W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Bogusława, Bronisława, Ilony , 18 sierpnia 2017

Może bulwar będzie imienia kapitana Hopfera?

2017-08-11

Kończą się wolniutko i leniwie wakacje. No i znów wracają sprawy ważne. Za taką mam balet z nazwami ulic. Co prawda, akurat w tej kwestii jakoś rozbieżności za bardzo nie ma, ale kto wie.

Magistrat zaczął się zastanawiać nad nazwą Bulwaru Wschodniego, tego od strony willi Herzoga czyli dawnej siedziby LOK-u, bo dla wielu mieszkańców taki adres jest bardziej czytelny. Środowisko wodniackie potwierdziło, że bardzoż by sobie i nie tylko sobie winszowało, aby akurat ten bulwar nosił imię zaszczytne, moim zdaniem, kapitana Jerzego Hopfera.

Pamiętam, jak kapitan nagle wyszedł z pomysłem podniesienia takiej skorupy, co to gniła w porcie warciańskim. Taki metalowy wrak. Argumentował, że zabytek myśli technicznej, że to lodołamacz, że trzeba, bo dla środowisk wodniackich i technicznych to wyzwanie i obowiązek. Trochę się ludzi wówczas w głowy pukało. No nie publicznie, ale jednak. Trochę było wydziwiania, że po co, że drogie, że trudne. Ale zaparł się wówczas kapitan. Tłumaczył na prawo, lewo i na boki, że mus jest i tak musi być.

Jak słowo rzekł, tak zrobił. Skorupa została podniesiona, do stanu pływalności doprowadzona i zaholowana na Bulwar Wschodni. Dziś bulwar, bo w tamtych czasach to było nabrzeże jakimiś chaberdziami porośnięte oraz rozdeptane w kałużach i innych koleinach. Raczej nikomu się wówczas nie śniło, że pysznym bulwarem będzie. Przy okazji miejskiego święta to się stało. No i wyległ ludek gorzowski na ten ponoć bulwar in spe i dawaj podziwiać, a po prawdzie bardziej wydziwiać. Generalnie wydziwianie miało taką linię – eee, przecież to coś i tak pływać nie będzie. No to sobie zrobimy focię, a jak ostatecznie zatonie, to i płakać po tym nie będzie żal. A na foci będzie znak, że takie coś, ponoć lodołamacz, tu było.

No i nie wiedział gorzowski oraz okoliczny ludek, że trafiła kosa na kamień, znaczy na upartego kapitana, który miał wizję. Kapitan się mocno zaparł, znalazł tych, co podobnie myśleli i dawaj do roboty. Wiele wody w rzekach trzech upłynęło, lat kilka i co? I nagle pojawił się na Warcie cudnej urody stateczek. No i ci co wydziwiali, zapomnieli o wydziwianiu. W zachwyt niemy wpadli i za zaszczyt oraz ogromną przyjemność sobie poczytywali możliwość pływania na Kunie, bo ta szkarłupa straszna właśnie w Kunę się zamieniła.

Stateczek piękniał, przybywało elementów różnych, gościli na nim wybitni ludzie. Magda uprawnienia wypływała. No wszyscy pękali z dumy. Jak kto w mieście z Bulwarami Chrobrego bywał, a Kuna tam cumowała, to tylko z dumą znajomym gadał – O, nasza Kuna, nasz statek flagowy. Bo Kuna pod dowództwem owego upartego kapitana stała się statkiem flagowym miasta. Pięknym w każdym wymiarze statkiem. Jak na każdym szanującym się pływadle (choć żaglowcem Kuna nigdy nie była, ale co tam) oddzwaniano szklanki. Trzeba było pytać o pozwolenie wejścia na pokład. No była magia i styl. Oraz konieczny i oczekiwany dryl, dryl zachowań wymagany na pływadłach wszelakich, że powtórzę.

Nikt jakoś nie policzył czasu, który kapitan stateczkowi poświęcił, ile pieniędzy tam własnych oraz zaczarowanych przez niego przyjaciół zainwestował. Fantastycznie się patrzyło, kiedy Kuna pływała, cumowała przy Zachodnim Bulwarze, bo już bulwary w pełni znaczeń się pojawiły. Oraz w okienku telepatrzydła, bo telepatrzydłowi lubili pokazywać stateczek, czemu się absolutnie nie dziwię.

