram? Może jaki grosz zarobię? Nie lubię rekonstrukcji. Jednak nie.

Ps. Dziś powinni świętować wszyscy, którzy lubią lody, a właściwie deser melba, serwowany zresztą przez ukochaną przez mieszkańców Śnieżkę, rewelacyjną kawiarnię, gdzie zawsze można spotkać pewnych znajomych. Dziś bowiem obchodzimy 156. rocznicę urodzin australijskiej śpiewaczki operowej Nellie Melby (zmarła w 1931 roku). To właśnie dzięki niej znamy deser melba. Zadedykował go śpiewaczce słynny francuski szef kuchni Auguste Escoffier. Składają się na niego świeże brzoskwinie (podgotowane, np. w syropie waniliowym) na warstwie lodów waniliowych, z musem truskawkowym lub malinowym. Jest to jedno z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych dań Escoffiera. Ze śpiewaczką wiążą się także inne potrawy, jak np. tosty melba. Ja tam lodów nie jadam, ale znam wielu w mieście, którzy za melbą w Śnieżce przepadają. Może w Snieżce warto powiesić malusie zdjęcie divy Nellie Melba…. Ja jestem za, choć lodów nie jadam, ale za muzyką jestem. Zapytam pana Jana Franka, może się uda? Będzie deser melba i sama Nellie Melba na ścianie.

I tylko przypomnę, że choć gorąc nas gnębi, to nie zawsze tak było, bo w 1900 roku miasto się obudziło i co? I śnieg za oknem zobaczyło. Znaczy zwariowania klimatu to nie tylko nasze doświadczenie. Ci, co przed nami tu mieszkali, też nie mieli lekko. Bo albo upał, albo śnieg…. No tak to bywa na tej szerokości i długości geograficznej…