W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Jak Polak z Ukraińcem na ulicy rozmawiają

2017-10-12

Coraz więcej ludzi z Ukrainy można spotkać na naszych ulicach. I coraz częściej można usłyszeć, o czym ze sobą gorzowianie z nimi rozmawiają.

Od jakiegoś pokaźnego czasu coraz częściej daje się usłyszeć ukraiński na naszych ulicach. Przybysze zza wschodniej granicy pracują bowiem na budowach, przy remontach, studiują u nas, pracują w lokalnych fabrykach. No i od jakiegoś czasu coraz częściej też można zobaczyć, że gorzowianie z przybyszami sobie rozmawiają.

Miałam okazję kilka razy posłuchać, o czym rozhovor idzie. Najczęściej jest to życzliwe zaciekawienie – skąd przyjechali, jak im się tu mieszka, jak pracuje, czy dobrze się czują. Często w sklepach lub zwyczajnie na ulicy dochodzi do takich kontaktów. No i właśnie byłam znów świadkiem takiej rozmówki. Dwaj mężczyźni pogadywali sobie przy kupowaniu bułek o tym, że Ukraińcy w mieście czują się dobrze. Nikt ich nie sekuje. Co więcej, jak gorąco było, to nawet co niektórzy wodę od gorzowian dostawali, choć potrzeby nie było, bo pracodawca zapewniał. Ale potem rozmowa zwekslowała na znajomość języka rosyjskiego, bo tubylec uznał za stosowne poinformować tambylca, że w kraju naszym kiedyś wszyscy musieli się uczyć rosyjskiego i nawet jeśli ktoś nie chciał się mowy Puszkina nauczyć, to jednak coś mu tam w głowie zostało i jakoś coś tam duka. Tambylec poinformował, że u nich na Ukrainie też tak było oraz dodał, że do dziś tak jest, że część mówi po ukraińsku i po rosyjsku z równą swobodą. Ciekawe w tym wszystkim było to, że obaj rozmówcy posługiwali się generalnie swoimi językami ojczystymi i jakoś nie mieli problemów z komunikacją.

Ja uważam takie sytuacje za zwyczajnie świetne. Bo nie dość, że toporna propaganda nie przekłada się na stosunek zwykłych ludzi do tambylców, to jeszcze daje się zauważyć nić sympatii. Fakt, tambylcy jednak ciężko pracują i tubylcy to widzą.

Znacznie częściej tambylców można spotkać w ukraińskich delikatesach u Iriny, czyli w „Ukrainoczce”. Bywają tam po to, po co i ja bywam. Po tamtejsze przysmaki. Polskie bułki i pasztet czy wędlinę oraz ser na śniadanie tambylcy kupują w lokalnych sklepach, ale jak smak przyjdzie na coś z tamtych stron, to dawaj do Iriny. No i dobrze. A skoro przy Irinie jestem, to okazuje się, że z „Ukrainoczką” to był strzał w dziesiątkę. Irina właśnie otwiera swoje drugie delikatesy. W Szczecinie tą razą. Tylko pogratulować i ręce do oklasków składać. A po wtóre znaczy to jedno. Rynek jest, bo tambylców przybywa, ale i tubylcy zaczynają się rozsmakowywać w delicjach zza wschodniej granicy. Trudno się dziwić, bo to naprawdę smakowite jedzenie jest. Mój osobisty dżin z czarnego imbryka do herbaty domaga się mocno, żeby uprzejmie poinformować, iż okropną jestem, bo pomidory kiszone dawno zjedzone, a nowych nie ma. No i jest sprawa – trzeba pójść i kupić. Pójdę. Nawet nie dla dżina, ale dla siebie.

