W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Wszystko wskazuje na to, że jednak będzie sukces z ulicą

2017-10-09

Czasami jednak warto się upierać przy swoim. Nawet jak to jest w poprzek pewnym instytutom czy ogólnej linii. Warto.

Jak informuje Gorzów Wczoraj – bardzo popularna strona na FB (nie wiem, czy to dobra nazwa, ale w tych nowych definicjach to ja się jakoś jeszcze nieszczególnie odnajduję) chyba jest sukces w sprawie ulicy Walczaka. Otóż według informacji Gorzowa Wczoraj, de facto pewnego bardzo popularnego i dobrze poinformowanego komentatora obecnej rzeczywistości, nie będzie tej zmiany. Wojewoda lubuski miał bowiem wziąć pod uwagę opór społeczny – petycję w tej sprawie tylko Gorzowa Wczoraj podpisało pól tysiąca ludzieńków z miasta, protesty, jakie się ukazywały w różnych mediach, w tym nieskromnie dodam, także u nas i to wyrażane głosami dziennikarskimi, blogerskimi, jak i dobrą opinią czytelniczki, jak i jednak twardą niezgodą Urzędu Miasta i zdecydował się jednak nie zmieniać akurat tej nazwy.

Jeśli się to oficjalnie potwierdzi, a myślę, że jednak tak, to jest to znakomity prognostyk i w sprawach innych nazw. Znaczy, że władza jednak potrafi myśleć, bierze pod uwagę zdania krytyczne, dostrzega także i to, że widziana z oddali prawda niekoniecznie musi oznaczać tę prawdę, jaką chcą widzieć urzędniczny z wiadomej instytucji.

Trzymam mocno kciuki, żeby wojewoda zachował się tak, jak pisze Gorzów Wczoraj. I mam nadzieję, że w innych – tych maksymalnie dziwnych przypadkach nazewniczych będzie podobnie. Ciekawym, co będzie z pomnikiem na placu Grunwaldzkim? Bo zgodnie z obowiązującym prawem – dzięki przemiłej znajomej za egzegezę – ruszyć go nie można.

Ale, ale, najważniejsze, że zamigotało jakieś światełko w tym tunelu absurdu dodatkowo utopionym w mgłach groteski i zwykłego nieuctwa. Na razie malusie i niewyraźne, ale jest.

A skoro o absurdach, to wielkie dzięki polonistom Uniwersytetu Śląskiego, że zaprotestowali przeciwko planom usuwania nazw ulic takich pisarzy jak: Wilhelm Szewczyk, Bruno Jasieński, Leon Kruczkowski i Lucjan Szenwald. No my w mieście ulicy Szenwalda już nie mamy, podobnie jak Leona Kruczkowskiego. Brunona Jasieńskiego i Wilhelma Szewczyka nie mieliśmy nigdy. Poloniści z UŚ wyczerpująco wyjaśnili, dlaczego zmiany polegające na wyrugowaniu z przestrzeni publicznej tych twórców to błąd. I to poważny poznawczo błąd. Kulturowy i edukacyjny także. Ja wiem i rozumiem, że dziś przesłanki polityczne biorą górę nad wartością, niezbywalną, twórczości akurat tych pisarzy jest najważniejszy. Ale to świadczy tylko o jednym, jeśli chodzi o tych zmieniających i optantów. Braku edukacji ogólnej tychże. Co z tego, że Bruno Jasieński był komunistą i zresztą zapłacił za swoją miłość cenę najwyższą, bo cenę życia w tym jego wymarzonym kraju sprawiedliwości społecznej. Był przede wszystkim jednym z najważniejszych i najzdolniejszych polskich futurystów. I to takim, tej miary, że znany on jest na świecie nie dlatego, że zwariował i został komunistą, ale dlatego, że był wybitnym twórcą. Wybitnym literatem. Nawet w takiej egzotycznej i maksymalnie od nas odległej Japonii.

Zresztą Mickiewicza też w przestrzeni publicznej nie powinno być, bo napisał: Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie… I do dziś na Litwie mówią o nim, że ich on ci jest. Wiem, bo niedawno tam byłam i sama się osobiście na własne z lekka ślepawe oczka oraz jednak dobrze słyszące uszka przekonałam, że tak nadal, szczątkowo, ale jednak jest.

Nie powinno być Fryderyka Chopina, bo nie dość, że po francusku się nazywa, to całe swoje dorosłe życie spędził we Francji i na dokładkę w nieobyczajnym związku. Furda tam, że jest jedynym twórcą na ziemi, który tak mocno i tak intensywnie wprowadził polską kulturę poprzez muzykę do światowego krwioobiegu muzycznego i generalnie kulturowego. Nawet w tej dziwnej Japonii go wielbią. No wszak Francuz, co więcej, i z tą okropną Sand się przez lata zadawał. A jak? Tylko domyślać się można… A jak domyślać się możn,, to na pewno nie po Bożemu (cokolwiek to znaczy, a jak się weźmie jeszcze pod uwagę córkę Aurory, to skandal okropny z tym Chopinem jest). Ot kołtuńskie myślenie, które nie przystoi w XXI wieku. Zresztą w XX też nie przystało.