A potem przyszło to, co przyszło. Nie będę o tym bajać, bo i nie czas po temu.

Nie ma, od niedługo roku będzie, wśród nas kapitana. Gdzieś tam po Niebieskich Szlakach żeglugowych śmiga. Ale jest myśl tu, aby go godnie upamiętnić. I ja tak sobie myślę oraz mój prywatny dżin z czarnego imbryka do herbaty, który wrócił onegdaj do mnie, że właśnie nadanie imienia Wschodniemu Bulwarowi kapitana żeglugi śródlądowej, wybitnie zasłużonego w dziele ratowania Kuny, ale i nie tylko w tym, będzie najlepszym z możliwych gestów.

I jak pięknie może być. Wyremontowana estakada, ładny bulwar właśnie tego imienia będzie piękną wizytówką mego, ups., miasta, w którym mieszkam. Decyzja ma zapaść jesienią. Czy tak się stanie? Pożyjemy, zobaczymy. Ja bym bardzo chciała.

A skoro przy nazwach jestem, to bardzoż bym chciała, aby Rada Miasta, no Wysoka Rada, jak radni lubią, usankcjonowała to, co już za sprawą Andrzeja Trzaskowskiego jest. A mianowicie, aby malusi skrawek przestrzeni miejskiej, pomiędzy Wełnianym Rynkiem a ulicą Zabytkową nazwała oficjalnie zaułkiem Andrzeja Gordona. Akurat jest w tym roku powód. Oficjalnie.

Ps. I oczywiście odrobina prywaty musi być. Bo co to za złośliwiec bez. Otóż dziś obchodzimy 125. rocznicę urodzin generała Władysława Andersa. Mamy w mieście ulicę imienia generała, ale mamy n środowisk patriotycznych, które się z osobą generała utożsamiają. Znam ludzi, którzy do Włoch pojechali pierwszy raz w życiu nie dla Wenecji, nie dla Rzymu, nie dla papieża, ale dla Monte Cassino. Sama tam też trochę w tym samym celu onegdaj pojechałam. I nigdy nie zapomnę, kiedy zobaczyłam klasztor na Monte z pozycji drogi pod nim. Wtedy tak naprawdę zrozumiałam słowa pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino”. Tylko przypomnę, słowa napisał Feliks Konarski, muzykę skomponował Alfred Schütz. Jechałam tam autokarem. I na każdym zakręcie, bo kręta jest, myślałam o ludziach z II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy to przeklęte wzgórze, po prawdzie tę górę cholernie wielką zdobyli. Pieszo i z uzbrojeniem. Myślałam sobie też wówczas o Renacie Bogdańskiej, generałowej Irenie Anders, muzie i żonie generała. Bo też miała tam swój udział. Ale myślałam też o misiu Wojtku. Bo gdyby nie słowo i zgoda generała, to miś gdzieś tam w Iranie przykro by skończył. Ale przede wszystkim o Władysławie Andersie myślałam. Bo się porwał.

Dziś mija 125. rocznica jego urodzin. Generał umarł w 1970 roku i został pochowany na tym przeklętym wzgórzu, gdzie maki wcale kwitnąć nie chcą. Na bardzo ważnym polskim cmentarzu wojennym. Po latach obok niego złożono szczątki jego ukochanej żony Ireny Renaty Bogdańskiej. A Polacy stale tam jeżdżą. Wożą znicze, kwiaty, chorągieweczki. Może więc chwilka zadumy nad mocno pokręconymi losami wielkich dziś nie będzie przesadą. Ale i nad losami tych, którzy tam, na tym wybitnie przeklętym wzgórzu zostali. Nie chodzi o akademie i pomniki, ale o myśl. Bo ona nigdy nieskrępowana jest i tylko ona oraz słowa poety, jak i filozofa zostają. Ups., trochę patetycznie to brzmi, ale tak jest naprawdę. Wierzę w słowo.