W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2018

Dziś bardzo ważny dzień dla gorzowskiej książnicy

2018-02-13

Zarząd województwa zdecyduje bowiem, czy dyrektorem biblioteki w mieście nad trzema rzekami zostanie Sławomir Szenwald, czy też może co innego się zdarzy.

Konkurs na dyrektora książnicy w mieście nad trzema rzekami mocno rozpalał przez dość długi czas wyobraźnię i nie tylko wyobraźnię obserwatorów tutejszej kultury. Tym bardziej, że z tymi konkursami to się jakieś dziwne rzeczy wyczyniały ostatnio, vide choćby Muzeum Lubuskie, ale na ten temat zwyczajnie nie chcę pisać.

Jeśli chodzi o książnicę, to stawka była i jest bardzo wysoka. Poza Teatrem Osterwy, który szczęściem ma dyrektora i na razie żadne konkursy do fotela mu nie grożą, żadna inna instytucja nie miała aż takiej temperatury na wejście konkursowe. Co pod tym pojęciem rozumiem? Ano bardzo wiele aspektów.

Pierwszym, widocznym każdemu i zwyczajnie niepodważalnym jest ten, że Edward Jaworski – obecnie już emerytowany szef książnicy – wybudował nową siedzibę. Oficjalnie nazywa się to rozbudowa starej, ale jak się popatrzy na ślicznie zresztą odresturowaną willę Hansa Lehmanna (za sprawą zresztą tegoż samego Edwarda Jaworskiego) i nową część, to wrażenie jest wielkie. Trudno nowego gmachu zwyczajnie nie zauważyć. A jak dodać imponderabilia – mnogość wydarzeń, mnogość wystaw, cykle naukowe oraz powołanie do życia Domu Wydawniczego, choć sam Edward Jaworski nie bardzo lubi to określenia, to mamy już kolorowy zawrót głowy. Wymieniać po kolei – to już naprawdę długi papirus godny Biblioteki Aleksandryjskiej. O koleżankach bibliotekarkach, bardzo, bardzo lubianych i bardzo, bardzo szanowanych nie napiszę, bo znów się na mnie zezłoszczą….

Jak tylko zaczęły się spekulacje, kto zastąpi na fotelu wybitnie zasłużonego dyrektora, jak się rozkręciła karuzela z nazwiskami, padały różne. Część trafnych, część nie. Dość powiedzieć, że do ostatecznej rozgrywki podeszło czterech.

No i ostatecznie komisja konkursowa wybrała i rekomenduje jednego – germanistę, melomana Sławomira Szenwalda. No i dziś ma zapaść decyzja. Zarząd województwa ma zdecydować, klepnie kandydata czy też odrzuci. Powiem otwartym tekstem. Trzymam kciuki za Sławka Szenwalda – mogę tak, bo znamy się od lat. Germanista, człowiek kultury, kultura sama w sobie, bywalec różnych wydarzeń, inteligentna bestia w końcu. Jak sobie poradzi z księgowością i innymi okropnymi rzeczami wiążącymi się z administrowaniem taką wielką jednak instytucją, to jak najbardziej tak. Poza tym jak dla mnie ważne jest jeszcze i to, że Sławek zawsze znakomicie się dogadywał ze wszystkimi. Nawet z ludźmi, którzy stali i stoją na biegunowo różnych pozycjach w sensie politycznym czy poznawczym. Dogadywał się – oznacza dyskutował, przekonywał, mediował, próbował znaleźć ścieżki wspólne. Zawsze z wielką kulturą dyskusji. Dlatego bardzo czekam na komunikat. Jak będzie za – pierwsza z gratulacjami ruszę. Jak przeciw – trudno, z urzędniczymi młynami się nie wygra, też zadzwonię i powiem, że szkoda. Czekamy. Znaczy ja i mój prywatny dżin z czarnego imbryka do herbaty. Czekamy.

No i z jeszcze jednego kątka, też kulturalnego będzie. W ubiegłym tygodniu gośćmi FG byli wybitni artyści, w tym znakomity saksofonista pan Henryk Miśkiewicz. Pan Henryk ma tak, że od lat jeździ w różne kątki ze swoją żoną, panią Grażyną Miśkiewicz. Pani Grażyna to człowiek instytucja. Agentka, menedżerka, przeurocza osoba. No i jak Henryk Miśkiewicz próbował do koncertu, zresztą świetnie przyjętego, to pani Grażyna wybrała się na spacer gorzowskimi ścieżkami. I gdzie ją te ścieżki zawiodły? Ano do Teatru Osterwy, gdzie bywała drzewiej z wybitnymi artystami. I co powiedziała po powrocie? – Perełeczka. Macie taki piękny teatr. Jak świetnie się go ogląda, No coś niebywałego. I świetnie się tam bywało. A teraz tylko chwalić za wygląd.

No i jak miło się słucha takich opinii. Ja mam tak od zawsze, że dla mnie Osterwa jest miejscem magicznym od pamiętnego „Kota w butach”. Potem bywałam w bardzo wielu różnych teatrach, bywam zresztą, jak tylko się nadarzy okazja, czy to w kraju, czy zagranicą. Ale zawsze Osterwa jest dla mnie miejscem magicznym, pięknym. To zwyczajnie mój teatr i tam zawsze wracam. Dobrze, że i też goście z Wawy dostrzegają to piękno. Fakt. Bardzo, bardzo dużo się wydarzyło za sprawą Jana Tomaszewicza. Bo to on ten teatr do pozycji perełeczka przez lata swojej dyrekcji doprowadził. Chciało się i chce. I tak trzymać.

Ps. Jeden malusi. W piątek 65. urodziny obchodzi Filharmonia Szczecińska. Wiele wątków sprawia, że o tym piszę. Ważny lokalny jest taki, że znów gorzowianie tam jeżdżą. Wyprawiamy się pojedynczo lub zbiorowo, ale jeździmy. Zachwyca nas nowa siedziba, trudno się dziwić – architektoniczny Oscar, nagroda Miesa van der Rohe, ale i wydarzenia. Na jubileuszowym koncercie zaśpiewa duet Aleksandra Kurzak – sopran (genialny głos) oraz Alberto Algana – tenor (genialny głos). Prywatnie – małżeństwo. A artystycznie – marzenie.

Ps. 2. Dziś 13… Unikamy czarnych i rudych kotów, drabin, zakonnic, pustych dzbanów, schodów, kolorowych ptaków, skrzyżowań, grubych książek, trudnych kwitów, nagłych a niespodziewanych informacji, tatrzańskich szczytów, pasów na przejściach, czarnej kawy, filmów o dynastii Jagiellonów, gumy do żucia, linijek, zakładek do książek, zepsutych aparatów fotograficznych, ciemności, jasności, kamer filmowych, szpinaku – oj, tego bardzo, owieczek, kapusty w główkach, czosnku, czarnego koloru, disco-polo, puzzli, wysokich budynków, napojów gazowanych, wafelków, Internetu, kolorowych flamastrów, igieł, szpilek, agrafek, kwiecistych kwiatów, rozmów przez komórki, odkurzaczy, szpondera na obiad, sera Brie, ruskich pierogów, poezji Adama Mickiewcza, otwartych okien, konieczności korzystania z bankomatów oraz miliona innych rzeczy. Jak się obudzimy 14 lutego żywi, to pomyślimy, że te przesądy to jednak przesada. Ale za rok znów tak będziemy mieli. Spokojnego 13 dnia miesiąca życzymy ja i mój dżin.