W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Wystarczy ruszyć na kilka dni za opłotki, a tu takie rzeczy się dzieją…

2017-12-04

Musiałam wyjechać z miasta na kilka dni. Tak się czasami dzieje, że nagle los decyduje – pakuj torbę w ciapki i hajda, nie na Dzikie Pola, ale jednak gdzieś.

Wcale nie planowałam, że będę znów musiała się ruszyć. Co prawda ruszać się lubię, ale czasami nie lubię się ruszać w takich okolicznościach. Ale co było robić, spakowałam torbę w ciapki i ruszyłam. A jak już dotarłam na miejsce i obserwowałam rzeczywistość tubylczą, to co i rusz zaskoczenie.

Największym i najbardziej nieoczekiwanym była zmiana na stanowisku wiceszeryfa miasta. Nie było przesłanek, że coś się akurat tu zmieni. Jakoś nie bardzo wierzę w sytuacje rodzinne, którymi umotywowano zmianę, ale skoro i mnie dopadły sytuacje rodzinne, to niech i teraz tak będzie. Nowej pani wiceszeryf nie znam osobiście, ale znam same dobre o Niej opinie, więc pożyjemy, zobaczymy. I jak rzadko daję komu kredyt zaufania, to tym razem tak jest. Może nowa wiceszeryf uporządkuje trochę ten bałagan, jaki mamy w inwestycjach. I na przyszłość już radzę, jak co nie wyjdzie, coś się opóźni, to lepiej samej opracować komunikat, aniżeli zdawać się na urzędników, bo jak znów będą bredzić o wkładaniu całego serca w zadania, to zrobi się z lekka operetkowo. A ja osobiście operetki i kabaretu w sensie artystycznym, ale i politycznym oraz społecznym nie lubię. Wolę twardą prawdę, może czasami przykrą i bolesną, ale jednak prawdę.

Drugą rzeczą było to, że katedra już bez kopuły jest. Jak kilka dni temu przechodziłam obok matki lubuskich kościołów, to za technicznym płotem widziałam nadpalone belki. Myślałam sobie, że to więźba z konstrukcji dzwonów. No i się okazało, że dobrze dedukowałam. Teraz rzeczywiście trzeba się napatrzeć na wieżę, bo przez wiele lat ona tak właśnie wyglądała. Trzeba przejrzeć przez ażur rusztowań i popatrzeć. Ja tam mam taki zamiar i to jak najszybciej.

Wyszło nowe wydawnictwo. Sama tam trochę się dołożyłam. To wydawnictwo Stowarzyszenia św. Eugeniusza de Mazenoda pt. „Łączą nas ludzie i miejsca”. Promocja odbyła się w Pałacu Biskupów Gorzowskich. Byłam zaskoczona, kiedy redaktor naczelna poprosiła mnie o tekst. Same dobre głosy o tym wydarzeniu do mnie dotarły, tym bardziej mi żal. Ale co zrobić, życie się czasami tak układa, że zamiast pójść na wieczór czy ranek promocyjny, tyra się w rodzinnym domu, bo taka jest konieczność. A wydawnictwo i tak przeczytam, bo jakoś tak mam, że czytam wszystko, co tego miasta dotyczy. Czego oczywiście nie robią ci, co mnie oczy wykuwają, że nie mam prawa pisać o mieście, bo się w nim nie urodziłam. No cóż.

No i po kolejne. W telewizji niemieckiej odbyła się premiera odcinka szalenie popularnego serialu kryminalnego „Telefon 110”. Wiem to od Dany, która w nim zagrała. I nie tylko Dana. Kilka miesięcy temu ekipa serialu, który ma wschodnioniemieckie korzenie, ale przyjął się w całych Niemczech, przyjechała do Polski na zdjęcia. E tam, do Polski, do miasta… Kierownictwo produkcji szukało chętnych do pomniejszych ról, trochę znajomych się zgłosiło i znalazło w produkcji. No i właśnie odcinek ujrzał światło dzienne. Ponieważ ja po niemiecku ani jednego sensownego słowa, telewizji niemieckiej też nie mam gdzie oglądać, co zresztą sensowne jest, bo i po co oglądać, skoro nic się nie rozumie, to zdałam się na relację z neta. I z tego, co zobaczyłam, wynika jedno – miasto na siedmiu wzgórzach rozpoznawalne jest. W odróżnieniu od słynnego serialu medycznego „Na dobre i na złe”, gdzie jak już dr Wiki Consalida do miasta dojechała, a raczej została dowieziona, to zjawiło się ono, miasto znaczy, jako ten Pcim Dolny ze szpitalem a la kurnik. Premiera „Telefonu” była, jak znam życie, w jakichś powtórkach będzie emitowana kolejny raz. A ja Danę poproszę, żeby mi ułatwiła obejrzenie. Bo choć zrozumiem może dwa słowa na cały tekst, to się choć pogapię, a Dana wyjaśni. Przynajmniej mam taką nadzieję.