I inna sprawa. Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Grzegorza Kukurowskiego, gorzowianina, alpinisty, grotołaza, wspaniałego człowieka. Stało się to na zboczu Shivlingu w Himalajach Gharwalu. Zginął wówczas także jego partner od liny Łukasz Chrzanowski. Dla gorzowskiego środowiska ludzi gór, ale nie tylko była to niewyobrażalnie wielka tragedia. Trudno nam było uwierzyć, że organizm nie wytrzymał. Bo Grześ zmarł w ścianie. Nie pomogły leki. A przecież Grześ nie tylko się wspinał. Prowadził zdrowe życie, biegał, dbał o siebie. Nie był przypadkowym komercyjnym turystą, który się porywa z motyką na Słońce i jedzie w góry najwyższe, bo taka moda przyszła. Zresztą nie pierwszy raz był w Himalajach. Ale widać boginie Parki tak chciały.

Grześ był moim przemiłym znajomym, widywaliśmy się choćby w Jazz. Bo lubił właśnie jazz. I za każdym razem, kiedy go spotykałam, zawsze mówiłam, musimy usiąść, bo … Bo właśnie Grześ był wysoką, grochową tyczką i jak ze mną rozmawiał, to musiałam mocno zadzierać głowę. Łatwiej było pogadać na siedząco, bo się poziomy w miarę wyrównywały. Zawsze uśmiechnięty, zawsze życzliwy i zawsze uprzejmy.

Pamiętam, jak się dowiedziałam. Zwyczajnie nie uwierzyłam, zresztą nigdy w takie informacje się nie wierzy. Trudne bowiem do wyobrażenia jest, kiedy odchodzą młodzi, silni, piękni i odważni oraz nastawieni na przygodę ludzie, ludzie którzy do tej przygody znakomicie, wydawałoby się, są przygotowani. To był szok. A potem jeszcze kilka rozmów z ludźmi, którzy Grzesia znali. Nikt nie wierzył, nikt właściwie nie chciał uwierzyć. Ale stało się najgorsze.

Śmierć Grzesia w Himalajach była drugą w światku gorzowskich ludzi gór, która wydarzyła się w Górach Najwyższych. Wcześniej w Himalajach zginął Tadeusz Kudelski. Wybitny andynista zginął 18 maja 1999 roku na zejściu z Mount Everest – Czomolungmy, z Góry Gór, Dachu Świata. Był na szczycie z Ryszardem Pawłowskim i Jackiem Masełko. Też pamiętam, jak się o tym dowiedziałam. Też nie uwierzyłam.

Po pierwszym i drugim wypadku rozgorzała dyskusja, a właściwie jakieś śmieszne gadanie ludzi, którzy może na Kozaczą Górę w mieście na siedmiu wzgórzach weszli, a może i nie, ale uznali za stosowne wypowiadać się na temat tego, czy w góry chodzić, czy też nie chodzić. Bez krzty znajomości tematu, bez jakiekolwiek wiedzy wyrokowali, że to głupota, że nie i już. Bo góry zabijają. Ja zawsze w takich chwilach mówię, że tak samo, a może i częściej może zabić kawał tynku, który po deszczu odpada od starej kamienicy. Albo też, że można się utopić w łyżce wody.

Góry są po to, aby w nie chodzić. Jak kto nie był, a chce wiedzieć, jak tam jest, to istnieje olbrzymia biblioteka literatury górskiej. Wystarczy przeczytać choćby rzecz najnowszą, czyli „Himalaistki” Mariusza Sepioło. Może się w główkach rozjaśni. Dodam tylko, że w „Himalaistkach” właśnie jest osobny rozdział poświęcony Sylwii Bukowickiej, gorzowiance niepospolitej, która weszła na dwa ośmiotysięczniki. Ale są też słowa i o Grzesiu Kukurowskim. O innych książkach nie wspominam, bo to papirus bardzo, bardzo długi.

Ps. Dziś gala Motylowa, czyli otwarcie miejskiego roku kulturalnego w sezonie 2017-2018. Gala Motylowa, bo prezydent wręczy nagrody kulturalne, Motyle właśnie. Środowisko kulturalne zawsze z zaciekawieniem czeka na to rozdanie. I zawsze jest moc gadania, że nie ta osoba, nie w te ręce Motyl poleciał. Do kogo tym razem trafi, przekonamy się późnym popołudniem. Dodam tylko, że galę okraszą występy Michała Kwiatkowskiego i Zespołu Tańca Ludowego Mali Gorzowiacy.