W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Dory, Gerarda, Maryny , 24 września 2018

To był bardzo pracowity weekend

2018-04-16

Pojechałam sobie z fantastyczną wycieczką, fantastycznymi ludźmi przez dwa kraje, trzy języki i kilka krain geograficznych. Pooglądałam sobie znów stare i ulubione kątki. I trochę sobie znów poporównywałam.

Generalnie lubuskie wygląda nieźle. Coraz ładniejsze wsie i miasteczka, coraz ładniejsze drogi, coraz ładniejsze agroturystyki. Bazar w Łęknicy, gdzie zaczęła się tak de facto turystyczna podróż, ma się dobrze. Znaczy jak badziewnie było, tak jest. Wycieczka – przynajmniej jej część była zdumiona wyglądem bazaru. Wcale się nie dziwię, bo wielki on jest i można na nim kupić szwarc, mydło i powidło, czyli generalnie niemal wszystko. Niemal tyczy się broni palnej, narkotyków i innych zakazanych substancji. Tam tego nie ma, a przynajmniej ja o tym nie wiem.

Ten bazar zadziwia mnie od lat niepomiernie, bo mieszają się języki, miesza się sfera kupujących i sprzedających, a każdy wychodzi na swoje. Potem jechaliśmy przez najbardziej na wschód wysuniętą część Saksonii i tylko słyszałam – jak pięknie. Jak pięknie i jak bardzo pięknie było już, kiedy dotarliśmy do Budziszyna i dzień później do Goerlitz.

A potem znów jechaliśmy przez dwa województwa, trzy języki i kilka krain geograficznych i ciągle słyszałam westchnienia, że jak pięknie może być.

No i czas na refleksje czyli zamyślenia. Jak to jest, że miasta, które absolutnie nie potrzebują reklamy, dbają o nią jak o źrenicę oka. Mają informacje dla turystów w ich językach. Mają świetnie oznaczone szlaki turystyczne. Dbają o nie. Mało tego, przy katedrze świętych Piotra i Pawła w Goerlitz spotkaliśmy ludzi, którzy nam objaśnili – w sposób prosty, pokazując, oraz werbalny, w naszym języku, że trzeba poczekać 10 minut i kościół zostanie otwarty do zwiedzania. Wycieczka przekonała się sama osobiście, że są za granicą, tuż na granicy, bo ze 100 metrów od rzeki granicznej ludzie, którzy mówią po polsku, co więcej zapraszają na koncert organowy. I są szczęśliwi, że Polacy do nich przyszli. To dzieło diakonis. Miło mi było podziękować za zaproszenie w moim języku. Trochę musiałam prostować polszczyznę niektórych wycieczkowiczów, ale nie tylko ja mówiłam o tym, jak dobrze i bez uprzedzeń nazywać sąsiadów. Ktoś się sumitował, ktoś przyznał, że nie pomyślał, a kiedy znów zostały wytoczone działa pod tytułem II wojna i skutki, wycieczka gremialnie zaprotestowała – tekst był taki, wiele już lat upłynęło, czasy się zmieniły, przecież żyjemy w innej rzeczywistości. I taki jeden był – przecież nie można cały czas żyć historią. Ano nie można. Dobrze o niej pamiętać, ale rozdrapywać – nie bo i nie ma sensu, ani niczego dalej, niczego na przyszłość z tego nie wynika.

Jak dla mnie to był największy bonus wycieczki. Właśnie to, że gorzowianie połazili sobie po pięknych kątkach dwóch ślicznych miast, pomyśleli i być może kilkoro zweryfikowało swoje pojęcie o sąsiadach. Bo jak mówiłam podczas objazdu – jakby tak przyłożyć rzetelne szkiełko i oko do historii naszych stosunków sąsiedzkich, to akurat z Niemcami – Prusakami, Sasami wojen najmniej w dziejach całych przyszło nam stoczyć. Inna inszość, że dwie okropne, dwie wyniszczające, ale akurat tych oni się wstydzą i już wiele, wiele razy za nie przepraszali i odpokutowali.