No i z drugiego kątka. Podróżuję generalnie środkami komunikacji publicznymi. Z miasteczka ja, moja torba w ciapki i plecak podręczny, znaczy torebka osobista wracaliśmy do miasta nad trzema rzekami i dworca kolejowego centralnego przy tej najważniejszej. W rozkładzie stało jedno, znaczy szybciej, w necie stało inne, znaczy później pociąg pojedzie. Uwierzyłam netowi. I dobrze, bo nie marzłam na stacyjce, która kiedyś tam pięknym dworcem była. Ale na stacyjce spotkałam ludzi, którzy nieupojną godzinę spędzili w chłodzie i padającym kłująco śniegu. Pomstowali mocno. Ja rozumiem, że kolej inwestycje ważne prowadzi. Ale skoro wiesza rozkłady jazdy, to i powinna zadbać o informację, że choć rozkład jest taki, to jednak pociąg tym razem i jeszcze za następne dni pojedzie później. Szkoda bardzo mi było tych zmarzniętych i mocno zdenerwowanych podróżnych. Tym bardziej szkoda, że opóźnienie mieści się w granicach założonych – oznacza to, że nikt nie może sobie rościć praw do odszkodowania za godzinę na chłodzie i w śniegu. Może to skutkować tylko tak – no more PKP. Następnym razem wybieramy autokary lub nawet usługę bla bla. Kolej kolejny raz nie zdobyła się na słowo przepraszam. Tylko miły konduktor i kierownik pociągu w jednym świecił oczyma. A akurat on nie powinien.

Ps. No bo zwyczajnie muszę oraz chcę. Wczoraj minęła 160. rocznica urodzin genialnego pisarza. Pisać polski, trochę nadużycie, ale jednak trochę nie. Mam na myśli Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego. W świecie oraz tu znany jest jako Joseph Conrad Korzeniowski. Wybitna ze wszech miar postać. Pisać o Nim specjalnie nie zamierzam, bo jest cała pokaźna biblioteka jego dzieł, ale i tekstów o Nim. Generalnie znany jest jako autor „Lorda Jima” – po angielsku manuskrypt jest. Dla mnie przede wszystkim jest on autorem „Jądra ciemności”. To jedna z najbardziej przenikliwych analiz natury ludzkiej. To właśnie tam padają słowa o tym, co staje się z człowiekiem w sytuacji ekstremalnej. No i „Jądro ciemności” stało się punktem wyjścia do filmu „Apocalipse Now” Francisa Forda Coppoli, po polsku „Czas apokalipsy” – mojego najbardziej ulubionego filmu z plejadą gwiazd amerykańskiego kina. Tylko wymienię: Martin Sheen, Marlon Brando – genialna rola i jak fotografowany bohater – pułkownik Kurtz, Robert Duvall, Dennis Hopper i w końcu Harrison Ford, którego trudno tam dostrzec. Jeszcze do soboty myślałam sobie, że tylko ja Conrada wielbię, ale nie, wiele gestów od miłych tutejszych, ale nie tutejszych znajomych upewniło mnie, że nie tylko ja. Dlatego o tym piszę. A jak słucham Walkirii Roberta Wagnera, co rzadko czynię, bo …  z różnych względów tego często nie czynię, to widzę sekwencję z napalmem w „Czasie apokalipsy”. Warto czytać Conrada, tego dziwnego Polaka, który urodził się w Berdyczowie, a który opanował język Szekspira tak, że tamziemcy mu zazdroszczą.