Co więcej, nie powinno być w sferze publicznej śladu po Władysławie Broniewskim, bo przecież też zwariował i komunistą został. A został… Nikt nie wie, na ile to szczere było. I nie powinny się liczyć jego przepiękne, wspaniałe treny dla Anki, drugie tak znakomite po trenach Jana Kochanowskiego dla Urszulki. O tekstach…. „werble, werble warczały”, „a lato było piękne tego roku…” i wielu innych nie wspomnę.

Nie powinno być miejsca dla Jarosława Iwaszkiewicza, bo też komunista, albo, idąc Gomułkowską frazą, kumunista to był. W mundurze paradnym górnika kazał się pochować. W dziwnych związkach żył, a że napisał przepiękne wiersze – tylko wspomnę frazę „Plejady to gwiazdozbiór już październikowy…”, fantastyczne opowiadania i powieść, którą ja mam za arcydzieło, czyli „Sławę i chwałę” to furda. A gdyby sięgnąć jeszcze głębiej, to i dla Mikołaj Reja, tak naprawdę ojca polszczyzny, też miejsca w sferze publicznej nie powinno być. Bo toż był tym okropnym ewangelikiem. No zaprzańcem i po co o nim pamiętać.

A skoro przy wyznaniach jestem, to tak samo nie powinien w sferze publicznej być obecny książę Ignacy Krasicki, biskup warmiński. Wybitny poeta, autor choćby „Monachomachii”, który pisze tak:

„W mieście, którego nazwiska nie powiem,

Nic to albo wiem do rzeczy nie przyda,

W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,

W godnem siedlisku i chłopa, i Żyda,

W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem

Stare zamczysko, pustoty ohyda)

Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,

Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki”,

A potem jeszcze gorzej… Ale co gorsza dla księdza biskupa, przyjaźnił się on z trudno zaprzyjaźnialnym władcą, moim najbardziej ulubionym Fryderykiem II Wielkim Hohenzollernem. I jak ten trudno zaprzyjaźnialny władca wybudował w Berlinie kościół katolicki, w samym centrum, to nie dość, że zapytał księcia biskupa o wezwanie – św. Jadwigi Śląskiej i do dziś pod tym wezwaniem jest, to jeszcze mu pozwolił, ba pozwolił, wymógł, aby książę biskup świątynię wyświęcił. Zresztą ten wybitny poeta, wybitny doby oświecenia, tam jest pochowany. W samym centrum Berlina.

Zresztą wymieniać ciekawych, kolorowych i ważnych – moim zdaniem nazwisk sygnujących polskie ulice, a w myśleniu szkodliwej instytucji kompletnie niepoprawnych i do zgumkowania, można w nieskończoność.

Dziwnym mnie się wydaje taka łatwość w podejściu do szafowania wyroków, kto i dlaczego może lub nie może być patronem ulicy, skweru, zaułka… Zwłaszcza w odniesieniu do najnowszej, ale i nie tylko najnowszej historii.

Zawsze w takich przypadkach powracam do kwestii nadania nazwy zaułkowi, oficjalnej, bo nieoficjalnie już jest, Andrzeja Gordona. Najwybitniejszy malarz, jaki mieszkał w tym mieście po II wojnie – moim oczywiście zdaniem, nie znalazł uznania w oczach Wysokiej Rady. Przeważyły, że przypomnę, kwestie dalekie od artyzmu, dalekie od znaczenia dla kultury tego miasta. Wysoka Rada zachowała się wówczas jak, tfu Święte Oficjum.

I teraz tak zachowuje się, moim zdaniem, ta dziwna instytucja, która zatrudnia dziwnych ludzi, wynajduje ciągle w dziwnych miejscach tajemnicze kwity, które potwierdzają tej instytucji myślenie. I która wymyśla dziwne uzasadnienia do zmian.

Szczęściem będzie, jeśli z tego dziwacznego i nikomu niepotrzebnego chocholego tańca historycznego wyłamie się wojewoda lubuski.

Ps. Zwyczajnie nie będzie, bo złośliwiec wyszedł nader długi. Ale to z tej radości, że jednak władza ze szczętem nie zgłupiała. Czy tak będzie? Zobaczymy. A na wycieczkę do Berlina, do kościoła św. Jadwigi Śląskiej i grobu księcia biskupa namawiam. To sam środek pięknego miasta, które jest w zasięgu jednodniowej wycieczki. I jak się do Sanssouci jedzie z ziemniakami, tak do św. Jadwigi w Berlinie z „Monachomachią” – tekstem mocno obrazoburczym, który napisał ten polski, wybitny, niepospolity biskup. Wybitny poeta, książę nie tylko krwi, ale i poezji, słowa, czyli tego czegoś, co ja mam za wartość najwyższą.