Porównania teraz będą. Mimo polityki bieżącej naszego kraju, który się tylko chyba z Bałtykiem nie pokłócił, choć może Bałtyk jeszcze o sporze nie wie, to po obu stronach granicy jest coraz lepiej, jeśli o komunikację chodzi. W rodzimym polskim narzeczu można się dogadać wszędzie, a jak kto zna słów parę w języku sąsiada, to już problem się znacząco oddala. Zarówno Niemcy, jak i my lubimy się gościć. Oni jednak trochę bardziej, ale my do tego dorośniemy. Po obu stronach nadgranicznych czy łużyckich miast jest chęć porozumienia. My im zazdrościmy ładu, pięknych miast, oni nam zazdroszczą spontaniczności i tych krętych drożynek z wierzbami.

Ja osobiście im zazdroszczę Punktów Informacji Turystycznej z taką ofertą, że o ból głowy to przyprawia. Materiałów, ludzi, gadżetów reklamowych, tego wszystkiego, czego my cały czas nie mamy. Jak, na życzenie zresztą części wycieczki, zaprowadziłam gorzowian w Goerlitz do domu towarowego, który zagrał w filmie „Grand Budapest Hotel”, ten słynny hotel zagrał, to usłyszałam, że magia kina, potem na Dolnym Rynku to samo.

Tak się bowiem panowie i panie dba o marketing miasta. Marketing, który powoduje, że się do tego miasta jedzie. My tego cały czas nie umiemy, albo nam się nie chce.

Bo jak już miasto nasze gdzieś się tam w mediach pojawia, to nic z tego nie wynika. Ot prosty przykład – choćby znany serial medyczny „Na dobre i na złe”. Doktor Wiki Consalida jechała do miasta, aby ordynatorem chirurgii zostać, to szpital w mieście z nazwy wymieniony, w mieście nad trzema rzekami, zagrał jakiś kurnik i to nie bardzo wiadomo, gdzie zlokalizowany. Jak najbardziej jednak popularny serial niemiecki „Telefon 110” zapragnął tu nagrać pewien odcinek, to też to jakoś bez echa przeszło. Kilkoro znajomych w epizodach się pokazało i szczęśliwi są. I tylko tyle. Szkoda. O innych rzeczach związanych z marketingiem takim, czyli bezpośrednim nie piszę. Bo nie ma o czym.

Jedyna jaskółeczka to tak, że jak dojeżdżaliśmy do miasta, nagle się okazało, że nowa ścieżka rowerowa chyba będzie budowana od granic miasta do Deszczna, a może i dalej. W każdym razie tak to wygląda. Tyle porównań. Na czyją korzyść?

Ps. Powiększyłam swoją kolekcję przewodników w mojej ulubionej serii. W katedrze pod wezwaniem św. Piotra i Pawła w Goerlitz w końcu kupiłam sobie przewodnik właśnie po Goerlitz. Różne domy wydawnicze, różni autorzy, jednolita szata wydawnicza, jednolity język. I to też glossa do myślenia o promocji.

Ps. 2. Uprzejmie informuję, iż tym razem wursta z bułką nie zjadłam, więc w mojej prywatnej gradacji ważności wycieczek do Niemiec ta oto jeszcze czeka na potwierdzenie. Bo być w Niemczech i wursta w bułce nie zjeść, zwyczajnie się nie liczy. Znakiem tego najprostszym, muszę i bardzo, bardzo chcę tam wrócić. Ktoś ma ochotę na wycieczkę do Budziszyna i Goerlizt, tylko po to, żeby tam wursta zjeść? Ale i po to żeby budziszyńskiego diabła spotkać, w Goerlizt przejść się szlakiem filmu i Jakuba Böhme, a na koniec jednak tego wursta zjeść, to ja chętnie tam znów pojadę. Bardzo chętnie.